Forum Disciples, Disciples 3 on
 
Forum Disciples, Disciples 3  Najlepsze forum poświęcone rewelacyjnej serii gry Disciples
 FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Regulamin  Zaloguj  Rejestracja   Chat [1]   Discipedia  Download 

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Nagash ep Shogu
2009-03-30, 23:15
Brama
Autor Wiadomość
Ansgar Malthe 
Wojownik
Wojownik z Gór



Dołączył: 20 Wrz 2008
Posty: 39
Skąd: Z Vandel
Wysłany: 2008-09-21, 20:56   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Cóż ... Nie jestem byle wędrowcem. Jestem rodowitym Alkmaarem, posłańcem niosącym słowo samego Kara Umaracha, podróżnikiem prosto z Ras Al Kaimah. Nie doceniłem Cię ... jesteś pierwszym żywym, który zdołał mnie zranić. Nie brak Ci umiejętności i szybkości. - powiedziałem wyrażając szczere uznanie.
- Czy mógłbym poznać cel Twego przybycia, lub chociaż Twe imię ... Templariuszu? - rzekł starzec wyprostowując się dumnie.
- Nie jestem templariuszem. Jestem Ansgar Malthe, niegdyś prosty wojownik, obecnie Mroczny Władca na usługach Mortis, weteran walk z Imperium, najlepszy szermierz jakiego nosiła ta parszywa kraina, od dziecka wykazywałem duże zdolności w posługiwaniu się orężem. Słyszałeś o rzezi krasnoludów nieopodal stolicy Klanów? To moje dzieło. Przynoszę rozkazy dla tutejszego przywódcy Hord ... Grafa Ep Shogu. Czy teraz mogę już przejść? - spytałem.
- Ciekawe ... doprawdy ciekawe ... Tak - możesz przejść. - powiedział starzec.
- Zatem bywaj -
- Bywaj -
_________________
Audaces fortuna iuvat

Piękne kobiety zostawmy mężczyznom bez wyobraźni.

Życie jest jak jajko- trzeba je znieść.
Ostatnio zmieniony przez Ansgar Malthe 2009-01-19, 23:04, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
 
Reyned 
Wojownik Szkieletów



Dołączył: 20 Wrz 2008
Posty: 666
Wysłany: 2008-09-22, 07:23   

Młody człowiek (patrz awatar) podszedł do bramy miasta i spojrzał na starca pod nią siedzącego
- Nowy wędrowiec, opowiesz mi swą historię? – Zapytał starzec skrzeczącym nieco głosem; chłopak przyjrzał mu się jeszcze raz i zauważył nie bylejakie ostrze leżące obok dłoni starego człowieka
- Wybacz, może mi się nie śpieszy, ba, mam nawet za nadto czasu, ale nie mam ochoty na rozmowę z takim staruchem jak ty, a to – wskazał palcem na miecz – umiesz to podnieść?
-Przekonać się chcesz?
-Zgoda jak go uniesiesz i wykonasz prosty wymach opowiem ci wszystko – zaśmiał się rozbawiony sytuacją i nagle ostrze w piękny sposób poleciało w jego stronę, cudem, a może raczej szczęściem i opatrznością swej bogini zdołał zablokować ramieniem ostrze, które dość głęboko się w nie wbiło. Po ramieniu młodzieńca poczęła spływać krew, lecz niewiarygodnie szybko skrzepła – Hehehe nieźle staruszku… - skomentował chłopak, odzew starca był przewidywalny
- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-Jak wiele z niej chcesz usłyszeć?
- Opowiedz jak najwięcej – odrzekł wyciągając jednym ruchem miecz z ręki wędrowca i siadając na swoje miejsce pod murem. Starzec był tak stary jak to miasto, to było widać w jego oczach. Młodzieniec coś mruknął, wyjął z tobołka butelkę, otworzył ją i pociągnąwszy duży łyk zaczął opowiadać:
***********************[*]************************
Na obszernych Dziedzińcach
Płoną Stosy Ofiarne,
które w Przeszłości Obróciły się
by Spopielić tych co Podpalali.
I będą Płonąć, i będą Wyć,
i będą Błagać,
i będą Skomleć,
a Płomienie kąsają ich
i Wbijają się jak Kolce.
Pieką, Syczą, Strzelają wysoko
Podsycane.
Meżadews Akszugor

/10 Listopad 1994 r./
*************************************************
Kolejne stosy płonęły wydzielając ciepło, ciała ofiar pachniały niezbyt przyjemnie. Inkwizytor, który zabił już dość wielu, aby stracić zdrowie psychiczne, recytuje kolejny raz te same słowa z księgi. Ludzie stojący niedaleko słuchają tego, uważając to za słowo Wszechojca…lecz dlaczego jest on nazywany Wszechojcem? – Rozmyślał patrząc na stosy młody jeszcze zabójca – Gallean stworzył elfy, Mortis nieumarłych i morludzi, Wotan krasnoludy…to się kupy nie trzyma, niedość, iż wiara błędna, to wypłata coraz bardziej mierna – czas pewny potrwała jeszcze ceremonia, po czym wszyscy skierowali się do swoich zajęć. Po niedawnej pogadance rozkazano młodzieńcowi pójść do biblioteki i zbadać informacje o demonach. Nie było to dla niego zbyt pasjonujące, lecz jednak postanowił rozkaz wykonać.
*************************************************
Materializm, Chaos, Chciwość, Pożądanie, Brzydota, Okrucieństwo, Zapomnienie, Niechęć, Ignorancja, Ateizm, są głównymi cechami przypisanymi demonom… - ateizm? A Uther to co to było? No, bo mi się wydaje, że bóg…zresztą nieważne – zastanawiał się człek wertując w gospodzie strona po stronie zawartość księgi, czekając na obiad. Gdy wreszcie otrzymał talerz z dziwną breją odszedł do swojego pokoju na poddaszu, talerz postawił na stole, książkę rzucił w kąt złapał za rapier i przeciął obraz przedstawiający Wszechojca na dwie części, w tym momencie się zorientował, iż w pokoju znajduje się ktoś jeszcze, ta osoba okazała się być cieniem…
*****[*]****************************************
-Cień? – Zdziwił się starzec – już jakiś czas temu jeden przyszedł do miasta…
-Ano cień – odrzekł chłopak chowając pustą butelkę z powrotem do tobołka. – i to nie byle jaki cień, powinieneś go znać, co prawda robi za psa na posyłki…ale i tak ma lepszą fuchę niż miałem w imperium, dał mi on niezwykłą propozycję, co bym to udał się do stolicy Hord i poszedł do Ashgana, a lepsze życie rozpocząć będę mógł…w sumie nie miałem czym zaryzykować
- Stąd brzmi jak byś był idiotą szukającym śmierci, lecz…opowiadaj dalej….
***********************************************
Wiele dni podążałem do stolicy Hord, byłem zdziwiony, iż paru mądrzejszych przedstawicieli, którzy mnie rozpoznali nie podnosili na mnie broni, unikałem spotkań z przedstawicielami mej rasy aż wreszcie dotarłem do celu, stolicy Hord, udało mi się prześlizgnąć do Ashgana. Im byłem bliżej tym robiło się łatwiej, aż wreszcie stanąłem przed nim, złożył mi propozycję, warunkiem było zamknięcie duszy we wzmocnionym filakterium, zyskiem wieczne życie, normalna praca, lepsze zarobki, i pewność, iż nie zestarzeję się, ceną obowiązek wykonywania wszystkich poleceń właściciela filakterium. Po całej sprawie Ashgan zawiesił je sobie na szyi o ile można to tak nazwać, po czym wysłał mnie tu portalem, mam być jego oczyma i uszami w tym mieście z powodu jego mieszkańców, idę to właśnie zameldować się u tutejszego głównego wampira….

-Przejdź.
_________________
Cytat:
Every theory of love, from Plato down, teaches that each individual loves in the other sex what he lacks in himself.
G. Stanley Hall

That's why love theories are bad.
Ostatnio zmieniony przez Reyned 2009-04-06, 17:15, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Pete 
Inkwizytor



Dołączył: 21 Cze 2008
Posty: 704
Wysłany: 2009-01-08, 07:28   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
- Skoro nalegasz starcze, mam chwilę czasu i mogę z Tobą porozmawiać. Czego byś chciał się dowiedzieć ?
- Czegoś o Tobie, o twoich przygodach -odpowiedział starzec.
- Zwą mnie Pete, jestem Imperialnym, z zawodu Inkwizytorem.
Starzec zmierzył Inkwizytora od stóp do głów, widząc czerwone szaty z detalami zbroi oraz zaczepioną u pasa buławę)
- Co cię sprowadza do mego miasta młodzieńcze?
- Szukam tymczasowego miejsca zamieszkania...
Starzec wybuchł śmiechem i rzekł
- Wy? Inkwizytorzy zamieszkują piękne Magistraty we wschodnich prowincjach królestwa...
- Opowiem Ci coś Starcze...
- Słucham.
- Było nas trzech, dwóch było dopiero po szkoleniu Ja byłem ich mistrzem, trenowaliśmy w pobliskim lesie sztukę uodparniania się na siłę umysłu. Nagle pojawiły się z leśnych cieni różne zmory i kreatury więc chwyciłem za swą buławę, moi dwaj uczniowie również chwycili na swój oręż i jakoś daliśmy radę tym kreaturom. Biegliśmy do swojej twierdzy na zachód stąd i tam zaczął się dramat.
Wieże stały w ogniu, konie leżały wyżarte na żywca przez monstra, poczuliśmy ciężką ciszę i nagle otoczyły nas cztery dziwne monstra krzyczące, że dawno temu między innymi ja posłałem je na stos za życia. Chwyciłem za swą buławę i czekałem aż zaatakują ale o dziwo tego nie zrobili tylko porwali moich uczniów. Jeden z nich został ze mną na dziedzińcu by stoczyć ze mną walkę gdyż te monstrum było dawno temu wysłane na stos za głoszenia nauk heretycznych.
Powaliłem go bez żadnych komplikacji i doszedłem aż tutaj. Mam zamiar zostać tu na noc, a z rana wyruszam dalej na zachód do głównej siedziby zakonu Inkwizycji.
- Przejmująca historia młodzieńcze... możesz nocować u Mnie. To zaszczyt mieć pod swym dachem tak dzielnego Inkwizytora.

-all edits by R'edoa. nie chciało mi się kolorować tych stu dwudziestu błędów.
Ostatnio zmieniony przez R'edoa Yevonea 2009-01-09, 21:48, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Maxion 
Wtajemniczony
Niebieski wampir



Wiek: 23
Dołączył: 05 Lut 2009
Posty: 18
Skąd: Rio
Wysłany: 2009-04-30, 22:05   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
- Skoro nalegasz toteż opowiem, choć mógłbym zgnieść cię, przejmując się niewiele bardziej, niż po zgnieceniu muchy.
- Uważaj na słowa nieumarlaku! Teraz pomyślmy... Nie jesteś człowiekiem, krasnoludem, elfem, ani bestią, a masz po trochu tego wszystkiego.
- Spostrzegawczość to cudowna cecha. Więc już zacznę. Aby opisać me pochodzenie muszę przedstawić ci mych przodków. Lata temu po zakończeniu wojny między krasnoludami i elfami mój prapradziad - krasnolud zadał się z elficą. Tam między elfami wychowywali się moi przodkowie, jednak mój dziadek wyruszył do wielkich miast, gdzie zakochał się w kobiecie. Ich córka została zwerbowana przez nekromantę, przez niego wychowana i od niego przejęła smykałkę do nekromancji. Jednak gdy wszystkie rasy zaatakowały sporą już armię mej matki (gdyż stanowiła potencjalną zagładę dla połowy ras), ta stworzyła jajo, które zostało zapłodnione przez jednego z jej podwładnych - smoka. Jednak moje narodziny odbyły się inaczej niż historia chciała. Smok widząc mnie spalił na miejscu, nie chciał on bowiem mieć belzebuba wśród potomków. Mając zaś za matkę nekromantę odrodzenie się nie było dla mnie problemem i teraz wędruję jako łowca smoków, żyjąc jedynie chęcią zemsty na mym ojcu.
Starzec nie był jakoś szczególnie zaskoczony moją jakże skażoną krwią, wręcz przeciwnie, niezauważalnie wręcz skrzywił twarz, jakby chciał powiedzieć "tak myślałem"
_________________
Leave out all the rest
Ostatnio zmieniony przez Vogel 2009-04-30, 22:21, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Fergard 
Rycerz piekieł
Już nie emo półdemon



Wiek: 23
Dołączył: 31 Maj 2009
Posty: 188
Skąd: Czy to ważne?
Wysłany: 2009-05-31, 22:44   

Kolejny wędrowiec pojawił się u bram. Nie zaliczał się do tych zwyczajnych wędrowców, jakich widuje się na drogach. Jego cechą charakterystyczną była płomiennowłosa grzywa przypominająca nieco irokez. Dochodziły do tego dwa rdzawoczerwone miecze i błyszczące krwistą czerwienią oczy. Nie ulegało wątpliwości, że nie był to człowiek. Nie wyglądał też jednak na demona. Zmierzył chłodnym wzrokiem starca siedzącego przy bramie. Nie wyglądał groźnie - Ot, staruszek z mieczem w ręku. "Nie zamierzam się afiszować...", pomyślał nieznajomy, podnosząc rękę. Natychmiast otoczył go cień, czyniąc absolutnie niewidzialnym dla ludzkich oczu. Ledwo jednak minął się ze starcem, poczuł chłodny koniec miecza na swojej szyi. Cień rozwiał się w jednej chwili. Strażnik wykrył go bez najmniejszych problemów.
- Nie ominiesz mnie bez opowiedzenia swojej historii. - Mruknął, kłując go w szyję. Leciutki strumień krwi popłynął z krwi płomiennowłosego, po czym opadł z głośnym kapnięciem na bruk.
- Nie jesteś człowiekiem... - Warknął, dobywając mieczy. Szybko jednak dostał w dłoń i zaprzestał prób kontrataku.
- Jestem stary i nie tak cierpliwy jak kiedyś. Opowiesz mi swoją historię, czy mam cię wyprosić, półdemonie?
- Skąd wiesz, kim jestem?! - Warknął jeszcze głośniej płomiennowłosy.
- Uspokój się. Przemiana w Daevę nie da ci nic, podobnie jak w Xipanticusa czy Heartless. - "Czyta moje myśli, czy co?", pomyślał już lekko panikujący półdemon. - Owszem, czytam twoje myśli.
- Więc równie dobrze możesz przeczytać wszystko z mojej głowy.
- To nie to samo, co kolejna dobrze opowiedziana historia.
- Niech cię szlag, staruchu... Dobrze, jeżeli mogę tu wejść za jedną historyjkę, to opowiem. A więc... Moje imię to Fergard. Zwą mnie także Stratoavisem czy Jaszczurzym Golemem, sam nie wiem, dlaczego. Jestem półdemonem - Ojcem mym był Azjralos, potężny Zgłębiczart i wojownik. Matki nie pamiętam.
- Jeżeli był taki potężny, to dlaczego dał się zabić bandzie podrzędnych demonów? - Parsknął starzec z błyskiem w oku. Fergard popatrzył na niego spode łba.
- Przemierzyłem wiele światów: Nevandaar, Antagarich i Enroth, Axeoth, Ashan, Nieskończone Warstwy Otchłani, Spirę, Antaloor czy nawet takie dziwne światy jak Ziemia. Niegdysiejszy przydomek Kreatora odzwierciedlał moje umiejętności animowania istot z rysunków. Zresztą nigdy się nie rozstaję z pergaminem i piórem. - Półdemon uchylił płaszcza, ukazując schowane za pasem pióro i pergamin. - Wiesz, że mogę zmienić się w demona, wiesz, że mam władzę nad Heartless. Wiesz nawet to, że nie umiem pływać. A teraz bądź łaskaw mnie przepuścić.
- Nie powiedziałeś mi jeszcze jednej rzeczy.
- Niby jakiej?
- Że straciłeś głowę dla pewnej gnollicy i teraz poszukujesz jej po całym świecie.
- Niech cię szlag... - Powtórzył po raz kolejny Stratoavis, popijając Kwaśnej Smoczej - Najmocniejszego trunku z zapasów Pandareńskich Miodowarów. - Tak, to fakt. - Półdemon zlustrował wzrokiem okolicę. - Heh... Nie boicie się ataku tych popaprańców Bethrezeena? - Brew starucha uniosła się lekko.
- Nie paktujesz z Potępieńcami? - Zdziwił się.
- A, jednak jest rzecz, którą mogę cię zagiąć. - Fergard uśmiechnął się lekko. - Demony zniszczyły mi życie, zabiły ojca i porwały miłość. Nie, zdecydowanie ich nie lubię. Choć... Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to mogę z nimi kooperować. Wszystko dla Cassandry. - Płomiennowłosy odetchnął. - Przepuścisz mnie teraz? - Staruch bez słowa ustąpił mu miejsca.

Teraz nic nie będzie już takie samo...
_________________
Your hope ends here... And your meaningless existence with it!
 
 
 
Goar 
Giermek
Do you hear me? I'm



Wiek: 20
Dołączył: 08 Lut 2009
Posty: 23
Wysłany: 2009-06-19, 21:59   

-Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?

-Jestem młodym adeptem magii zainspirowanym Czarną Magią, mam na imię Goar.

-A więc opowiedz swoją historię magu Goarze!

-Kiedy miałem 7 lat zmarła moja mama, a gdy miałem 9 lat tata. Niezostało mi wtedy nic jak pujść samotnie w świat. Mimo że byłem tak młody radziłem sobie dość dobrze. Nie glodowałem, ponieważ odziedziczyłem po ojcu talent do władania mieczem i łukiem. Podrużowałem tak 2 lata gdy pewanego chłodnego poranka obudził mnie wysoki, chłodny i wyniosły głos należący do elfa:
"Co tu robi tak mlody i samotny chłopiec? Nie boisz się podrużować samotnie?"
"Moi rodzice zmarli i nie zostało mi nic innego niż podrużowanie poświecie!"
"Ostatnio czuję się dość samotnie więc może mógłbym się przyłączyć do twojej wędrówki... Mógłbym cię bronić i pomagać ci zdobywać jedzenie... Bylbym twoim Przewodnikiem."
Niepozostało mi nic innego jak zaufać nieznajomemu elfowi, i tak bezniego prędzej by mnie rozszarpały wilki albo pomarłbym z braku jedzenia.
"Dobrze zgadzam się."
"A wiec podrużujmy razem... Jestem Sillev!"
"A ja Goar."
Okazalo się że Sillev był bardzo silny i zwinny, z nim nie brakowało mi żywności i nie bałem się nawet niedźwiedzi lub orków.
Ćwiczyliśmy razem walkę i magię (ten elf również znał się doskonale na zaklęciach). I tak mijały kolejne lata. Podrużowaliśmy razem po rozległych równinach Neveendaru ponad 10 lat.
Pewnwj Nocy o pólnocy zostałem brutalnie obudzony przez Sillev'a. Gdy już się przebudziłem caly mokry(oblał mnie lodową wodą która chyba miala zaraz zamarznąć),Sillev wykrzyczał:
"Wstawaj tżeba walczyć!!!"
Podniosłem sie i zobaczyłem przed soba dwa Diabły, Opetanego i Wyznawcę.
"Eee niema co panikować, łatwo będzie to tylko dwa salcesony, kurza łapa i chory psychicznie gostek!"
I zaczeła się walka oczywiście wygraliśmy bez draśnięcia. Nagle pojawił się przed nami Książe i powiedział:
"Z tym sobie nie poradzicie"
I w oddali zauważyliśmy szybującego w naszą stronę Czerwonego Smoka. W maksymalnej sybkości Książe uciekł z pola bitwy, lecz my wiedzieliśmy że nie zdążymy uciec. W koncu demon ma skrzydła. Musielismy walczyć.
Walka była bardzo zażarta i wyrównana. W wyniku muj najleprzy przyjaciel Sillev zginoł dajac mi okazję do zabicia smoka. Nie dano mi czasu na zabranie ciała elfa z tej krwawej równiny. Widać było bardzo szybko poruszającą się wielką armię demonów(ponad 500 oddźałów). W końcu po spojrzeniu w przeciwną stronę zroaumialem że to bitwa miedzy Imperium a Demonami. Z żalem uciekłem z pola bitwy. Nie mogłem należycie pochować ciała swojego najleprzego a zarazem jedynego przyjaciela. Przez 18 lat od tego wydażenia krażyłem samotnie po krainie Neveendar poznajac najskrytrze tajniki wszystkich rodzaji magii. Teraz przyszlem tu przenocować by jutro isc dalej w świat po nową przygodę.

-To była bardzo pasjonująca i wzruszająca historia...

-Mogę przejść?!

Powiedzialem ocierając ukratkiem samotną łzę.

-Och tak, tak...

Klucznik otworzył przedemną brame do tajemniczego miasta...
 
 
Eldim 
Wtajemniczony
Ostatni zdrajca



Wiek: 27
Dołączył: 27 Cze 2009
Posty: 57
Skąd: Ammon Zur
Wysłany: 2009-07-08, 12:04   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Eldim podniósł lekko głowę do góry. Dopiero teraz starzec zauważył jego twarz. Był blady, zaś jego siwe włosy powiewały lekko na dziwnym wietrze, który zerwał się nagle. Oczy lśniły mu czarnym światłem, spojrzał na starca wymownym wzrokiem, po czym naciągnął kaptur jeszcze mocnej na głowę. Jego ręce były dziurawe, w niektórych miejscach zupełnie pozbawione skóry. Widok ten przeraził nieco starca siedzącego przy bramie. Wreszcie jednak tajemniczy przybysz odezwał się.
- Jestem Eldim, nekromanta z Klanu Krwi - rzekł patrząc złowrogim spojrzeniem w kierunku swojego rozmówcy.
- Zdrajcy... Tutaj wasza plaga nie ujrzy schronienia - odparł cicho stary człowiek, po czym delikatnie sięgnął po miecz. Nekromanta widząc to uniósł prawą rękę na wysokość własnej głowy i przywołał do niej płomień, ktory natychmiast zatańczył na jego wpół martwej dłoni. Jego głowa wciąż zwisała w dół, spoglądając w ziemię.
- Nie szukaj zwady starcze, kiedy nie jest ona potrzebna. - dodał Eldim gasząc płomień w swojej ręce - Nie jestem tu, po to, aby kogokolwiek niepokoić.
Siedzący mężczyzna zsunął dłoń z rękojeści miecza, tak samo spokojnie, jak po nią sięgnął, wciąż patrząc w inną stronę. Nie spodziewał się, że Nekromanta będzie tak spokojny, na ogół żaden z nich do takich nie należy.
- Mogę przejść? - spytał spokojnym, lecz mrocznym głosem przybysz.
Starzec przełamując paraliżujący strach spojrzał wreszcie na niego.
- Tak, ale powiedz, po co tu przybyłeś?
Eldim uniósł głowę w górę, najwyżej, jak tylko pozwoliła mu na to jego szyja. Swoimi czarnymi oczami spojrzał ku niebu, które tej nocy było piękne i rozgwieżdżone. Stojąc w skupieniu odezwał się jednak po krótkiej chwili.
- Chcę tylko zaznać spokoju.
- Spokoju? - Stary mężczyzna był wielce zadziwiony tym, co usłyszal z ust Nekromanty.
- Bynajmniej, zapamiętaj, że nie wszystko, co wydaje ci się złe musi takie być.
Dzadyga wstał i otworzył niezdarnie bramę miasta, dając zarazem znak ręką do wejścia.
Nekromanta wsunął się delikatnie do środka i skinął głową starcowi. Za chwilę jego smukła sylwetka rozpłynęła się gdzieś w mroku nieznanego, miasta.
_________________
http://www.lastfm.pl/user/Eldim91
Nekromanta, który pozostaje wierny od zawsze wpajanym zasadom zostaje nazwany ostatnim zdrajcą, kiedy reszta jego klanu odwraca się od wszystkiego, co do tej pory wyznawali.
 
 
 
Lievy 
Krasnolud


Dołączył: 08 Lip 2009
Posty: 1
Wysłany: 2009-07-08, 14:57   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Jak widzisz jestem człowiekiem. W dzieciństwie zacne krasnoludy znalazły mnie na polowaniu. Byłem obolały, schorowany i bliski śmierci, lecz dobre serca moich przysadzistych przyjaciół nie pozwoliły bym dalej leżał tak porzucony na pastwę losu. Zabrali mnie do królewskiego zamku, gdzie jedna ze służek wielmożnej Yatta Halii wzięła mnie pod swą pieczę. Nieraz ciężko mi było żyć wraz z krasnoludami, bowiem nie jestem z ich gatunku, ale przyjaciele nie pozwalali mi się smucić. W wieku 25 lat w pojedynkę zabiłem gromadę trolli i wzięto mnie do straży królewskiej. Jestem przyjacielem Górskich Klanów i wrogiem ich wrogów.
- Ciekawe rzeczy powiadasz, wręcz neiprawdopodobne. I co Cię sprowadza do naszego miasta?
- Całe życie zastanawia mnie z kąd mam dziwne znamię na plecach i dlaczego czasem tracę świadomość, gdy po kilku godzinach budzę się w zupełnie innym miejscu, często z ranami na ciele, jakbym stoczył ciężką walkę. Podobno w tutejszej świątyni jest kapłan, który jest w stanie mi pomóc. Czy teraz byłbyś łaskaw panie i przepuścił byś mnie?
- Owszem, zważaj jednak na złodziei grasujących w ciemnych zaułkach. Są podstępni i coraz trudniej jest nam wyplemić tą zarazę.
- Dzięki, bywaj.
- Bywaj.
 
 
DeathCloud 
Lisz
Reaper/Shadow Agent



Wiek: 30
Dołączył: 04 Lut 2007
Posty: 1000
Skąd: Z'ha'dum
Ostrzeżeń:
 1/3/6
Wysłany: 2009-07-09, 12:33   Miceus DeathCloud The Purveyor of pestilence

Środek nocy. Z mroku wyłania grupa odzianych w ciemne płaszcze i zakapturzonych postaci. Było dwunastu, po bliższym przyjrzeniu można wywnioskować, że to nie jest jednorodna grupa i pod płaszczami są zarówno magowie jak i wojownicy, jeden z nich szedł wysunięty na przedzie, reszta otaczała osobnika, który, pomimo iż nie wyróżniał się ubiorem od reszty to zdawał się być kimś ważnym.
- Może zdołacie to ukryć przed zwykłymi mieszkańcami, ale ja z łatwością wyczuwam waż odór śmierci, jeśli chcecie to magicznie ukryć to postarajcie się bardziej. Ale nic mi do tego, możecie wejść do mego miasta, ale tylko wtedy, gdy opowiecie, kim jesteście.

Będący na przedzie nekromanta podszedł do starca, odkrył usta i tylko kaptur skrywał w mroku jego oczy, widać było jego młody wiek, ale także szkody, jakie wyrządziły jego ciału moce śmierci.
- Przepuść nas, nie będziemy odpowiadać byle podstarzałemu i oszalałemu strażnikowi.
Mówił to ochrypniętym głosem, ledwie zdążył wymówić te słowa, gdy strażnik znalazł się przy nim i trzymał ostrze miecza dociśnięte do jego szyi. Na twarzy nekromanty było widać zaskoczenie, ale nie strach.

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś.
Gdy reszta już miała się rzucić na strażnika, została powstrzymana gestem osobnika, którego ochraniali. Opuścił z powrotem rękę podnosząc jednocześnie głowę, z osłoniętej kapturem i bandażami twarzy można było dostrzec parę świecących, czerwonych oczu.
- Niech tak będzie, skoro to jedyny warunek wejścia do miasta. A ty jesteś kimś więcej niż tylko podstarzałym strażnikiem miasta.
Podszedł do strażnika, podczas gdy reszta się cofnęła. Mówił głębokim, spokojnym, niemal pozbawionym emocji głosem, jego słowa przechodziły od brzmienia niczym echo do niby szeptu, za każdym słowem zdawało się słyszeć jakby mocno stłumione inne głosy
- Jestem jednym z najwyższych Arcyliszy Mortis i jednym z przywódców Nieumarłych.. Nazywam się Miceus, niektórzy znają mnie jako DeathCloud lub Purveyor of pestilence, ale to tylko nazwy i są bez znaczenia dla mnie.
- Nie spodziewałem się tak wysokiego dostojnika Hord tutaj.
- W rzeczywistości nie jestem tu obecny. Te ciało jest tylko nosicielem mojej esencji, prawdziwe ciało z całą swoją potęgą jest w mojej fortecy na kontynencie, w ten sposób ograniczam ryzyko. Co do hord to nie używam go jako określenie dla naszej zbiorowości, jest przyziemne, pospolite, pasujące do mniej zawansowanych społeczności śmiertelników jak barbarzyńcy czy zielonoskórzy. Wolę używać określenia Plaga, najwspanialszego dzieła natury oprócz samej Śmierci.
- Plaga? Czy to na pewno nie jest dobry powód do dumy?
- Dla śmiertelników może to być złe i wywoływać lęk, bo nie rozumieją tego jak i nie rozumieją samej Śmierci. Nie rozumieją, że Śmierć jak i późniejsze przebudzenie jako Nieumarły sługa wyzwala ich od ograniczeń i pozwala na dalszy rozwój, z nowym spojrzeniem będącym ponad dobrem i złem, ładem i chaosem.
- To brzmi jednak jak mowa złoczyńcy.
- Jestem tego świadom, nie wypieram się tego ze nasze motywy mogą wydać się złe dla zwykłych i ograniczonych śmiertelników, ale tylko do czasu… Powinieneś to chyba zrozumieć, bo sam jesteś ponad tymi podziałami.
- Rozumiem, częściowo. Wciąż jednak nie poznałem twojej historii.
- Moja osobista historia ma małe znaczenie i nie jest niczym ważnym wobec naszej historii, a ją znasz z dziejów Nevendar wczorajszych, dzisiejszych jak i poznasz z jutrzejszych. Więc byłem magiem Alkmaarów na długo zanim nadeszło Nawrócenie i byłem jednym z pierwszych, jaki okrył magię Mortis, byłem jednym z założycieli Jej kultu jak i jednym z pierwszych Liszy. Stulecia przed zesłaniem plagi na Alkmaar i powstaniem naszej Plagi Nieumarłych. Jako wierny i kompetentny sługa Mortis posiadłem kontrolę nad wieloma nieumarłymi cały czas asymilując nowych członków do naszej zbiorowości. Mój umysł i dusza pochłaniały część każdego, kto był wchłaniany przez moją część Plagi. Brałem udziałw każdej kampanii Nieumarłych, jak i będę brać udział w następnych, a te nadejdą, bo zbliża się nowy okres wojen.
-Więc jesteś fanatycznym wyznawcą i sługą Mortis?
- Nie jestem Jej wyznawcą, spełniam Jej wolę i służę Jej rozprowadzając naszą Plagę po świecie, nie można wyznawać tego, co jest rzeczywiste i namacalne a tym jest Plaga Mortis, która w końcu dojdzie do każdego. Nie jestem też fanatycznym sługą, bo to tylko by mnie ograniczało. To koniec historii, więcej dowiesz się z przyszłych wydarzeń.
- A co sprowadza was do mego miasta?
- Nie ważne, nie jest to zagrożenie dla twego miasta.
- Przechodźcie.

Grupa weszła do miasta w podbonym szyku jak w jakim przybyłą i znikła w mrokach uśpionego miasta.
_________________
 
 
 
Elendu 
Leśny Duszek
driada



Wiek: 28
Dołączyła: 21 Gru 2009
Posty: 158
Skąd: zewsząd
Wysłany: 2009-12-21, 14:22   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
Elfka nawet nie drgnęła, jedynie jej oczy rozszerzyły się nieco, nie wiadomo, w zaskoczeniu czy zainteresowaniu. Za plecami starca rozległo się ciche warczenie. Gdy spojrzał przez ramię, mógł dostrzec błysk kłów i rozgniewanych oczu sporej wielkości wilka. Na drobny gest elfki wilk uspokoił się, nadal jednak wpatrywał się z napięciem w starca. Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie.
- Moja historia nie jest czymś, co uprzyjemniłoby ci dzień. Pochodzę z odległej krainy i nie znam tych ziem, moje wspomnienia nie mają z nimi wiele wspólnego. - W jej głosie słychać było jakby nutkę smutku.
- Po co więc tu przybywasz?
- Na prośbę przyjaciela. Przybyłam odszukać go w twych murach.
- Jak długo masz więc zamiar pozostać?
- Tak długo jak będzie trzeba. Nie znam tego świata, nie znam istot w nim mieszkających ani prawideł nim rządzących. Być może, jeśli nauczę się zasad tutejszej gry, zagoszczę u was jako jeden z graczy.
- A on zagości z tobą? - Zapytał starzec, a elfka domyśliła się, że chodzi o jej zwierzęcego przyjaciela.
- A czy kazałbyś mi zostawić tu swoją rękę lub nogę? Czy kazałbyś rozstać się z częścią mnie?
- Czy twoja ręka poczekałaby na ciebie pod bramami?
- Skąd myśl, że on zaczeka? - Uśmiechnęła się drapieżnie, nagły kontrast z dotychczasową łagodnością i dobrocią. Przez głowę przemknęły jej dotychczasowe dowody jego wierności, a także jego niechęć do rozstawania się z nią za wszelką cenę. Starzec spojrzał na nią, po raz pierwszy w jego oczach zagościł cień emocji.
- Cóż za zmiana - mruknął, stał jednak na tyle blisko niej, żeby mogła to dosłyszeć.
- Jestem jak woda - szepnęła głosem, który faktycznie przypominał szept strumienia. - Na co dzień spokojna i łagodna, gdy coś mnie wzburzy mogę być równie zabójcza co najlepsza stal.
- A więc wejdź i znajdź to, po co przybyłaś.
Dziewczyna skinęła lekko głową, nieco zdziwiona swoim i jego zachowaniem. Minęła go bez słowa, kierując się w stronę bramy.
Ostatnio zmieniony przez R'edoa Yevonea 2009-12-23, 21:18, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 24
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 767
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2009-12-23, 14:40   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Wampir nawet nie drgnął jednak jego płonące oczy zmrużyły się patrząc na tajemniczego starca. Zaskoczył go a tu już samo w sobie było ciekawe. Może warto poświęcić mu nieco więcej uwagi niż mijanym zazwyczaj na ulicach żebrakom?
- Na imię mi Raven, moje nazwisko zostało już dawno zapomniane i pogrzebane wraz ze wspomnieniami jego świetności pod grubą warstwą kurzu. - odpowiedział swoim zimnym głosem nie wyrażającym zbyt wiele emocji po za znudzeniem i jakąś czającą się groza.
- Co cię sprowadza do mojego miasta?
- Mówi się, że zemsta to jeden z największych grzechów ludzkości. Że jest zła.
- A ty wędrowcze? Czy ty jesteś dobry?
- Jeśli zemsta jest zła, to ja nie chcę być dobry. - odpowiedział spokojnie i uniósł głowę patrząc w niebo zupełnie jakby nie przejmując się tym, że ma ostrze przy gardle. W końcu jego przeznaczeniem nie było zginąć tu, pod bramą tego miasta z ręki starca. On znał swoje przeznaczenie już od dawna.
- Wierzysz? - nagle ni stąd ni zowąd zapytał tajemniczy starzec.
- Czy wierzę? - zadrwił wampir - On sam się ode mnie odwrócił. To dlatego jestem teraz tym kim jestem.
- To ty musiałem odwrócić się do Niego plecami. Wybaczy ci...
Na te słowa z bladych ust wampira wydobyło się tylko pogardliwe prychnięcie.
- Wystarczy mi po prostu by nie wchodził mi w drogę. Zarówno On jak i jego wyznawcy. - ruszył odtrącając dłonią miecz od siebie. Minął już starca i zmierzając w stronę tawerny.
- Nie jesteś człowiekiem prawa? - usłyszał za sobą wołanie
- Nie jestem... - mruknął pod nosem, jakby sam do siebie. Człowiek nie mógł tego usłyszeć.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Amsun Thales 
Adept
Pikku Murasaki Nino



Wiek: 26
Dołączył: 26 Gru 2009
Posty: 2
Skąd: Wiocha of Głogowo
Wysłany: 2009-12-26, 02:55   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze? - spytał strażnik. Szybko zlustrował podróżnego. Był niezbyt wysoki, szczupły, okryty szaro-zielonym płaszczem z kapturem opuszczonym na twarz, a przez ramię przewieszony miał długi łuk i kołczan strzał. Wyglądał... na jakiegoś rodzaju myśliwego lub coś w tym guście.
- ... - Przybysz nie odpowiedział. Zwlekał chwilę, lecz gdy poczuł zwiększający się nacisk ostrza na szyi, westchnął i spokojnym ruchem zsunął kaptur. Spod niego ukazały się niezbyt długie, bo sięgające ledwie do ramion czarne włosy z fioletowo pofarbowanymi jakąś substancją końcówkami, a smukłe rysy twarzy mogły wskazywać na elfie pochodzenie, jednak...
- Ostrze nie będzie Ci potrzebne, starcze. - Cichym, melodyjnym głosem odezwał się w końcu przybysz. 'Kolejna rzecz wskazująca na elfie korzenie' przemknęło starcu przez myśl - Nie zamierzałem sprawiać kłopotów, postanowienia nie zmienię.
Coś w tym głosie kazało zaufać swemu właścicielowi, tak więc starzec, choć z początku niechętnie i ostrożnie opuścił ostrze.
- Imię. Imię jakieś masz? - rzucił strażnik.
- Amsun winno wystarczyć. - krótko odparł podróżnik i zamilkł, najwyraźniej czekając na reakcję starca. Ten po chwili znudził się nieustającą ciszą.
- Nadal czekam, aż opowiesz coś o sobie, bym zdecydować mógł, czy cię do miasta wpuścić.
- Wybacz, panie, brak elokwencji z mej strony, jednak nie zwykłem przychodzić do miasta często. Chciałem zatrzymać się na dzień lub dwa, by odpocząć, a później znów ruszyć w drogę.
- A cel jakowy masz w tej podróży? - zainteresował się starzec
- Szukam... pewnej osoby. Nie mogę powiedzieć nic więcej.
Strażnik wzruszył ramionami.
- No to popatrz sobie tylko przez tę bramę, bo nic więcej uczynić dla ciebie nie mogę. Nie mówisz, twoja sprawa, lecz moją sprawą tedy jest przepuszczenie cię. Więc zmywaj się stąd.
Amsun spojrzał na starca kamiennym wzrokiem, po czym odwrócił się i odszedł w stronę rozciągającego się w dali lasu.
- Elfi pomiot... zrozum tu takiego... - mruknął do siebie staruszek.

Gdy nastał zmrok nikt nie zauważył postaci gładko wspinającej się po murze. Szczeliny występujące na nim z rzadka nie były nawet potrzebne, by go pokonać. Osobnik wydał ledwo słyszalne parsknięcie...
- Nie ma dla mnie granic, nie ma też i krat... Przysięgam na płynącą w mych żyłach elfią krew ludzką skalaną, że Cię znajdę... A żyć też trzeba, sakiewki same nie zmienią właściciela...
... i zeskoczył w mrok miasta.
_________________

Radość, która zwalcza złość. Tego nigdy dość.
あたしは ピク ニノ です。
 
 
 
Gozerav 
Opętany
Szalony Kobziarz



Wiek: 30
Dołączył: 14 Kwi 2010
Posty: 44
Skąd: Diabli wiedzą
Wysłany: 2010-04-17, 19:22   

Powietrze było duszne i ciężkie, a lejący się z nieba żar doskwierał niemiłosiernie wszystkiemu co żywe. Jednak wędrowiec podążający opustoszałym traktem w samą spiekotę południa, nie wydawał się przejmować upałem. Istotnie, nietypowy to był wędrowiec. Twarz i ciało niby ludzkie, lecz na czole, niby korona, sterczały ni to rogi, ni kolce. Włosy białe, krótko obcięte dziwnie współgrały z owym rogatym "diademem". To co jednak nieomylnie wskazywało na pochodzenie wędrowca, to pokrywająca fragmentarycznie jego ramiona i nogi, demoniczna, pancerna skóra. Na jego piersi, dziwne wzory, ni to blizny ni tatuaże, tliły się ognistą barwą, jakby na wpół przestygła lawa płynęła przez ich kształty.
Wokół jego bioder opiętych pasem, powiewała postrzępiona tkanina, niczym rozdarta na pół suknia, a niesymetryczny pancerz pokrywał jego nogi. Z tyłu, dwa wygięte, czarne, skrzyżowane miecze kołysały się lekko, zawieszone nie na wysokości łopatki jak u wielu szermierzy, lecz na wysokości bioder, wraz z pasem.
Podróżnik poruszał się ze swoistą gracją, roztaczając aurę mrocznego majestatu... Który po chwili rozleciał się na kawałki, gdy biegnący obok chochlik, z trudem utrzymujący większą od niego kobzę, rozdziawił swoją paskudną japę.

- Księciuniu? Daleko jeszcze?

- Tak - Odwarknął demon.

- Księciuniu, ale jak daleko?

- Nie mam pojęcia! - Heretyk w końcu wydarł się na swojego sługusa - Trujesz mi **** odkąd wyruszyliśmy! Zapytaj się jeszcze raz a zarobisz tęgiego kopa!

Po swoim wybuchu, demon odetchnął z ulgą na ciszę jaka wreszcie nastała. Powoli zaczynał zatapiać się we własnych myślach gdy...

- Księ...

Chochlik nie zdołał dokończyć, gdy nagle kobza została mu wyrwana z rąk a on sam nagle poszybował dobre kilkanaście metrów w przód, skutkiem mocarnego wykopu jakim poczęstował go jego pan.

- Teraz już trochę bliżej - Oznajmił "księciunio", szczerząc kły w złośliwym uśmiechu.

Po kilku godzinach względnie cichego marszu, w oddali ukazało się miasto.

- Wreszcie... - Mruknął pod nosem białowłosy wędrowiec.

Niestety wejście do miasta nie okazało się tak bezproblemowe jak się spodziewał, i wkrótce znalazł się po niewłaściwej stronie ostrza...

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze? - Zapytał starzec, nie opuszczając broni.

Demon spojrzał na mężczyznę bez strachu i o dziwo, bez gniewu czy irytacji. Raczej z pewnym zaciekawieniem. Po chwili doszedł do wniosku, że skoro jego historia tak bardzo kogoś interesuje, może sobie trochę postrzępić język.

- Więc dobrze starcze - Oznajmił demon cofając się odrobinę, by pozbyć się ostrza na szyi - Jestem Gozerav. Jestem demonem-podróżnikiem...

W tym momencie chochlik wpadł mu w słowo - Ja bym to raczej nazwał włóczęgą albo powsinogą, biorąc pod uwagę dziury do jakich zaglądamy oraz to, że jeszcze przed rokiem zdarzało nam się sypiać w beczkach i papierowych pudłach...

- Zamknij się... - Gozerav wysyczał rzucając chochlikowi mordercze spojrzenie. Nie dostrzegł wówczas, że starzec próbuje powstrzymać chichot.

Uciszywszy gadatliwego sługę, demon odchrząknął i kontynuował - Niegdyś byłem jednym z zaufanych książąt Bethrezena. Miałem rozległe posiadłości i liczne sługi, dowodziłem kohortami które słuchały mnie z bezwzględnym posłuszeństwem jednak... Nigdy nie dane mi było wypróbować moich umiejętności w Nevendaar. Na długo przed pierwszymi Wielkimi Wojnami, w piekle toczyły się pomniejsze boje, między książętami, o władzę i wpływy oraz o łaskę naszego monarchy. Wreszcie i ja przegrałem. Dziwnym zrządzeniem losu uniknąłem śmierci, gdy wrogie zaklęcia posłały mnie i moje oddziały w ogromną rozpadlinę.
Nie wiem jak długo leżałem bez świadomości, gdy jednak się ocknąłem i wydostałem z przepaści, znalazłem moje włości rozgrabione i zniszczone. Nikt też wydawał się mnie nie pamiętać i nie rozpoznawać a jako szczyt wszystkiego, przestałem słyszeć głos Bethrezena. Byłem w piekle niczym cień, aż wreszcie miałem dość. Przeszukałem całe piekielne królestwo wzdłuż i wszerz, aż znalazłem czarnoksiężnika, który potrafiłby mnie wysłać do innego świata. Po kolejnych długich poszukiwaniach udało mi się odzyskać mój ulubiony instrument...
- Z tymi słowami wskazał na trzymaną przez chochlika kobzę.

- Raczej narzędzie tortur - Z pełnym przekonaniem oświadczył chochlik, nie świadomy, że Gozerav poważnie zastanawia się nad uduszeniem go.

Gozerav odetchnął i sprawiał wrażenie jakby grzebał w pamięci. Wreszcie kontynuował.

- Nie pamiętam gdzie trafiłem najpierw, po opuszczeniu piekła. Wiedz jednak starcze, że od tamtej pory zwiedziłem wiele światów, a nawet wiele piekieł o istnieniu których nie miałem pojęcia. Pełniłem wiele funkcji, od najemnego mordercy, do zaciężnego dowódcy wojsk, a nawet jako ochrona ważnych osobistości. Działałem pod komendą wielu ras, choć gniew palił mi trzewia, potrzeba zmuszała do przełknięcia gorzkiej pigułki. Wreszcie przywykłem i do takiego życia. Widziałem niezwykłe dziwy i wiele się nauczyłem oraz poszerzyłem swoje horyzonty. Miedzy innymi, nauczyłem się kryć swój prawdziwy kształt, w tej człekopodobnej postaci. Gdzieś po drodze spotkałem tego oto kurdupla - Rzekł wskazując na chochlika - i zabrałem ze sobą. A właśnie. To małe śmierdzące nazywa się Parch.

Starzec rzucił zaciekawionym okiem na chochlika, który odłożywszy kobzę swojego pana, zajęty był oglądaniem kamieni. Po chwili zwrócił wzrok z powrotem na Gozerava i dał mu znak by kontynuował.

- Może cię to zdziwi starcze, ale jednym z aspektów moich podróży, jest fakt, że przygasła moja nienawiść do śmiertelników. Być może zbyt wiele czasu spędziłem obracając się wśród nich, jednak nie postrzegam was już jako robactwa, które należy wszelkimi sposobami tępić.

Na ten komentarz, starzec uniósł brew ze zdziwieniem ale nic nie powiedział. Wobec tego, demon mówił dalej.

- Z pośród miejsc, które zwiedziłem najlepiej wspominam chyba piekło zwane Labiryntem Amala, lub Amara, zależnie od regionu. Jego władca bardzo przypomina Bethrezena i potrafi docenić tych, którzy wiernie mu służą. Tam dosłużyłem się dość wysokiego stanowiska, choć nie tak znaczącego jak niegdyś, odpowiada mi moja pozycja... Kto wie. Być może lata tułaczki obniżyły moje standardy. W każdym razie teraz, znów mam własną posiadłość i służbę, a nawet udało mi się pozyskać nieco wojsk z rodzinnego piekła. Móje nowe domostwo położone jest w oddalonym zakątku Trzeciej Kalpy. To dobra lokalizacja. Spokojna i pozwala mi się skupić. Została wybrana, przez pana Labiryntu, bym mógł bez zakłóceń układać plany...

- A nie dlatego, że na tym za***** gdzie mieszkamy, nikt nie usłyszy jak grasz, Księciuniu? - Po raz kolejny wtrącił się Parch.

Gozerav obrócił głowę w stronę swojego sługusa - Jeszcze słowo a nakarmię tobą bobry...

Wyraz twarzy demona, gdy mówił przez zaciśnięte zęby, oraz wyraźny tik nerwowy jaki pojawił się w jego oku, sprawiły, że stary strażnik prychnął starając się stłumić śmiech. Po chwili jednak rozbawienie ustąpiło miejsca zdziwieniu, gdy Parch zanurkował za wielki kamulec, krzycząc przeraźliwie.

- Tylko nie bobry!

- O co chodzi z tymi bobrami? - Starzec zapytał drapiąc się w głowę.

Gozerav westchnął i odparł - To osobna, długa historia, ale w największym skrócie, ujmę to tak: Widziałem wiele durnych sekt i kultów. Ale grupa nazywająca siebie Czcicielami Bobrzej Nory, przebiła ich wszystkich. Znasz zasadę, że dostatecznie duża grupa, szczerze wierzących osób, może dać istnienie nowemu bóstwu? No właśnie... Czcicielom udało się powołać do istnienia, pożal się Bethrezenie, bobrzego boga... Koniec końców, do spółki z nieumarłym, z ośmiornicą zamiast głowy i człowiekiem, który ubierał się i zachowywał jak krasnolud, udało nam sie pokonać tego kudłatego szkodnika... Ten z głową jak ośmiornica zatłukł go kamieniem drąc się przy tym "NIECH GINIE!", a ten krasnoludowaty człowiek, chyba wikingami ich nazywali, odtańczył najgłupszy taniec zwycięstwa jaki widziałem.

Starzec pokręcił głową z niedowierzaniem - W życiu nie słyszałem czegoś równie durnego.

Gozerav z rezygnacją machnął tylko ręką - Nie musisz wierzyć. Ja do tej pory z trudem wierzę - Następnie westchnął chyba po raz tysięczny tego dnia i mówił dalej - Na tym mógłbym w zasadzie zakończyć opowieść. Od przeszło roku, mieszkam w Labiryncie Amala, który stał się moim nowym domem i podróżuję po światach, bo przywykłem do tego.

- Co zatem robisz tutaj? - Stary mężczyzna zapytał podejrzliwie.

Twarz Gozerava spoważniała, gdy odpowiedział na pytanie - Wciąż jestem żołnierzem Bethrezena. Przybyłem odwiedzić świat, gdzie walczą jego wojska, w nadziei, ze znów usłyszę jego głos. Zostanę tu jakiś czas, po czym znów ruszę w drogę. Jeżeli mój władca raczy do mnie przemówić w tym czasie, ponownie stanę pod jego sztandarem. Do tego czasu jednak, będę żył po swojemu. To wszystko, co miałem do powiedzenia. Przepuścisz mnie teraz?

Starzec bez słowa machnął ręką pokazując, ze droga wolna. Gozerav zabrał kobzę leżącą na ziemi i wkroczył do miasta nie czekając na Parcha. Strażnik powiódł za nim wzrokiem. Ten demon był jak beczka prochu stojąca blisko ognia. Kiedyś musi wybuchnąć, ale kiedy i z jaką siłą, było nieodgadnione, a on sam był za stary by się nad tym zastanawiać.

Chochlik wysunął się zza kamienia, upewniwszy się, że nigdzie nie ma krwiożerczych bobrów. Spostrzegłszy, ze jest sam, już miał pobiec za swoim panem, gdy nagle zatrzymał się, podniósł kawałek wapiennego kamienia i tak wysoko jak mógł sięgnąć, nabazgrał na murze, koślawymi literami: "ciasto jest kłamstwem". Skończywszy, rzucił jeszcze okiem na swoje "dzieło", po czym pognał za swoim szefem.

_________________
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni... Ale CIASTO JEST KŁAMSTWEM!
 
 
Darogan 
Adept
Czarny Wilk



Wiek: 32
Dołączył: 30 Maj 2010
Posty: 11
Skąd: Wilcza Polana
Wysłany: 2010-05-30, 21:35   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?

*Wzrok tak nieobecny, a przy boku czarny wilk wędrujący…*
Kim jestem… kimś kogo już dawno być na tym padole nie winno.. a mimo coś trzyma mnie wciąż przy życiu.. *Chłodnym spojrzeniem obdarzył po raz pierwszy starcza* Niektórzy zwą mnie wilczym rycerzem.. inni rycerzem czarnej róży..

- Starzec odsuną swe ostrze… postaci przed sobą dokładnie się przyjrzał by upewnić się ze owy wędrowiec ze sobą fałszu nie niesie.. jednak symbol na jego tarczy mówił wiele.. był to łeb czarnego wilka.. „Możesz przejść.. ale bacz na swe czyny.. bo one tu dokładnie ostaną osądzone..”

- Tajemnicy osobnik przeniósł wzrok przed siebie i ruszył.. z towarzyszącym mu wilkiem do miasta…

*Jest wiele legend i opowieści odnośnie „wilczego rycerstwa” lub „ Rycerstwa czarnej róży” chodź czy są prawdziwe nikt do końca nie jest tego pewnym.. stare zapiski jednak mówią o wielkiej bitwie nad doliną Kanekos – gdzie garstka rycerzy z pod tego herbu rozbiła znaczące siły nieumarłych.. służyli wówczas imperium.. Jednak po wojnach zdradziecka szlachta obawiająca się ich wpływów w imperium, uknuła spisek – poddając pod wątpliwość wierność rycerstwa cesarzowi , ten po wysłuchaniu Huberta De Larye, wydał nakaz skonfiskowania majątku rycerstwa a samych rycerzy rozbrojenia.. lub wygnania tych którzy się nie podadzą woli cesarza.. po tych wydarzeniach słuch o nich zaginą.. *
 
 
 
weave 
Opętany


Wiek: 20
Dołączył: 22 Cze 2010
Posty: 6
Wysłany: 2010-06-22, 16:10   

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Widzę, że nie mam innego wyjścia.
- Śpiesz się nie będe tu więcej stał- z niecierpliwością odrzekł starzec.
- Nazywam się Weave i jetsem demonem. Zostałem wysłany do tego miasta by ...
- Skończ! Zawsze miałem obrzydzenie do was demonów, tym bardziej nie chcę słuchać histori jak się nim stałeś. Z chęcią odciął bym ci tym mieczem głowę, ale zrobię wyjątek, a teraz idż i postaraj się już nie wchodzić mi w drogę .
_________________
:D
 
 
Fergard 
Rycerz piekieł
Już nie emo półdemon



Wiek: 23
Dołączył: 31 Maj 2009
Posty: 188
Skąd: Czy to ważne?
Wysłany: 2010-07-05, 21:41   

Elegancko wyglądający mężczyzna zbliżał się na czarnym perszeronie do pilnującego bramy miasta starca. Wyglądem przypominał najemnika bądź tego typu zawadiakę: Na sobie miał skórzany napierśnik, takież spodnie, wysokie buty z żelaznymi podkuciami oraz skórzane rękawice pozbawione palców. Przez plecy przewieszone miał dwa nietypowe, bo rdzawoczerwone miecze, przypominające kształtem swych ostrzy prostokąty.
- Bądź pozdrowiony, starcze - Oznajmił, uśmiechając się ciepło. Ów starzec nie wyglądał jednak na przekonanego marnym kamuflażem półdemona, najemnika oficjalnie hołdującemu sztandarom Bethrezena, a w rzeczywistości wolnej duszy i miecza do wynajęcia, Fergarda Stratoavisa.
- Możesz darować sobie tą maskaradę - Odparł starzec, jednym ruchem zmywając magicznie zamaskowane czerwone oczy, wściekle czerwony irokez oraz cały wdzięk, jaki wcześniej posiadał ów elegant.
- Ach, to ty, co twojego imienia nie mogę spamiętać - Mruknął Fergard, niezadowolony z niepowodzenia swego planu. Ot, dostać się do miasta i zadekować. A tak? Procedura była półdemonowi dobrze znana.
- Historia, bękarcie - Warknął starzec, zaskakująco pewnie trzymając swą dłoń na rękojeści miecza. Stratoavis zaczął zezować na czubek żelastwa przystawionego do jego szyi.
- Niech Ci tam będzie, staruszku. Chcesz historię, będzie historia.
- Mam tylko nadzieję, że nie będzie to odgrzewany kotlet z naszego ostatniego spotkania.
- Nie lubisz żywności podróżnej? - Zażartował półdemon dość odważnie, biorąc pod uwagę, że lekkie cięcie mogło rozpłatać jego gardło na kawałki.
- Nadużywasz mojej cierpliwości, półdemonie.
- Skoro tak bardzo Ci przeszkadzam, pozwól mi wejść do miasta i wszyscy będą...
- Co to, to nie!
- A może jednak?
- Nie ma opcji.
- Może jednak?
- Nie.
- A może...
- Och, zacznij, nim stracę resztki cierpliwości! - Warknął nieco skonsternowany starzec, odsuwając koniuszek miecza od szyi Stratoavisa. Ten odchrząknął, po czym rozpoczął swą przemowę:
- Nazywam się Fergard Stratoavis. Jestem półdemonem, zdążyłeś to pewnie zauważyć. Jestem najemnikiem, który tylko teoretycznie zaprzysiągł wasalstwo Legionom. Nie jestem tym samym... zrozpaczonym osobnikiem, którego poznałeś podczas naszego pierwszego spotkania. Odnalazłem swą lubą, jestem teraz zdrów i pełen życia, zdarza mi się nawet żartować. No, ale nieważne.
- Mojej przeszłości zdradzać nie będę, znasz ją całą. Zdradzę za to, co planuję. Wciąż będę trzymał się Przeklętych, ale tylko dlatego, że nigdzie indziej zwyczajnie mnie nie przyjmą... Choć może? Nie, nie dam się skusić! Trupy nie żyją, krasnale śmierdzą piwskiem, ludzie to nietolerancyjne szuje, a elfy - dzikusy. I tak, mowa ta była tylko na pokaz. Mam paru dobrych znajomych z owych nacji, wszakże nawet najwięksi wrogowie muszą zatrzymać się w tym szaleństwie i czasem porozmawiać przy kufelku dobrego trunku. Ale zaczynam Cię chyba zanudzać...
- Ależ nie, kontynuuj.
- Ma Cassandra w zdrowiu najlepszym się ma, a więc i ja nie muszę pochylać głowy przed nikim tak, jak to drzewiej bywało. Ot, przyjaciele z innych światów, pomagają biednemu półdemonowi. Zapewne słyszałeś o Portalach?
- Och, oczywiście.
- Nie wiem, czy teraz zwyczajnie nie łżesz, ale konsekwencji wyciągać z tego nie będę, prawda? Wiesz więc, że owe chaotyczne siły noszą ich użytkownika na wielkie, czasem ponadświatowe dystanse. Możemy być tu, w Nevandaar, by za chwilę znaleźć się w Enroth. Idąc dalej, trafimy do dziwnego świata zwanego dalej Ziemią, zaś w skrajnych przypadkach można wylądować w dziwnym świecie tak zwanego Czterdziestego Tysiąclecia, w którym wojny toczą się nawet częściej niż tu. Wiesz, czym jest bolter? - Zapytał półdemon ni z tego, ni z owego swego rozmówcę. Twarz starca była nieprzenikniona. Możliwe było, że i o wiedzy niedostępnej nawet dla bóstw tego świata miał wysokie pojęcie i mniemanie. - Tak... Choć mogę wyglądać jak dureń bądź awanturnik w porównaniu z wjeżdżającymi tutaj, zapewniam, że lekceważenie mojej skromnej osoby było błędem wielu person, których ciała użyźniły już Matkę Ziemię. Och, zapewne nie wygrałbym w starciu z tobą czy kimś zawiadującym zaufaniem bądź potęgą któregoś z bóstw, ale mimo wszystko...
- Wystarczy tej gadaniny. Wchodź, zanim się rozmyślę! - Przerwał mu starzec, machając ręką niecierpliwie. Fergard tylko ukłonił się dwornie, dosiadł swojego perszerona i jadąc stępa przekroczył bramy miasta.
"Co to, na brodę Wszechtaty jest bolter?", pomyślał lekko skonfudowany starzec. Och, Stratoavis z pewnością zdziwaczał przez ten czas...
_________________
Your hope ends here... And your meaningless existence with it!
 
 
 
Jeanne Ollivier 
Giermek



Wiek: 27
Dołączyła: 02 Lip 2010
Posty: 27
Wysłany: 2010-07-06, 21:01   

Jasnowłosa, wysoka, krótko obcięta dziewczyna szarpnęła głową do tyłu, aż nierówna, płowa grzywka odsłoniła jej ładne, szaro-niebieskie oczy.
-Zabieraj pan to żelastwo, to pogadamy!
-Ja wyłącznie słucham.
-Noo, tak... jak ci tak zależy... -westchnęła -Widzisz tę drużynę dzielnych wojów bez skazy ni zmazy tam dalej? Chwilowo podróżuję z tą chlubą i śmietanką rycerzy Imperatora. Im się spieszy, mnie nie specjalnie -wyszczerzyła zęby -moja historia jest krótka, choć z lekka skomplikowana. Tylko widzisz, panie, ty tkwisz tu sam jak palec, śmiem zgadywać, że o suchym pysku, a mnie szczerze mówiąc rzyć świerknie w siodle... zaraz, cholera, miałam gdzieś w jukach gorzałkę, siądniemy sobie i pogwarzymy.
-Twoi towarzysze.
-A niech własną chleją.
Rozsiadła się na kamieniu obok starca i podając mu bukłaczek wskazała na grupę jeźdźców majaczących na linii drzew -Więc tak: ten rycerzyna co tak świeci wyglancowaną zbroją po oczach...
-mężczyzna pociągnął długiego łyka, zakasłał i po raz pierwszy odrywając wzrok od swoich słomianych łapci spojrzał we wskazanym kierunku -to mężny obrońca wiary, paladyn królewski, wielki baron
Ezekiel Urbain d'Dupre herbu Dziewica, doradzca wojskowy króla.
-Wielki to pan.
-Ta. Tylko że były. Pan na zamku Modlerto, 40 wiosek i winnice, manufaktury i składy kupieckie, moc majątku... wszystko łajza w kości przegrał. No i skończył jako kurier i eskorta, która ma mnie odstawić przed oblicze jego Imperatorskiej mości. Ci dwaj Łowcy Czarownic to bracia Ola i Jarema, najlepsi uczniowie mojego mistrza, u którego ja sama byłam młodszym tutorem. Bitni a dzielni, to właśnie z nimi biliśmy się wiosną pod Medvą. Jeden pięknie pije, drugi na umór pisze. Są jednymi z najlepszych kandydatów na inkizytorów, tak więc zabrali się ze mną, by studiować w
stolicy. A ten złotowłosy kupidynek to giermek Ezekiela, z obowiązków giermka nie ogarnia, ale nieźle gotuje... hmmm, jego imię może cię trochę zmylić - na chrzcie mu dali Petroniusz, ale z racji wyglądu został Puszkiem.
-Twoją kompanię już znam, młoda damo, ale to nie oni mnie interesują.
-Ach, sacre bleu, niech ci będzie. Jestem Jeanne-Marie Ollivier, młodszy tutor fechtunku w Akademii.
-Nigdy nie spotkałem kobiety-inkwizytora.
-Bo ich nie ma. Ja też nie mam żadnego tytułu, uczę bo umiem, bo wychował mnie stary mistrz Yoshua, który uczył mnie od wczesnego dzieciństwa, walczę od kiedy pamiętam. A czemu opuściłam poco wyjechałam? Za sprawą tej bitwy, o której mówiłam wcześniej... nasz klucz został wcielony do armii jako część IV Dywizji Pieszej, kupa śmiechu była, chorążym mnie zrobili! Sam środek walki, bigos i krwawe pulpety, walczyliśmy w pełnym okrążeniu, to siłą rzeczy ostro nas diabelstwo pocięło, więc, pomyślałam sobie, wszystko pięknie, ale nie mam zamiaru tu ginąć, mus nam się przebić. No to pieprzłam flagę w cholerę, formujemy klin i nogi za pas. Lasek był już blisko, a tutaj nagle zza rzeczki, z prawa, ciągną nowe siły wroga! Srom byłby tedy, spieprzać jak kmiotki w knieję. Przebiliśmy się do dowództwa, powiedzieliśmy, cośmy widzieli, że legiony uderzą z flanki
nowymi siłami. Panowie lordowie pozmieniali szyki i dzięki temu skopaliśmy tyłki tym bethrezeńskim pomiotom. Pogratulowali, odznaczyli, poodsyłali do domów, zdążyłam wrócić do sielskiej rutyny życia w koszarach, a tu przyłazi taki jeden, o, śnięty mściciel, z knajpy mnie wyciąga i do stolicy wiezie... a jeśli chodzi o twoje miasto, to zwyczajnie jest na trasie, tydzień w drodze jesteśmy, zdało by się zejść z siodła, umyć, popić i popasać. To jak będzie? Tylko pamiętaj, kto cię bimbrem częstował!
-Wejdź, młoda damo, wraz ze swoją wesołą kompanią.
-Spili się już, dziady!?



(klucz--inaczej pluton)
_________________

 
 
Sacrifice 
Adept



Wiek: 22
Dołączył: 28 Cze 2010
Posty: 29
Wysłany: 2010-07-07, 10:58   

Młodzieniec, odziany w skórzane ubrania nawet nie spojrzał na człowieka swoimi srebrzystymi oczami i jechał spokojnie w kierunku karczmy.
- A kultura w tych czasach elfów nie obowiązuje?! - Wykrzyczał w jego stronę starzec.
- Powiedz mi, dlaczego mam zwracać uwagę na kogoś twojego pokroju tym bardziej, że nigdy się już nie zobaczymy?
- Jak na tak młodą osobę jesteś dość oziębły, wystarczyło by się chociaż przestawić.
- Moje imię niewielu jest znane. Powiem ci jedynie, że często zwą mnie poświęceniem, ale więcej o tym jak na razie nie powinienem ci mówić. Kiedyś byłem jednym z najwyższych kapłanów Solonielle. Do momentu, zanim stała się bestią. Ona odeszła, a Gallean nas porzucił, nie mam celu w życiu więc zabijam jej nowych pupilków.
- Nieumarłych? Czy to nie jest zbytnio niebezpieczne? Poza tym z tego co mówisz wynika, że jesteś bardzo starym elfem.
- Dawno nie spotkałem truposza, który był na tyle silny by zdążyć do mnie podejść. Tak, jestem dosyć stary, ale kontakt z boginią dało mi pewną władzę nad życiem, przez co nie starzeję się, ale jak widzisz zbytnio odmłodniałem. Tak już jest kiedy nadużywasz mocy należącej do boga. Przynajmniej cały ten okres czasu wykorzystałem na trenowaniu swojej szybkości. – Po tych słowach jego wzrok padł na dwa sztylety znajdujące się przy pasie.
- Pierwszy raz słyszę o kapłanie który jest zabójcą. Ten świat nigdy nie przestanie mnie zadziwiać! Ale dobrze, możesz wejść do miasta, ale nikogo nie prowokuj. Bowiem teraz przyjechało tutaj parę osób, które na pewno byłyby dla ciebie wyzwaniem… A może jednak zdradzisz mi swoje imię?
- Vicroar Hunear. To do następnego razu! W co wątpię…
 
 
9999lich9999 
Wtajemniczony



Wiek: 27
Dołączył: 06 Lip 2010
Posty: 18
Skąd: Krasne k.Rzeszowa
Wysłany: 2010-07-07, 22:18   

Nagle zrobiło się ciemno jak w nocy-mimo iż było samo południe.Przed bramą zatrzymał się bardzo stary i rozklekotany wehikuł . Klucznik ze spokojem zapytał pasarzera o godność i pochodzenie. Odpowiedział mu głos przepełniony jadem nienawiści:
-Moje imię cię nic nie obchodzi.Skąd jestem? Z Aklamaaru. Mortis dała mi o wiele lepsze życie, niż może wieść umierający z głodu żebrak, jakim do tej pory byłem.Najpierw pojawiła się zaraza-ludzie umierali na ulicy-a ja w duchu cieszyłem się,że innych dotyka krzywda i cierpienie.Zapanowało mną okrucieństwo.Syciłem się upadkiem innych, aż sam umarłem.Ale ktoś wejrzał na mą nienawiść i usłyszałem głos:"Roznoś zarazę po wszystkich krańcach Ziemi".Zacząłem studiować wiedzę tajemną, pragnąc się stać arcyliszem.To ci powinno wystarczyć. A i jeszcze jedno - trzymaj gębę na kłódkę bo krew się poleje.I pokarz mi wasz cmentarz-potrzebuję kilku ludzi z miejscowych nieboszczyków...
_________________
Duch jest budowlą, ciało rusztowanie:
Musi być rozebrane, gdy budowla stanie.
(A. Mickiewicz "ZDANIA I UWAGI z dzieł Jakuba Bema, Anioła Ślązaka i Sę-Martena")
 
 
Vogel 
Ochrzczony Ogniem
Disciples of evil



Wiek: 32
Dołączył: 03 Paź 2007
Posty: 2954
Skąd: Temperance
Wysłany: 2010-07-07, 22:19   

Z mroku wyłoniła się wysoka postać prowadząca za uzdę czarnego jak smoła wierzchowca. Kapelusz o szerokim rondzie nie pozwalał dostrzec nawet fragmentu twarzy wędrowca. Kierował się prosto na otwarta bramę nie rozglądając się na boki spokojnie omijając innych podróżnych. Schodząc każdemu z drogi poruszał się wolniej ale nie był zaczepiany aż do czasu gdy osiągnął wrota.
- Chcesz przejść bez słowa Ptaku :?:
- Poznałeś mnie, mogłem się tego po Tobie spodziewać starcze - Wędrowiec zdjął kapelusz odsłaniając brązowe włosy i smukłą przystojną twarz, nieco nieludzka zdradzającą płynąca w żyłach mieszaną krew. - Już raz opowiadałem Ci moja historię, czyżby pamięć Cię zawodziła :?:
- Od naszego spotkania minął już niemal rok - Nieobecny skierowany w niebyt wzrok starca nie robił już takiego wrażenia - Zmieniłeś się, nie jesteś już zbiegiem, mieszańcem jakich wieszają przy drodze, teraz Ty jesteś katem.
Wędrowiec oparł się o mur i skierował wzrok na punkt prawdopodobnie obrany przez starca, rozpinając płaszcz odsłonił czarno białe szaty i insygnia wielkiego inkwizytora.
- Wracając tu zastanawiałem się czy nadal wypytujesz ludzi o och historię, zamierzałem Cie zwieść choć wiedziałem, że nie zdołam. Nadzieja i ciekawość zawsze były mymi wadami. - Starzec nie podejmował rozmowy ale i nie poganiał - Gdy opuściłem to miasto trafiłem do Verzillinu i wdałem się w bójkę z kimś kto okazał się Inkwizytorem nowego kościoła, taka sekta niedobitków z rebelii Crowleya. Sami mordercy i gwałciciele od razu poczułem się jak w domu. Jak się okazało działali legalnie choć nałożono na nich wiele restrykcji miedzy innymi o karze śmierci decydował ktoś z zewnątrz i powiem Ci staruszku że nawet Ty nie odgadniesz ...
- Lady Ambrielle, było głośno o tym w Imperium.
Starzec nie kontynuował nie zmienił też swojej pozycji.
- Poznałem ja, rzucili mnie pod jej nogi i domagali się pala ale ona od razu dostrzegła przekleństwo mych narodzin. Wyobrażasz to sobie ja który pół życia spędziłem ścigając takich jak ona widziała we mnie tylko elfa, przeklętego długoucha skrzywdzonego wojną. - Zacisnął pieści po chwili jednak się uspokoił i kontynuował. - Ułaskawiła mnie ale nie za darmo, musiałem służyć nowemu kościołowi i donosić jej o wszystkim, o dziwo nikt nie dowiedział się o skażonej krwi, a tych którzy coś podejrzewali pozbywałem się sam. Jestem dobry w tym co robię z Łowcy szybko awansowałem na inkwizytora . Donosiłem o wszystkim co knuli ludzie, nienawidzili jej za to ze musieli się przed nią płaszczyć oni wielcy inkwizytorzy walczący u boku Crowleya korzyli się przed elfką. To było tylko kwestią czasu gdy wybuchną a ja byłem na to gotowy, w jedną noc wszyscy wielcy nowego kościoła zginęli. Utonięcia potracenia wozem czy karczemna bijatyka nic z czym władczynie można było powiązać.
Wyciągnął z kieszeni zwitek papieru po czym wciągnął nosem jego zawartość.
Wkrótce potem otrzymałem nominacje na wielkiego inkwizytora i informacje o włączeniu go do nowej inkwizycji pod pieczą Emrego. Będąc zwolnionym od obowiązków szpiega zajrzałem do archiwów gdzie znalazłem coś co sprawiło, iż do tej pory nie mogłem zaznać spokoju. Tatuaż na Twojej szyi miecz skrzyżowany z rózgą podobną do tych agregacyjnych ziemi. - Starzec po raz pierwszy spojrzał wprost na swego rozmówcę, a w jego martwych oczach pojawił się błysk - Byleś tam i widziałeś co mu zrobili, widziałeś gdy zamykano za nim bramę odpowiedz mi tylko na jego pytanie, jaki naprawdę był, wtedy zanim jeszcze...

- To nie jest bezpieczna wiedza - przerwał mu starzec - zwłaszcza dla kogoś o Twojej profesji. Jeśli jednak chcesz wiedzieć powiem tylko iż nigdy nie widziałem nic piękniejszego. A teraz idź...
_________________
Hańba tym, którzy nazywają nas okrutnikami, odwracają oczy od stosu i zasłaniają uszy broniąc się przed krzykiem heretyka.
Albowiem smród jaki czują jest zapachem grzechu opuszczającym jego ciało, czując go poznajemy chorobę jaka toczy naszą duszę i pomaga się z niej wyzwolić.
Słuchając poznajemy ogrom łaski jaką kieruje ku nam Wszechojciec, albowiem nie jest to krzyk bólu a ekstazy przekraczającego wrota niebios.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   

Podobne Tematy
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
theme by michaczos.net & UnholyTeam
Tajemnice Antagarichu :: Heroes of Might & Magic 1,2,3,4,5,6 Forum