Forum Disciples, Disciples 3 on
 
Forum Disciples, Disciples 3  Najlepsze forum poświęcone rewelacyjnej serii gry Disciples
 FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Regulamin  Zaloguj  Rejestracja   Chat [1]   Discipedia  Download 

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Vogel
2011-09-05, 09:53
Płótno Bogów
Autor Wiadomość
Elendu 
Leśny Duszek
driada



Wiek: 29
Dołączyła: 21 Gru 2009
Posty: 158
Skąd: zewsząd
Wysłany: 2011-09-14, 19:38   

Jej jasnobrązowe umaszczenie przybrało na policzkach nieco bardziej czerwoną barwę, kiedy usłyszała komentarz wysokiego bóstwa - Nie muszę dbać o futerko, które sama takim stworzyłam - powiedziała, podnosząc dumnie głową, maskując tym gestem zawstydzenie. Nie była przyzwyczajona do działania śmiertelnego ciała, nasilającego odczuwanie wszelkich emocji. Przygarnęła ogon do piersi, jakby chcąc opanować jego dalsze wybryki. - Naamo, moja droga, czy wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś się gorzej poczuła? - Kotka pod wpływem impulsu podeszła do drugiej boginki, przykładając wierzch dłoni do czoła, zanim zdążyła ona zareagować - Czy to normalne, żeby istoty miały tak wysoką temperaturę? - Wydawała się szczerze zaniepokojona
 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2011-09-14, 21:08   

Sor-Gek zniknął cicho i niezauważalnie, pozostawiając za sobą jedynie przepraszający impuls skierowany do Liadry. Nie mógł teraz zostać, należało zająć się innymi rzeczami, mniej lub bardziej dla niego chlubnymi, w szczególności zaś odpowiednimi przygotowaniami do jutrzejszego pojedynku.

Których, po prawdzie, nie musiał czynić zbyt wielu.

* * *


Krótka wizyta Rogatego wywołała w obozie ournów nieproporcjonalne poruszenie. Lud był podekscytowany zapowiedzianym wydarzeniem, oto bowiem spotkać ich miał niewyobrażalny zaszczyt ujrzenia swego boga, ideału każdego wojownika, gdy stanie w szranki z innym bytem równym sobie.

Pojedynek jednak należało przygotować, gdyż wyzwanie rzucił właśnie Rogaty. Zaraz po opuszczeniu przez niego obozowiska wódz zorganizował większą grupę wojowników ze wsparciem szamanów, których zadaniem miało być stworzenie areny zmagań.
Wyruszyli natychmiast.

Wódz nie wyruszył z nimi. Jego myśli błądziły w oczekiwaniu na powrót Sor-Geka, którego miał podejmować przez resztę dnia oraz noc, asystując w przygotowaniach.

* * *


Nanok za sprawą swego boga zniknął z tuneli równie niezauważalnie co sam Rogaty ze zgromadzenia: Sor-Gek pojawił się pod ziemią na chwilę potrzebną do zagarnięcia młodzieńca pod płaszcz i rozwianie się w powietrzu.
Chciał by obaj tu'ne wreszcie się spotkali, a jego pobyt wśród ludu i przygotowania do rywalizacji były doskonałą wymówką dla tak bezpośrednich działań, nawet jeżeli musiał poświęcić kilka godzin które były konieczne dla bezpiecznego dostarczenia jednego ze swych wyznawców taką metodą.
_________________
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-09-15, 19:24   

- Zabawne - wymamrotałam - odniosłam wrażenie, że coś już zostało postanowione, a my wkrótce będziemy po łokcie uwalani krwią... - Delikatnie odjęłam dłoń kociej bogini od swojego czoła i uścisnęłam lekko. - To nic, po prostu... nie wiem jak to właściwie nazwać, zostałam ostrzeżona? Chyba użyłam odpowiedniego słowa - zastanowiłam się chwilę. - Niestety, stąd już nie ma odwrotu. - Przymknęłam oczy, uspokajając bijące szaleńczo serce. - Obawiam się, że ten pojedynek nie zakończy waśni, Liadro.




Tkająca pieśni Asija i dwie inne magiczki, jedna o złocistych, niezwykłej barwie jak na jej rasę, lokach - to ona jako pierwsza odebrała sygnał od amhaellskiego bożka - i druga, o prostych, kruczych włosach, zmierzały na spotkanie z Faryziosem. Białowłosa była zaniepokojona, wiedziała bowiem, że jej kochanka jest w niebezpieczeństwie i może zginąć, mimo tego, że tkaczka będzie jej bronić do ostatniej kropli krwi. W bladych oczach czaił się strach, ale i determinacja, twarz z kolei pozostała bez wyrazu, niczym maska. Satyrzycę ukryto w najgłębszej części gniazda, gdzie splatały się sieci mocy, tam były najmniejsze szanse na wykrycie jej obecności. Energia Yshagrall stale wracała do pierwotnego poziomu, jednak przy tak ogromnym węźle mocy, który powstawał od setek lat, bóg musiałby się mocno natrudzić, by odkryć obecność kobiety. Istoty rade były, że drugi z ich gości, młody Nanok, zniknął gdzieś. Medyczka przysięgała, że to tajemnicza, potężna energia zabrała go za sobą. Asiję cieszył ten fakt, ze względu na to, że ourn był aktualnie bezpieczniejszy wszędzie indziej, byle nie w gnieździe.

Asija wysłuchała dzisiaj niezwykłego raportu istoty, którą naznaczyła sama bogini, rudej Riny. Białowłosa była zbyt doświadczona, by nie skojarzyć faktów i nie wyciągnąć wniosków. Zaniepokoiło ją to, że ich spokojne od lat życie może zostać wywrócone do góry nogami przez konflikt dwóch ras.

"Witamy, panie" wspólnymi siłami pchnęły lekką, mentalną falę, czekając na gościa w tunelu przylegającym bezpośrednio do gniazda - trzy, zdawałoby się, nieruchome posągi.
_________________
20% bardziej musztardowa
 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2011-09-17, 08:46   

Sygnał został odebrany. Dwie istoty przybyły by powitać nowonarodzonego "Zaprowadźcie mnie pod ołtarz Naamy" ozwał się w ich umysłach.
***

Shayrin i Ithill podążyły na północ. Pierwsza miała zatrzymać się w obozie Amhellczyków rozbitym na skraju Szkarłatnego Gaju, druga zaś udała się w stronę siedziby Ournów. Należało zdobyć informacje gdzie przebywa obecnie Naama.
Nowonarodzony popełnił ogromny błąd bratając się z jej rasą. Nie mógł oczekiwać od niej wsparcia, sama brała pod uwagę jedynie własne korzyści. Tajemnicza była jednak idea budowy ołtarza mającego służyć odtworzeniu boskiego ciała, czyżby Inawiasz darzył ją jakimś szczególnym uczuciem ? Jedno było pewne, należało odnaleźć panią nocy, jeńcy nie mogli przejść przez podziemia niezauważeni. Naama musiała wiedzieć dokąd się udali. Adell wierzyła że bóg Ournów wie gdzie zniknęła po słynnym spotkaniu pięciu bóstw.
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2011-10-05, 14:52, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 25
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 775
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2011-09-22, 17:00   

Aen Niggurath uśmiechnął się miło do Liadry nie odpowiadając na jej słowa. Przyglądał się jej chwilę, zaciekawiony, jednak nie będąc nachalnym.
Bóg ournów zniknął, Naama wydawała się być czymś poruszona. To nie jego sprawy, miał inne rzeczy do roboty. Ot, choćby powrócić do swej domeny i wydać polecenia swoim sługom.
- Muszę wrócić do moich sług, oczekują mnie od dłuższego czasu. Panie wybaczą. - ukłonił się przykładając pięść do piersi po czym rozpłynął się niczym ulotny sen przepędzony pierwszymi promieniami słońca.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Elendu 
Leśny Duszek
driada



Wiek: 29
Dołączyła: 21 Gru 2009
Posty: 158
Skąd: zewsząd
Wysłany: 2011-09-22, 21:01   

- Co masz na myśli, Naamo? Jeśli Sor-Gek wygra, sami Amhellczycy nie będą mieli aż takich możliwości, powinno to też wstrząsnąć nimi dość mocno. Jeśli Faryzios wygra, cóż, waśń się na pewno nie skończy - Widząc zniknięcie Aen Nigguratha zrobiła ruch, jakby chciała pójść za nim, powstrzymała się jednak. - Myślisz że jest cokolwiek co mogłybyśmy, co mogłabym zrobić? Nie znam świata, a ten krótki podgląd zależności nie starczy żeby coś wymyślić. Czy te dwunogi... ludzie... mają jakiegoś boga? - spojrzała chytrze, zastanawiając się, czy zdoła ich sobie zjednać w porę.
 
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-10-21, 02:48   

- Oni go nie opuszczą - zacisnęłam dłonie w pięści, zagryzając znacznie ostrzejsze niż u ludzi, poczynając od trójek, zęby. Po chwili opanowałam odruch, uspokajając spięte ciało. - Ślepo wierzą w swojego Ojca, przynajmniej przez ostatnie stulecia tak wyglądała sytuacja. Nie chcę bezpośrednio godzić w swojego, jakby nie było, sojusznika, ale bezsensowny rozlew krwi to jedna z rzeczy, które nienawidzę.

Rozejrzałam się z namysłem po okolicy, dostrzegając, że zostałyśmy opuszczone przez panów, rozmowa mogła więc być bardziej swobodna. Liadra wzbudzała moje zaufanie, mimo tego, że znałyśmy się krótko - zbyt krótko, aby mieć pewność w związku z czymkolwiek.

Sielankowa okolica znów trwała w błogiej nieświadomości, pozbawiona chociażby przeczucia, co się z nią wkrótce może stać.

- Istnieją stare podania, legendy... nie znam dokładnie wierzeń Amhellczyków - przyznałam - ale nadejście Faryziosa zostało przepowiedziane lata, jeśli nie wieki temu. A kotowaci żyli niemal tylko tą obietnicą, trwając w oczekiwaniu każdego z tych niezliczonych dni. - Spojrzałam prosto w oczy kociej boginki. - Chyba tylko jakiś potężny przewrót mógłby sprawić, że zwątpią, chociaż ostatnie wydarzenia noszą przecież znamiona szaleństwa... Rzeź w tej krainie, tak spokojnej, cichej i nieprzygotowanej na trudy wojny - wyszeptałam z żałością.

Zaśmiałam się gorzko, nieco wbrew sobie byłam rozbawiona.





- Oczywiście, panie, witamy cię pokornie - stwierdziła miło acz chłodno białowłosa, pozornie obojętnie pochylając się w płytkim ukłonie, a jednocześnie zerkając na stojącego naprzeciwko niej bożka. Miała nadzieję, że jej towarzyszki są na tyle rozgarnięte, by powtórzyć jej gest. Były.

Mimo wszystko była w niej pewna doza kobiecej ciekawości, którą należało stłumić, tego typu uczucia wszak osłabiają samokontrolę, która dla podziemnego gatunku stanowi wartość nadrzędną. Jej towarzyszki natomiast nie widziały niczego niestosownego we wlepianiu okrągłych z ciekawości oczu w sojusznika swojej matki. Asija miała ochotę porządnie potrząsnąć młódkami - bo też w porównaniu do niej obie istoty nie były wiekowe, nawet razem wzięte - ale w towarzystwie tak znamienitego gościa nie mogła pozwolić na absurdalne czy zawstydzające zachowania.

- Pozwolę sobie zdać skrócony raport z naszego przedsięwzięcia - kontynuowała, niewzruszona obojętną miną Faryziosa. - Nie mam najświeższych informacji, ba, posiadam wręcz nieaktualności sprzed kilku godzin - rzekła, stając obok amhellskiego bożka i ujmując go delikatnie pod ramię. Na subtelny gest wykonany dłonią Kajsa i Sha ustawiły się w drugiej dwójce, jakieś trzy kroki za nimi. Z typowym dla kobiet wdziękiem Asija przejęła inicjatywę, prowadząc żwawym, lekkim krokiem mężczyznę ku odpowiedniemu rozgałęzieniu korytarzy. - Prace postępują pomyślnie, nikt ani nic ich nie przerywa. Drakkary patrolują niebo na skrajach naszej... pułapki, także nie musimy obawiać się niespodziewanego ataku ani z lądu, ani z powietrza. Jednak nasz pan - wygięła usta w wystudiowanym, sprawiającym wrażenie sympatycznego, uśmiechu - powinien osobiście wszystko sprawdzić. Tym bardziej cieszy nas jego wizyta.
Echo kroków smętnie niosło się siecią równie ciemnych, co chłodnych korytarzy, płosząc tych najstrachliwszych z jego mieszkańców.
_________________
20% bardziej musztardowa
 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2012-04-22, 20:18   

- Jesteście córkami Faryziosa! – Krzyknął jeden z mędrców w stronę otaczającego go tłumu, rozjarzone głowice pochodni rozpraszały zalegający dookoła mrok, rzucając blask na złote maski zdobiące twarze dziesięciu kobiet.
- Pan powiedział! Czas poświęcić jedną rasę dla drugiej, Pan chce byście były przy ołtarzu gdy on stanie do walki w z bogiem Ournów… Strzeżcie się, zdrada już rozpuściła swe jadowite pnącze, bluszcz ze wschodu ukradkiem otacza Tell, to znak! Brońcie czary niebios gdy ojciec skrzyżuje oręż z rogatym plugastwem! – Mędrzec urwał, liczne okrzyki zadowolenia ze strony Amhellan wypełniły przestrzeń, z tłumu wystąpił rosły mężczyzna. Zwieńczone złotą kitką spiczaste uszy poruszyły się niespokojnie, okolone kocią czernią oczy wyrażały jakąś obawę.
- Wyruszyły na północ, trzeba zabezpieczyć wszystkie przejścia… - mówił szeptem. Mędrzec pokiwał głową.

***


Stojąc przy złotej czarze nowo narodzony obnażył złote ostrze następnie przyłożył je do otwartej dłoni. Kilka kropli połyskliwej krwi spadło niknąc w naczyniu. Miast utrzymywać się na jego dnie wsiąkły nie pozostawiając po sobie najdrobniejszego śladu. Faryzios omiótł salę spojrzeniem, okolone czernią bursztynowe źrenice i lwi nos poruszyły się nerwowo.
- To dar dla waszej pani, oby cząstka mej mocy dodała jej sił, oby przyśpieszyła proces jej narodzin… a oto drugi!
Ponownie obnażył dłoń, złocista krew licznymi strugami ściekała w dół, połyskliwe jej strumienie miast upaść poczęły w połowie swej drogi wić się tworząc jakiś kształt. Krystaliczny sygnał wypełnił salę, echo zaś zwielokrotniło jego moc. Szkarłatny ptak siadł na ramieniu nowo narodzonego… starożytny spojrzał na zebrane w sali istoty.
- Niechaj was chroni, córki Nammy… żegnajcie! – Po tych słowach zajął się płomieniem, ognista fala podążyła w stronę wyjścia za nic mając mijane kobiety… Feniks usadowił się na ramieniu monumentalnego posągu Nammy obserwując z wysoka komnatę.

***


„Możecie ruszać” Ozwał się głos ojca, wyciszając wszystkie rodzime myśli dziesięciu kapłanek.
Smukłe damy szybkim krokiem podążały w stronę Złotego Grodu, księżyc nadawał ich maskom platynowy ton. Podobnie jak ojciec, zajęły się żywym ogniem sunąc nisko nad ziemią „Stańcie się cieniem, cząstką nocy, tak jak was uczyłem…”
Ogniste lance szybko zdławił dym, kłęby czerni zniknęły na tle bezgwiezdnego nieba.
Gdy wysoka postać boga wynurzyła się spod ziemi na placu czekał już na niego Arghos, najwierniejszy spośród mędrców.
- Panie, wszystko gotowe, Adell wyruszyła w stronę Tell, kapłanki będą na nią czekały –
- Doskonale – odparł Faryzs, w jego głosie rozbrzmiała nuta goryczy
- Coś cię trapi, Panie?
- Widzisz Arghosie… mój czas dobiega końca… dopiero gdy wszystko co zaplanowałem ziści się bez najdrobniejszego zgrzytu, fałszu mogącego zakłócić tę niezwykle skomplikowaną symfonię zagwarantuję sobie wieczny byt pośród Was, śmiertelników, to bardzo delikatne synu, zbyt rozbudowane by mogło zadziałać bezbłędnie… nie rozumiem – ostatnie słowo było jakieś obce, wyrwane z kontekstu
Przed jego oczami pojawiła się Ithill, moment słynnej zdrady i te słowa.

„Zostaw go, zostaw , albo pożegnasz się z synem!„
„Cóż to znaczy..? Dlaczego pozwoliłem jej uciec?”


***


Shayrin przemierzała puszczę, gdy nagle jej pantera stanęła. Ostre pazury wbiły się w miękką ściółkę, a sierść zjeżyła na znak gotowości.
- Lenna… co się…
Złoty grot przeszył jej pierś nim dokończyła zdanie. Ryk czarnego kota rozdarł przestrzeń burząc zaległą tu ciszę. Ithill usłyszała ten żałosny dźwięk, ton gniewu i z rozpaczy. Ptactwo wzbiło się w powietrze opuszczając krwawe sklepienie lasu. Pantera kapłanki zawróciła.
- Co się dzieje..? – jęknęła Ithill dławiąc się powietrzem, kot sam wiódł ją w nieznanym kierunku… skąd otrzymał rozkaz?
Nim szarość niebios zniknęła pod koronami drzew iIhill ujrzała jak zaległą ciemność rozprasza potężny strumień mocy. Faryzios leciał już w stronę równin, bijące od niego ciepło wyczuwała nawet tutaj… Niespodziewanie w jej głowie ozwał się cichy szept Adell.
„Pominęłyśmy mędrców… Shayrin nie żyje, pantera powiedzie cię inną drogą. Uważaj, wiedźmy Faryziosa przeczesują teren…”
– Zatem nie dotrę tam przed nim… - mruknęła kapłanka nie wiedząc czy jej Pani jest w stanie usłyszeć te słowa.
„Mędrcy to nie jedyne nasze zmartwienie, córko”

***


Nadchodził złoty świt… Wędrujący w stronę północy żołnierze wyczuwali już zbliżającego się ojca.
„Synowie moi, nadszedł czas… wesprzyjcie mnie w boju, za Was bowiem i wasz byt mam przelać dziś swą krew”

Głos nowo narodzonego przesycony był niezwykłą mocą, szum jaki mu towarzyszył przywodził na myśl sam płomień, szalony, nieokiełznany ogień mogący zniszczyć wszystko na swej drodze. Pokonać mógł go jedynie podobny, o tej samej mocy, bowiem nie ma miejsca na tej ziemi dla dwóch bliźniaczych sił.
Wojsko odpowiedziało chórem, krzyk dobywający się z tysięcy Amhellskich gardeł wypełnił puszczę.
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2012-06-20, 21:11, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
Waskos 
Patriarcha
Kapłan Spamu



Wiek: 24
Dołączył: 09 Lut 2011
Posty: 586
Skąd: Masłowy Bród
Wysłany: 2012-04-23, 22:39   

Rozglądał się wśród oceanu pustynnych wydm. Ziemia tak pusta, tak nie zaludniona,
jak gdyby wczoraj wieczorem stworzona, a przecież była tak stara jak on sam. Żadnych świątyń, niewielu kapłanów, a mimo to wciąż pozostawał jednym z najważniejszych bogów. Choć jego wyznawcy od trzech tysiącleci nie mieli własnego królestwa, to znaleźli własne miejsce żyjąc w najróżniejszych zakątkach świata. Przywiązani do religii zachowali podczas diaspory własną tożsamość i nieznużenie głosili swą filozofię wśród innych nacji. Jednak jedno miejsce mocno opierało się ich naukom, a oni sami byli darzeni nienawiścią za samo swe jestestwo. W tym samym miejscu bogowie urządzili sobie teatr.
„Wasze armie walczą w śmiertelnym uścisku, religie we krwi unurzane, krzykiem strachu jak nożem naznaczona przyszłość. Z każdą interwencją bogów związana jest zmiana, sprawmy więc, aby była ona dla nas fortunna.”

***

Wielu ludzi odwiedzało miasto Lakaresh- Bramę Pustyni. Krzyżowały się tam szlaki handlowe łączące tropikalne tereny wschodu z ziemiami barona Karela i dalej z coraz to mniejszymi osadami na porośniętej lasami północy. Nic dziwnego, że to w tym miejscu znajdowała się posiadłość klanu Bakht, jednego z założycieli i najpotężniejszego gracza Związku Morskiego- najbardziej wpływowej gildii handlowej. Gildia ta była stowarzyszeniem założonym i zarządzanym głównie przez wyznawców Dem Irazekuma, którzy nie posiadając własnego państwa od wieków zajmowali się głównie handlem i osiągnęli mistrzostwo swego rzemiosła. Przywódcy gildii: Myzir Bakht, Khstut Yun, Riordian Patrank i Kharim Barkut, rzadko spotykali się w jednym miejscu, ten dzień był jednak inny. Riordian podszedł do drzwi posiadłości Bakht, gdy popatrzył na błękitny, pozbawiony niemalże wszelkich ozdobników herb gildii, nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Filozofia i religia klanów zakładała, że aby wyzwolić umysł, należy żyć skromnie, tymczasem zarządzali majątkiem, którego pozazdrościłby niejeden monarcha. Tłumaczyli się jednak, że pojedynczy członek rodu nie posiada własnego majątku, był on własnością rodziny. „Całkiem zgrabne wytłumaczenie, oczywiście nikt w nie wierzy poza nami i, miejmy nadzieję, naszym bogiem.” Mężczyzna został wpuszczony do środka przez starego, potężnie zbudowanego ochmistrza rodziny Bakht, Ibrahima.
- Bądź pozdrowiony mistrzu Patrank, pan Yun już przybył. Wielmożny Myzir Bakht dołączy do was gdy pan Barkut do nas dotrze.
- Dobrze się składa, chętnie porozmawiam z mym dobrym przyjacielem sam na sam, zanim rozpoczniemy obrady o… No właśnie, o czym? Czy może ty wiesz Ibrahimie dlaczego Myzir zarządził tak nieoczekiwane zebranie?
- Nie, proszę za mną.
Ibrahim nigdy nie należał do rozmownych ludzi, poza tym, Riordian uważał, że nie darzy go zbyt wielką sympatią. „Przynajmniej Khstut zaszczyci mnie rozmową.”
- Khstut, mój stary przyjacielu. Serce mi rośnie gdy widzę cię w zdrowiu.
- Co? O, witaj Riordianie.
- Cóż to się stało? Czyżby mój urok przepadł deszcz, który podobno kiedyś nawiedził południową pustynię? Czy może Fortuna ci nie sprzyja, że nie raczysz mnie powitać.
- Owszem, Fortuna mi sprzyja, inny mam problem. Alsu niedługo dożyje dwudziestej wiosny, a nie znalazłem jeszcze dla niej odpowiedniego narzeczonego.
- Wezwijcie kronikarza, rzecz to niesłychana. Przeto legendy o urodzie twej córki krążą, sami bogowie powinni ustawiać się w kolejce do jej drzwi. A może grosza skąpisz na posag swej córki jedynej?
- Nie zamierzam po prostu oddać majątku mego klanu w nieodpowiedzialne ręce. Rzuciłbym z chęcią te poszukiwania i przypisał majątek Alsu, ale za bardzo wdała się w matkę. Całe lata inwestowałem w jej naukę, a wszystko diabli mogą wziąć, przez jej miękkie serce przeklęte. Że też los nie obdarzył mnie synem.
- Niektórzy wdzięczni byliby nawet za córkę.- Na wesołej do tej pory twarzy Riordiana zagościł smutek.
- Wybacz, nie chciałem. To już rok minął, jak się trzymasz?
- Odnajduję siłę w pracy i modlitwie, ale wciąż uważam, że to niesprawiedliwe gdy życiem żegnają się ci, którzy go nie zasmakowali. Jednak wróćmy do Alsu- rzekł Riordian odzyskując pogodę ducha.- Pozwolę sobie zauważyć, że to po części twoja wina. Trzymałeś ją w bezpiecznym uścisku przez całe życie i nie pozwoliłeś poznać smaku porażki i sukcesu. I tu pojawia się moja propozycja, pozwól mi ją zabrać na następną wyprawę handlową. Gwarantuje ci, że będzie ze mną bezpieczna i szybko nauczy się naszego fachu.
- Hmm… A gdzie byś się z nią udał?
- A choćby na daleki wschód. Handel pieprzem jest bardzo dochodowy, z pewnością…
- Co to? Planujecie ekspedycje beze mnie?- Kharim wszedł do pokoju. Młody przywódca klanu Barkut miał wyjątkowo silny charakter, Riordian i Khstut liczyli około czterdziestu lat, on miał dopiero dwadzieścia dwa. Jednak stawiał się na równi z nimi.
- Zapewniam cię, że nikt nie zamierza wygryźć z interesu najlepszego żeglarza w naszej historii. Nie po to się tu zebraliśmy.- Myzir dołączył do swych gości. Jego widok nie należał do najprzyjemniejszych. Straszliwa choroba, z którą zmagał się od dziecka, powoli wyniszczała jego ciało. Był potwornie wychudzony i często miewał ataki krwawego kaszlu. Patrząc na niego i jego ochmistrza, który szedł po jego prawicy, że to Myzir jest u schyłku żywota, a przecież był w wieku Riordiana, a Ibrahim liczył lat siedemdziesiąt. Jednak przywódca klanu Bakht nadrabiał słabość fizyczną bystrością umysłu, był również pierwszym od wielu lat prorokiem Dem Irazekuma i jako jeden z niewielu żyjących współwyznawców okiełznał skomplikowaną magię swego boga.
- Nie chciałem was odciągnąć od waszych obowiązków, ale będziecie musieli odłożyć je na później, nie radziłbym również planować wypraw handlowych na wschód, być może będziecie musieli wyruszyć gdzie indziej. Najpierw powiedzcie mi jednak, co sądzicie o sytuacji we włościach barona Karela?
- Cóż mamy sądzić, gdy sami nic nie wiemy.- powiedział Khstut.- Baron nie siedzi w swej twierdzy, podobno jego ziemie nawiedziła jakaś epidemia, niewiele więcej wiem. Jedno jest pewne, kupcy tracą zaufanie do barona.
- Nie nasze to zmartwienie.- wtrącił Kharim- Teraz jedyną drogą dla handlarzy jest podróż rzekami, a tylko nasze statki są w stanie przewozić ich towary w dużych ilościach szybko i bezpiecznie. Plujmy na tą zarazę.
- Zarazy mają to do siebie, że dotyczą każdego, lepiej pilnujmy, aby choroba nie rozprzestrzeniła się dalej. Ale teraz zajmiemy się czymś nieporównywalnie ważniejszym. Pan nasz skontaktował się ze mną.- Te słowa wstrząsnęły gośćmi.
- Myzirze, wiesz, że ufamy twoim słowom, ale czegóż może chcieć od nas Pan, za swe hojne dary?- Ciszę przerwał Riordian.
- Najpierw ty nam opowiedz Riordianie, co słyszałeś o wydarzeniach w lesie na północy. Z pewnością słuchałeś uważnie i wiesz, że wśród amhelczyków panuje spore poruszenie.
- Sam chciałbym więcej wiedzieć, ale opowiem wam co na gościńcu podsłuchałem. Wśród gór wysokich i lasów odzianych wojna niebawem zawita. W Złotym Grodzie wódz nowy na amhelskim zasiadł tronie. Wysyła on heroldów, by do każdego napotkanego męża dzielnego i walecznego krzyczeli „ Wzgardźcie te doczesne rzeczy i z naszym Panem dobrą sławę miejcie na pieczy, padną przed nim świątynie w smutne zwaliska, wejdzie jako bohater w rozstąpione mury, wśród radosnego wokoło żołnierza, miecz zwycięski podniesie.”
- Nie wydaje mi się, aby takich słów używali amhelscy werbownicy.
- Ale tak to zapamiętają poeci.
- Pewnie masz rację. Ale musimy przemyśleć nasz udział w tej sprawie. Pan wyraźnie wskazuje na to miejsce w moich wizjach. Jesteśmy przywódcami gildii, więc przede wszystkim powinniśmy kierować interesem naszych klanów i…
- O nie!- zaprotestował Kharim.- Dobrze wiem, do czego zmierza. Wy planujecie podpisać z nimi zwyczajną umowę handlową. Nie pozwolę na to. Szesnaście lat temu mój brat wyruszył tam aby nieść tam naszą naukę i zachęcić ich do wspólnych interesów. A co tam znalazł? Paskudną śmierć. Nasz bóg z pewnością nie każe nam popełniać tego samego błędu, on wymaga sprawiedliwości. Myzirze, jesteś pierwszym od dwunastu pokoleń prorokiem, poślij do boju wszystkie klany co na pustyni koczują, posłuchają oni twego słowa. Wyślij ich na to czarcie, amhelskie nasienie.
- Nie. Nomadzi nie są naszą armią i nie zamierzam wciągać ich w konflikt, którego nasz Pan nie oczekuje wbrew twoim nadziejom. Nie powinieneś tak nienawidzić tego dnia, w którym dusza twego brata opuściła nasz świat, on zginął robiąc to w co wierzył, a ty po jego śmierci wzniosłeś się i swój klan wyżej niż on mógł kiedykolwiek marzyć.
- Dla mnie krew mego brata jest cenniejsza niż pozycja w tej gildii. Jeżeli zamierzacie paktować z tymi bestiami to proszę bardzo, ja do tego ręki nie przyłożę. Sądzę, że skończyliśmy rozmowy.- Kharim udał się w stronę wyjścia.
- Może nie należało go tu zapraszać? Jest jeszcze bardzo młody i nie zawsze podejmuje rozsądne decyzje.- odezwał się Khstust.
- Nie taić przed nami samymi prawd, nawet okrutnych. Może Kharim się na nas gniewa, ale wciąż jest jednym z nas, okłamywanie go mogłoby to zmienić. A teraz zastanówmy się, nad naszym udziałem w amhelskiej wojnie. Riordian?
- Cóż, tamte rejony kryją z pewnością wielki potencjał, ale nigdy nie były dla nas zbyt gościnne. Jednak czy może być lepszy czas by się zaprzyjaźnić niż wojna? Uważam, że nasza fortuna przy amhelskiej wyrośnie fortunie, więc to o nią powinniśmy zadbać.
- Sam bym lepiej tego nie ujął, to będzie twoim zadaniem. Możesz tytułować się wysłannikiem całej gildii, zajmij się szczegółami.
- Niezbyt interesuje cię ta cała sytuacja, a chyba powinna.
- Ufam twoim intuicjom, a sam przewiduje dla siebie inne zadanie. Idźcie już, macie dużo pracy.
- Ludzie naszego rzemiosła zawsze mają jej dużo, żegnaj Myzirze. No, mój przyjacielu Khstucie, wygląda na to, że zabiorę Alsu w bardziej ciekawę miejsce niż zamierzałem.
- Nie uważasz chyba, że twa propozycja wciąż jest aktualna. Nie mam innych dzieci, aby wysyłać Alsu na wojnę.
- Czyżbyś stracił we mnie zaufanie? Chodź, omówimy wszystko po drodze.
Myzir śledził odchodzących przyjaciół pochmurnym spojrzeniem, nie uszło to uwadze Ibrahimowi.
- Martwisz się czymś, panie?
- Nie, zastanawiam się tylko. Wydarzenia na północy, jakiekolwiek by nie były, zmienią bardzo wiele, nawet wśród nas. Musimy uważać, abyśmy nie stracili tego, kim jesteśmy. Nasz bóg z pewnością widzi w tej sytuacji dla siebie okazje, tylko czy dla nas też?
- To już zależy tylko od nas.
- Mądre słowa, przyjacielu, oby okazały się prawdziwe.
_________________
I lubię patrzeć, jak w panice
Pospólstwo z mieniem pierzcha drogą,
A po ich piętach wojownicy
Depcą i ławą suną mnogą.
Lubię to sercem całym!
Ostatnio zmieniony przez Waskos 2012-04-29, 15:55, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2012-04-28, 21:13   

Północny skraj nieba zdawał się być opanowany przez zorzę, gwałtowną i skąpaną w czerwieni, jakby chciała się dopasować do nadchodzących wydarzeń, do pojedynczego starcia, przy którego wadze wojny zdawały się błahostkami. Falujące w takt rogów i bębnów niebo, po którym przemykały długie cienie spędziło sen z oczu wielu amhellczykom stacjonującym w pobliżu miejsca zbliżającego się pojedynku, oraz zamieszkującym okolicę innym ludom.

W kulturze ournów noc ta przetrwała w formie bojowej pieśni, części najważniejszej opowieści o Rogatym Bogu jaką zna jego lud.

* * *

To nie była noc spokoju
To nie była noc na sen
W ich obozie wszędzie wrzało
Z ich obozu czmychnął mrok
Słupy ognia wystrzeliły
Z gardeł wyszedł krzyk:
"Legnie jutro koci bożek
O to pewni my!"

Rogu dźwięk poruszył niebo
Bębnów zaś poruszył lud
W krwistym świetle wojny taniec
Opowiedział wojów trud
Wojny znój
Ostrzy syk
Triumfu smak
Boskie "Tak!"

Chwila była to właściwa
Z tronu zstąpił bóg
Obóz głębiej rozświetliła
Barw wojennych moc
Wojny woń mu ujawniła
Triumfu ścieżkę w noc

* * *


Wczesnym rankiem Sor-Gek wraz ze swymi wyznawcami przybyli na miejsce pojedynku, przygotowane zgodnie z instrukcjami. Zawiły wzór, tworzący okrąg o promieniu kilkunastu metrów, był jednym z niewielu przykładów boskiej sztuki magicznej, jaka kiedykolwiek została podarowana śmiertelnikom. W tym przypadku idea była prosta - kto wchodził w krąg, godził się, by jego moc nie miała wpływu na świat poza nim tak długo, jak długo w nim pozostawał. Gwarantem była właśnie moc takiej istoty, którą magia kierowała tak, by sama sobie przeciwdziałała.

Ournowie rozlokowali się półkoliście na północnej stronie areny, przy niej samej pozostał jedynie ich bóg, oraz jego dwaj zaufani. Brakowało tylko jego przeciwnika, być może też tych bogów, których interesował przebieg starcia.
_________________
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2012-05-04, 00:38   

Ukłoniłam się Liadrze i spojrzałam na boską towarzyszkę z przepraszającym uśmiechem. Nie mogłam poświęcić jej więcej czasu, chociażbym chciała, ponieważ bieżące sprawy wymagały nadzoru.
- Wybacz, moja miła, muszę cię opuścić, pilne sprawy wzywają. A przepychających się chłopców powinna doglądać - na to słowo położyłam szczególny nacisk - przynajmniej jedna rozsądna kobieta. Mam nadzieję, że spotkamy się niedługo - spojrzałam na nią znacząco. - Bardzo niedługo.
Pod ptasią postacią wzbiłam się ku niebu, z powietrzem szumiącym w uszach w uszach poszybowałam do najbliższego wejścia prowadzącego wgłąb ziemi, do sieci tuneli mojego ludu. Gdy już tam dotarłam, przyklękłam, dłonią szukając jednej z nici mocy, służącej do szybkiego wysyłania przekazów. Mentalnie przekazałam krótką wiadomość Słuchającej w stolicy:

"Pełna mobilizacja. Wojownicy do broni, w stałej gotowości. Ustalmy sygnał wymarszu."

Kilka chwil czekałam na odpowiedź.

"Przyślij go do nas, a będziemy wiedzieć, co mamy robić."

Zdezorientowana skrzywiłam się, nie zrozumiawszy sensu myśli magiczki. Jednak nie zdążyłam przekazać sygnału z żądaniem o szczegóły, bo tajemniczy posłaniec wyfrunął z mroku korytarza i usiadł na moim, wyciągniętym przed siebie bezwiednie, przedramieniu. Złote oczy okolone szkarłatnymi piórami spojrzały na mnie całkiem rozumnie, a z gardła ptaka wydobył się niski trel.

"Prezent od Faryziosa. Asija mówi, że powstał z boskiej krwi. Nie zawiedzie."

Zlustrowałam stworzenie uważnie, rozpoznając w nim rzadkiego feniksa i ogarnął mnie podziw dla piękna boskiego ptaka. promieniowało od niego ciepło oraz moc. Teoretycznie każdy bóg mógł je tworzyć, gdy przebywał we własnej, materialnej postaci, poświęcając cząstkę swego ichoru. Jednak nie każdego było stać na taki gest. Samolubny bożek wolał zachowywać energię do pilnowania siebie, tworzenie strażników było nieopłacalne poza okresem wojny.
- Dobrze, ptaszku. Przydasz się. - Dotknęłam dumnie połyskującego dzioba koniuszkiem palca wskazującego. - Leć za mną - rzuciłam komendę, podrzucając ptaka w powietrze i zmieniając raptownie formę.

Jako feniks o połyskujących złotem i miedzią piórach wzleciałam ponad korony drzew. Dla czystej finezji wydłużyłam sterówki przybranej postaci, by tworzyły za mną pyszną, sprawiającą wrażenie stworzonej z ognia wstęgę. Nieco utrudniało to lot, jednak nie na tyle, by rezygnować z wywarcia odpowiedniego efektu. Twór Faryziosa po chwili zrównał lot ze mną. Razem dotarliśmy do miejsca, gdzie miało się odbyć ostateczne starcie dwójki bogów.
Zniżaliśmy lot leniwą spiralą nad głowami zebranych. Rada byłam z porannego światła, cudownie igrającego w piórach moich i towarzyszącego mi feniksa. Widziałam skierowane na nas oczy obecnych wokół placu ournów, z godnością zwiększyłam kąt nachylenia swojego ciała w stosunku do ziemi i spikowałam w dół, wytracając prędkość kilka cali nad ziemią. Dla efektu w momencie przemiany przywołałam płomienie, które pochłonęły ptasie kształty. Z rozmysłem wybrałam pozycję przy najważniejszych osobach - Sor-Geku oraz jego towarzyszach. Stanęłam przed zebranymi wyprostowana, z wysoko uniesioną głową i rozpostartymi lekko rękami. Po chwili trwającej nie dłużej niż trzy uderzenia serca z nieba spłynął feniks i usiadł na moim ramieniu, miękkim puchem muskając policzek.
Za milczące powitanie musiał starczyć mój serdeczny uśmiech, skierowany do przeciwnika Faryziosa, jego zaufanych oraz reszty obecnych.
_________________
20% bardziej musztardowa
 
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 25
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 775
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2012-06-11, 19:58   

- Tak się zastanawiam - delikatne tony kobiecego głosu rozbrzmiewały w sali niczym uderzenie małych, srebrnych dzwoneczków - Czy to aby na pewno rozsądne? Awiaki od lat są odseparowane od reszty świata, nie zdziwiłabym się gdyby zdziczały.
Komnata, w której rozmawiali była zaiste przedziwnym miejscem. Podłoga, czarno-biała szachownica lśniąca jak wypolerowany marmur, ścian czy sklepienia w ogóle nie było widać. Miast nich bezkresna, szalona przestrzeń wirująca nierównomiernie otchłanią tęcz, gwiazd i świateł nie z tego świata. Drzwi przez, które wszedł jego gość wisiały swobodnie w przestrzeni stwarzając wrażenie, że zaraz ulecą w dal pozostawiając kobietę na łaskę bądź nie łaskę dziwacznego wymiaru.
- Nie martwiłbym się o to. To dumny, szlachetny lud, odizolowanie z resztą wybrały same. Jako pokutę. Myślę, że czas zakończyć ich wygnanie. Ich siła wspomoże lud B'uccari w nadchodzącym konflikcie - Aen Niggurath rozprostował się na kamiennym tronie i wyciągnął nogi przed siebie. Wszystko byłoby normalne gdyby nie sam fotel lewitujący do góry nogami i to, że wyglądało na to iż na Panu Umysłu grawitacja nie robi najmniejszego wrażenia. Nawet jego długie włosy, przeciwnie naturze, nie opadały w dół lecz jak gdyby nigdy nic spływały po karku na plecy i muskularną pierś.
- Sam mówiłeś, że dojdzie do pojedynku. Jeśli Faryzios przegra sprowadzisz Awiaki na darmo - rozmówczyni nic nie robiła sobie z otaczających ją dziwactw. Przywykła do tego będąc częstym gościem w domenie Aen Nigguratha. Sama wyglądała niczym anioł w wyobrażeniu ludzi. Piękna, jasnowłosa, błękitnooka kobieta z parą śnieżnobiałych, upierzonych skrzydeł na plecach. Jej ciało okrywała tylko zwiewna, złotawo, miedziana szata.
- Nie wierzę w ani jedno słowo tego szczeniaka droga siostro. Wątpię by był gotów pogodzić się z porażką i spełnić żądania Sor-Geka. Weź też pod uwagę, że może wygrać. Wtedy może być już za późno na wezwanie Zapomnianej Rasy.
- Twoja wola. Rób jak uważasz, nie będę wtrącała się w twe gry. - mówiąc to, nieco rozczarowana, skierowała się do wyjścia pozostawiając swego brata samemu sobie.
Kąciki ust Szalonego Boga powędrowały w górę tworząc zagadkowy uśmiech.

***

Wiedźma została ukryta gdzieś głęboko pod ziemią a strzępki informacji o powodzie, dla którego tak się stało wystarczyły by zrozumiała powagę sytuacji.
W tym pomieszczeniu czuła się dziwnie obco. I nie chodziło tylko o sam fakt iż nigdy w życiu tutaj nie była ale o samą przedziwną aurę tego miejsca. Przesiąknięte było pradawną, pierwotną energią co z chęcią zaczęła badać. Jej metody były delikatne, subtelne by nie naruszyć delikatnej harmonii swoistej sieci energetycznej. Dzięki temu mogła wiele dowiedzieć się o tym miejscu jak i zamieszkujących je istotach.
Korzystając też z okazji próbowała również zaczerpnąć nieco mocy by zregenerować swoje uszczuplone jeszcze nieco siły. Tak mijał jej czas na oczekiwaniu. Mogła już opuścić gniazdo Midian jednak nie wiedziała jak to zrobić. Musiała czekać...

***

W Szarym Zamku było dość głośno. Starzy mędrcy i kapłani kłócili się z młodymi czarodziejami, których przedstawicielem był Fyyr, zdolny, silny i energiczny przedstawiciel ludu. Obrada dość szybko zmieniła się w hałaśliwą kłótnię co tylko pogorszyło nastroje wśród oczekujących na decyzję mieszkańców.
- Nie możemy tak po prostu zerwać wieloletniego przymierza i zaatakować Amhelan - powtarzał z naciskiem po raz kolejny stary satyr z bielmem na oczach.
- Wymordowali zaproszonych na wiec a reprezentantów wzięli do niewoli! Nie wiadomo czy jeszcze żyją - gruchnął zaciśniętą pięścią w stół młodzieniec. W jego miodowych oczach tliła się iskierka gniewu i żądzy krwi kotowatych. Nic dziwnego, brat bliźniak ciemnowłosego czarodzieja był jedną z ofiar zdradzieckiego wiecu.
- Jeśli zaatakujemy tylko pogorszymy sytuację! Co jeśli Yshagrall jeszcze żyje? Czyżby chęć pomszczenia brata aż tak cię zaślepiła Fyyrze? - starzec nie ustępował, wstał z kamiennego siedziska i zacisnął sękate, starcze palce na długiej, magicznej lasce.
- Jeśli tego nie zrobimy wyjdziemy na tchórzy. Fyyr ma rację, powinniśmy wyruszyć. Sami jednak... - arcydruidowi przerwał tajemniczy dźwięk, który zwrócił uwagę wszystkich zgromadzonych. Zwierciadło szumiało i trzeszczało jakby łącząc się ze swoim odległym odpowiednikiem. Na sali obrad zapadła głucha cisza. Mleczny blask rozlał się ze szklanej tafli.
- La mayyitan ma qadirun yatabaqa sarmadi, fa itha yaji ash-shuthath al-mautu gad yantahi - zabrzmiało starożytne, zapomniane niemal pozdrowienie. Oczom satyrów ukazała się w zwierciadle ptakopodobna, humanoidalna istota. Jej ptasia głowa okryta była kapturem tak iż wyzierały spod niego tylko jasne oczy i ostro zakończony dziób.

***

Wszyscy zaczęli gromadzić się już nieopodal miejsca gdzie miało odbyć się widowisko w postaci pojedynku dwóch bogów. Miał jeszcze kilka rzeczy do zrobienia jednak nie mógł przegapić takiej okazji by ujrzeć to na własne oczy. Oglądanie wydarzeń czyimiś oczami lub wyciąganie ich obrazu z umysłu to już nie to samo. Chociaż czasami musiało wystarczyć.
Przy pierwszych zebranych bóstwach zawirowało małe zakrzywienie czasoprzestrzenne i już po chwili pojawił się i Pan Umysłu we własnej osobie.
- Przyjemny dzień prawda Naamo? - uśmiechnął się jakby spotkali się na wiosennym spacerze po gościńcu. Ucałował kobiecą łapkę po czym wyciągnął swoją dłoń ku Sor-Gekowi.
- Życzę powodzenia Sor-Geku, mam nadzieję, że widowisko będzie ciekawe - zaśmiał się pod nosem jakby opowiedział jakiś żart, który tylko on był w stanie zrozumieć - Jeśli mogę dać ci małą radę... roześlij kogoś po okolicy. Nie chcemy chyba by ktoś z zewnątrz niespodziewanie się tu pojawił jeśli wiesz co mam na myśli
Aen Niggurath powiódł po zebranych Ournach wzrokiem. Dziwaczne ale ciekawe stworzenia. Gdyby miał trochę więcej czasu i okoliczności byłyby bardziej sprzyjające postarałby się dowiedzieć o nich czegoś więcej.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Waskos 
Patriarcha
Kapłan Spamu



Wiek: 24
Dołączył: 09 Lut 2011
Posty: 586
Skąd: Masłowy Bród
Wysłany: 2012-06-17, 18:07   

Niewielu ludzi było tego świtu w porcie Lakaresh. Kapitanowie i ich załogi cieszyli się ostatnimi chwilami snu przed kolejnym, ciężkim dniem na morzu, jeden tylko statek, pływający pod skromną, błękitną banderą szykowany był do żeglugi. Podczas gdy załoga zajmowała się załadunkiem, trzy postacie stały zajęte rozmową.
- Riordianie, daję ci pod opiekę córkę i mam nadzieję, że nie pozwolisz abym tego żałował. A teraz… Alsu, ruszaj na statek, musimy przedyskutować sprawy, które nie są przeznaczone dla twego ciekawskiego ucha.- Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie ojca, choć nie bez grymasu niezadowolenia.
- Nie za ostro Khstust?
- Moje metody wychowawcze są moje i nic ci do nich. Słuchaj uważne co mam do powiedzenia…
- Nie musisz życzyć mi szczęścia.
- Nie miałem takiego zamiaru, skup się. Kharim opuścił Lakaresh, udał się na północ.
- Tylko tyle? Domyśliłem się, że podejmie własne stanowisko w amhelskim konflikcie.
- Nie lekceważ go. Choć młody, to zdobył już sławę i posłuch, a także wielu popleczników. Khirgsejowie ogłosili go duchowym spadkobiercą starych chanów.
- Póki nie ma chanatu to może ogłosić się nawet imperatorem. Ludność stepu jest rozproszona, a same stepy są daleko. Domyślam się jednak, że Kharim może być cierniem w boku amhelskich wodzów, zażartości i sprytu mu nie brak, z pewnością coś uknuje.
- Cóż, to twoja misja, rób co uważasz za słuszne.
- Fortuna się do nas uśmiechnie. Czas wyruszać, a czas to pieniądz, bywaj.
- Bywaj.

***

Nie było w amhelskiej historii pewniejszego obszaru od południowej granicy, która oddzielała Szkarłatny Gaj i skłócone, ludzkie marchie. Margrabiowie od stuleci zajęci byli sporami między sobą, a zła sława lasu skutecznie odstraszała większość bandytów. Gdy margrabia Senzulga złożył, jako jeden czterech ludzkich wodzów, hołd amhelskiemu królowi, służba w patrolu granicznym stała się mniej niż symboliczna, wymarzona dla tchórzy i przeklęta przez odważnych. Jednak gdy Faryzios prowadził swój legion ku północy, praca zwiadowców wydawała się jeszcze bardziej nudna, nie każdy był z tego zadowolony. - Allan, mógłbyś już przestać gapić się bezsensownie na północ? Myślisz, że dzięki temu będziesz bliżej ojca?
- W przeciwieństwie do ciebie, ja posiadam dumę amhelskiego wojownika. Nie zostałem żołnierzem po to, aby pilnować razem z bandą tchórzy granicy, która od… która nigdy się nie zmieniła. Nie gdy nasz król-bóg prowadzi prawdziwych żołnierzy na najważniejsze wydarzenie naszej historii.
- A ileż to wrogów wielki wojownik Allan trupem położył? Trzy drewniane pachołki, może cztery?
- Daj mu spokój Ilian, przypilnuj lepiej pieczeni. Nic się nie stanie jak będzie się gapił, przecież nikt...
- Zatrzymaj się! Wyłaź z ukrycia!- Reszta zwiadowców spojrzała szybko w kierunku, który wyznaczyła strzała Allana. - Gdybym się ukrywał, przyjacielu, to byś mnie nie zobaczył.- Powiedział człowiek w czarnej, poszarpanej szacie. - Nie jestem twoim przyjacielem człowieku. Co tu robisz?
- Daj spokój Allan, nie kompromituj się. Nie widzę u niego ani jelenich, ani kozich rogów, zdecydowanie nie jest też dziwożonom. To z pewnością mieszkaniec południowej marchii, naszego sąsiada i sojusznika.
- Bzdura, nie wygląda mi na jednego z ludzi Senzulga
- Nie słuchaj go przybyszu. Chodź i ogrzej się przy ogniu. Jestem Ilian, drużyna zwiadowcza Szkarłatnego Gaju.
- Jestem… Yusun, wędrowny ashik, astrolog i wróżbita z Lakaresh.
- Więc pochodzisz z dalekiego południa. Jak ci się udało zawędrować aż tu bez żadnego dobytku?
Na twarzy przybysza zawitał dziwny uśmiech.- Pomoc boska.
- Więc może dzięki niej zdążysz też na boski pojedynek.
- Boski pojedynek?
- Ano boski, a podobno to poeci gadają niezrozumiale. Nasz bóg, król i ojciec zmierzy się z bożkiem tych jeleniowatych szarlatanów Ournów. W sumie przydałby by się tam wędrowny poeta, zobaczył byś zwycięstwo naszego pana, a potem byś je ładnie opisał i chwalił jego imię w jakiejś pieśni. A wracając dałbyś kopię Allanowi, może wtedy przestanie rozpaczać, hehe.
- Być może, w takim razie lepiej ruszać od razu, bogowie nie mają w zwyczaju odwlekać swych spraw, a zwłaszcza pojedynków. - Panie, ja żartowałem. Armia wyruszyła już jakiś czas temu, musiałbyś pokonać całą puszczę, a obiecuję ci, że nie znajdziesz w niej więcej przyjaznych zwiadowców. Lepiej udaj się do Złotego Grodu, trakty są bezpieczniejsze i przydałby się tam mądry człowiek, byłaby to miła odmiana po tych najemnych tępakach z marchii. - Ta modlitwa również zostanie wkrótce spełniona, ja wyruszam za waszym królem. Nie martw się, czuwa przecież nade mną łaska boża. - Twoja wola, miło było poznać. Przybysz odszedł, jednak nim amhelczycy zgubili go z oczy, usłyszeli niezrozumiałe dla nich słowa.
- Nie macie pojęcia kogoście spotkali, jestem Dem Irazekum.
_________________
I lubię patrzeć, jak w panice
Pospólstwo z mieniem pierzcha drogą,
A po ich piętach wojownicy
Depcą i ławą suną mnogą.
Lubię to sercem całym!
 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2012-07-12, 15:14   

Śpiewy Amhellskich wojów wypełniły równinę. Pięćdziesiąt wołów ciągnęło monumentalny gong zdobiony freskiem odradzającego się słońca. W górze ognisty duch prowadził złoty legion pozostawiając za sobą czarną łunę ciężkiego dymu.

***

Ithill posuwała się naprzód, pantera niestrudzenie wiodła ją wzdłuż Naameryskiego strumienia. Równiny były już tak blisko…
Koci wierzchowiec zwolnił, niespodziewanie począł się skradać. Kapłanka przylgnęła do jego czarnego grzbietu. Szmaragdowe szaty poczęły się wić ukrywając jej oblicze, zlewając je z sierścią kota.
Głośny ryk oznajmił, że na nic zdadzą się podobne sztuczki, wiedźmy deptały im po piętach.
Pierwsza spośród czarnych lanc zniżyła lot. Bezcielesne dłonie owinęły się dookoła szyi kapłanki dusząc, pozbawiając ją tchu. Pantera stanęła tak nagle, z cienia uwite oblicze wiedźmy przeleciało przez ithill. Kot wbiegł w zarośla. Szydercze śmiechy wypełniły puszczę, srebrna szabla zalśniła w dłoni kapłanki. Czarny obłok wpadł wprost na nią strącając z grzbietu wierzchowca. Pantera zatrzymała się, zjeżona sierść i obnażone kły świadczyły o pełnej gotowości.
Powoli, z czterech stron poczęły wynurzać się złote maski wiedźm. Krótkie sztylety lśniły w ich dłoniach
- To jak będzie? - jadowity syk wydostał się z ust najwyższej.

***


Pozwólcie jej dostać się na szczyt Tell. Czekajcie tam na nią. Odbierzcie jej me ostrze, następnie udajcie się do podziemi… strażnik będzie gotowy.
Wiedźmy otrzymały rozkaz. Czarne kłęby podążyły stronę świętego szczytu, Adell była już blisko.

***

Skąpany w płomieniach bożek opadł na ziemię. Żar szybko przybrał cielesną postać. Twarz nowo narodzonego pozbawiona była wyrazu, zwieńczony złotą kitą ogon poruszał się to w jedną, to w drugą stronę. Połyskliwe ostrze już lśniło w jego dłoniach. Inawiasz powoli zbliżał się do kręgu.
W tym właśnie momencie przed jego oczami pojawił się obraz. Trzy kapłanki legły martwe. Adell okazała się trudnym przeciwnikiem. Walka na górze Tell trwałą od kilku godzin... Inawiasz usłyszał bicie własnego serca, puls... metaliczny smak krewi wypełnił mu usta. Jeden promień starożytnego przedostał się przez szkarłatne poszycie chmur... gdy nagle... Tak!... Nareszcie!
 
 
Waskos 
Patriarcha
Kapłan Spamu



Wiek: 24
Dołączył: 09 Lut 2011
Posty: 586
Skąd: Masłowy Bród
Wysłany: 2012-07-12, 22:21   

Alsu zdecydowała się wejść na górny pokład, jej pierwsza, wielka przygoda nie układała się tak jakby sobie tego życzyła. Od chwili gdy ojciec zdecydował, że będzie towarzyszyła Riordianowi podczas jego kolejnej wyprawy towarzyszyła jej ciekawość godna młodej, ambitnej i nieznającej świata kobiety. Jednak już po pierwszych godzinach morskiej podróży musiała zejść pod pokład, ciemność i wilgoć były w pełni rekompensowane mniejszymi kołysaniami okrętu. Na pokładzie powitana została przez gorące promienie słońca i mało dyskretne uśmiechy załogi, fakt, że była jedyną osobą, która nigdy nie miała chwiejącego pokładu pod stopami był aż nazbyt widoczny. Odszukała Riordiana, był zajęty rozmową z kapitanem, ale jej pytania wymagały odpowiedzi.
- Mistrzu Patrank…
- Kogo ja widzę? Czyżby nasza piękna róża Lakraesh przyzwyczaiła się już do leniwych kołysań Starego Morza? Nie obawiaj się, moja pierwsza reakcja była podobna, spędziłaś nawet mniej czasu pod pokładem niż ja. No więc czemu zaszczycasz swą cudowną osobowością starego kupca?
- Mistrzu… chodzi o Kharima….
- Ach tak? Kapitanie, chyba masz inne obowiązki, prawda? Wiec nie zatrzymuje cię. A ty młoda damo… widzę, że nawet rozkaz ojca niewiele przed tobą ukryje. Więc Kharim, tak? Prawdą jest, że jest twoim przyjacielem, a mógł zostać nawet mężem, gdyby los okazał się łaskawszy. Więc co konkretnie ciekawi twą duszę?
- Słyszałam jak rozmawialiście z moim ojcem w porcie.- dziewczyna opuściła głowę- dlaczego Kharim występuje przeciw wam?
- Aj… mądry gracz nigdy nie rozpoczyna rozmowy pytając o trapiący go problem, mądry gracz balansuje wokół niego i zagaduje, jakby był nieistotną sprawą. Wprost pyta tylko głupiec lub bardzo mądry gracz, nie wątpię oczywiście w twój intelekt, ale nie staraj się awansować zbyt szybko. To tak na przyszłość, a jeżeli chodzi o Kharima, hmm…. Twój ojciec i Myzir z pewnością woleliby milczeć, ale ja przecież mam być twoim nauczycielem więc powiem ci prawdę, z resztą czas się zmieniły i nic nie szkodzi abyś poznała szczegóły tej stepowej pieśni. Ale ty mi powiedz, co słyszałaś o Khirgsejach?
- To mieszkańcy stepów, mistrzu. Są najliczniejszym plemieniem koczowników graniczącym z sułtanatem Lakareshu, to nasi sprzymierzeńcy…
- Oho, sprzymierzeńcy? Wierz mi, młoda damo, wspólny bóg i interesy nie czynią nas sprzymierzeńcami. Ale nie o to chodzi. Wiesz zapewne, że główną ideą gildii jest jednoczenie wszystkich ludów wyznających naszego hojnego boga. Tak, morze i jego wszystkie dobrodziejstwa miały zbratać ze sobą ludzi pustyni i dzieci stepu. Niestety, o ile nomadzi z gorącego południa chętnie przybywają handlować z naszymi kupcami i traktują nas jak braci, to Khirgsejowie nie ufają naszym szczerym słowom i niewielu ich przybywa do Lakaresh.
- Ale co to ma wspólnego z Kharimem?
- Ach ta młodzież, tak prędko chcą wiedzieć tak wiele. Zaufaj mi i posłuchaj opowieści do końca. Dwadzieścia i dwa lata temu, kiedy jeszcze matka nie nosiła cię w swym łonie a Myzir zastąpił swego ojca na czele gildii, jeden tylko przedstawiciel Khirgsejów mieszkał w Lakaresh, a nazywał się Tulug Barkut.
- Barkut? Z rodziny Kharima?
- Tak, a cóż to był za wspaniały człowiek. Opuścił ziemię swych ojców, by odłożyć siodło i łuk, a w zastąpił je piórem, księgami i liczydłem, był najbardziej obiecującym członkiem gildii swego czasu. Jednak nadeszła ta istotna dla naszej opowieści noc. W drzwiach Tuluga pojawiła się piękna kobieta, była przy nadziei. Choć Tulug dawno nie odwiedzał rodzinnego stepu, rozpoznał w niej matkę. Arwa, bo tak zwała się owa kobieta, zarzekała się, że nosi pod sercem dziedzica samego Sanjara Chana. Nie dziw się, wodzowi wszystkich khirsejskich plemion uważają, że pochodzą od wielkiego „zdobywcy świata”.
- Jak to? Tulug podchodził z khirgsejskiej szlachty?
- Ależ nie, ojciec Tuluga umarł w młodym wieku, a Arwa, jako najbardziej urodziwa kobieta w plemieniu, wyszła za wodza. Sam wódz był już stary i niedługo po małżeństwie udał się na szare stepy, pozostawiając po sobie potomka, którego nosiła Arwa. Jednak brat umarłego przywódcy był zazdrosny i nie zamierzał liczyć, że nienarodzone jeszcze dziecko okaże się kobietą. Wiecznie uważna Arwa wyczuła spisek i uciekła do Lkaresh prosząc gildię o azyl. Starszyzna gildii nie zamierzała przygarnąć tej nieszczęsnej kobiety obawiając się, że to zniszczy stosunki z Khirgsejami. Wtedy Myzir po raz pierwszy udowodnił dlaczego nazywają patrzącym w przyszłość, pozwolił Arwie zostać i zatarł wszelkie ślady jej pochodzenia. Niedługo potem zaczęła rodzić, poród był bardzo ciężki i oszczędzając jej następnych cierpień, nasz bóg wezwał ją przed swe obliczę. Tulug wziął niemowlę pod swą opiekę i nadał mu imię Kharim. Tak, tak nie przesłyszałaś się, ma młoda przyjaciółko. Nie poznawszy matki i ojca, nasz młody przyjaciel całą swą dziecięcą miłość przeniósł na brata.
- To… nie wiedziałam. Co się potem stało?
- Nie jesteśmy pierwszymi przedstawicielami gildii, którzy wyruszyli do ahmelskiej ziemi. Czternaście lat temu w tym samym kierunku wypłynął Tulug…- Widok Riordiana przerywającego opowieść należał do wyjątkowo rzadkich.
- Mistrzu? Co się z nim stało?
-
„Wiatr, co omiata stepowy pył
Porusza twe ciężkie powieki
Księżyc, co rozświetla twą krętą drogę do domu
Patrzy na ciebie, śpiącego w swym chutorze
Zaniosłeś swój mahr, przed jego oblicze
Już ocenił twój przybytek
Już wysłał wspaniałych swych bachmatów stado liczne
Będą ci towarzyszyć, wśród szarych stepów
Będą ci towarzyszyć, w ostatniej twej wędrówce”

Śmierć Tuluga zmieniła Kharima, stał się mężczyzną, godnym miana syna chanów. Gdy skończył siedemnaście lat, Myzir wyjawił mu prawdę o jego pochodzeniu i poparł jego działania w walce przeciw wujowi, Kharim odzyskał tytuł wodza, ale nie zapomniał o stracie brata. Teraz zamierza przelać krew tych, którzy mu go odebrali, oczywiście w imię słusznej i sprawiedliwej zemsty. Jednak według nas, przywódców gildii, nienawiść nie jest czymś, czemu powinna ulegać głowa klanu.
- Nie wiedziałam, że Kharim jest wodzem. Ale dlaczego go nie powstrzymacie?
- Wiedziałem, że o to zapytasz, dlatego opowiedziałem ci całą tą historię z wiekiem przychodzi mądrość. Wracając do twego pytania, twój ojciec zbyłby cię mówiąc, ze nie ma czasu na wychowywanie kolejnego smarkacza. Z kolei Myzir powiedziałby, że Kharim musi sam odnaleźć swoją ścieżkę. Ja natomiast mam być twoim nauczycielem i odpowiem ci zgodnie z prawdą, a jest ona taka, że nie jesteśmy w stanie. Nie myśl, że Myzir kierował się ślepym współczuciem, o nie, ten stary syn szakala wiedział jak zyskać na sytuacji. Kharim bardzo szanuje Myzira i ufa mu, po przejęciu władzy otworzył Khirgsejów na handel z gildią, nasi kupcy mają teraz dostęp do najlepszego bydła na świecie, nikt nie zna się na chowie zwierząt jak Khirgseje. Ponadto Kharim nie poprzestał na objęciu tytułu wodza i hmm… ucywilizowaniu swego ludu. Dziś, choć jego imię wciąż budzi strach na stepach, rzadko widuje się go w siodle i z szablą w ręku, dziś na jego rumaku fal wiatr żaglem trzepoce. Kharim wiedział, że morze to źródło bogactwa, przemierzył wiele ziem, choć ja nie chwaląc się przemierzyłem o wiele więcej, zdobył sporo korzystnych kontraktów i zyskał potężnych sojuszników, spór z nim wiele nas by kosztował. Nie wątp jednak w starszyznę gildii, nasze siwiejące głowy wciąż mają kilka atutów, dzięki którym Kharim nie opuści gildii i nie zagrozi naszym życiom. Chociaż ty nie potrzebujesz zdaje się takiego zabezpieczenia. Nic nie czyni dnia tak cudownym jak miła rozmowa z piękna damą, ale samymi słowami człowiek żyć nie może. Czas na posiłek.

***

Rolf stanął na pokładzie rzecznej barki, popatrzył na załogę. Drwale, nawet silne chłopy. Szkoda, że kontrakt zabraniał obijania mord. Swoją drogą co strzeliło chłopom do łbów, że zdecydowali się na budowę bindugi w tym przeklętym lesie. Mieszkańcy pogranicza od małego słuchali opowieści o różnych dziwach z lasu. Jednak jego drewno i miód leśnych pszczół nie miały sobie równych. Rolf spojrzał na dwóch obcych wędrowców opierających się o burtę. To dopiero szaleńcy, zamierzają we dwójkę wyruszyć do serca lasu, a tylko jeden, ten stary, nosił broń. Przynajmniej dobrze zapłacili za przeprawienie. Rolf ruszył w ich stronę, byli bądź co bądź lepszymi rozmówcami niż drwale.
- Co jest panowie?! Podoba wam się nasz las? Jam jest Rolf z Wercherberg, syn Rolfa, ze sławnej rodziny Rolfów.
- Witaj, niestety nie słyszeliśmy o żadnym z Rolfów.- Odezwał się ten, młodszy, z obandażowanymi rękoma i szpetną gębą.
- Od razu widać, żeście nietutejsi, bardziej niż po spalonej skórze. Głośno jest w marchiach i o mym imieniu, i o mym mieczu. Pewnie zapytacie, co tak sławny rycerz robi w takim miejscu jak to. Otóż nie jest tak z mej woli, potrzebuję pieniędzy, aby zaoszczędzić na statek do Złotego Grodu, zamierzam zaoferować swe usługi amhelskiemu wodzu. Tylko szaleniec zaryzykowałby przeprawę przez las pełen tych cholernych wiedźm.
- Wiedźm?- Odezwał się ten stary.
- Ano wiedźm. Kiedy byłam mały, mój dziadek Rolf opowiadał mi historie o leśnych kobietach, które wabią mężczyzn swymi czarcimi urokami, a następnie spijają z nich krew. Sam też widziałem nie dalej jak miesiąc temu trupa młodego ka, bladego jak płótno. Wiadomo, co go spotkało. Mówię panowie nie pchajcie się tam. Chociaż to jest chyba rodzinne dla południowców.
- O czym ty mówisz?
- Spotkałem... kiedy to było? Tydzień temu pewnego małego czarta, z takim samym błękitnym herbem jak twój. Siedziałem wtedy w karczmie w małej wsi na zachodzie. Rozmawiałem z kamratami o zaciągnięciu się do amhelskiego wojska. Mówię im, że to dobry pomysł, pozbędziemy się przecież tych rogatych przybłęd a i zarobimy sporo grosza. Ten nowy koci król dysponuje ponoć bogactwem tak wielkim, że nawet czterej wielcy margrabiowie przysięgli mu wierność. Wtedy zagadał do mnie obcy człek, a raczej demon. Zapytał mnie, gdzie są te rogacze, a to ja mu mówię, że chłop w odpowiedzi na dowolne pytanie, może dostać ode mnie jedynie cios w pysk. Bom ja szlachcic, choć ubogi. Spojrzał na mnie wtedy swymi diablimi, żółtymi ślepiami, które w kamień obrócić zdolne były każdego bazyliszka. Sięga wtedy do kieszeni i wyciąga mieszek z monetami i pyta raz jeszcze o rogaczy. Tom mu powiedział, że na północ w góry wybyli. Znikł wtedy szybko, ze swą całą bandą zbójów. Pozbyłem się tych monet, czarcie to było złoto.
- Mówisz, że ruszasz walczyć dla władcy, którego nie widziałeś na oczy. Liczysz na bogactwa, które wychwalane są tylko w słowach nieszczerych werbowników i do tego przeciwko przeciwnikowi, którego siły jeszcze nie poznałeś. Wiele pozostawiasz w rękach bogów.
- A wy pchacie się do lasu, w którym żyje wiele bestii i krwiożerczych wiedźm. A z resztą dajcie mi spokój, zajęty jestem.
Ibrahim zaczekał, aż Rolf się oddali.
- Ma trochę racji, niewiele wiemy o tych wiedźmach.
Myzir zaśmiał się w duchu, wiedział, że Ibrahim jest racjonalistą, który w przypadku zaćmienia słońca zarzuciłby szatę na panikującego kapitana i rzekł: „Boisz się tego? Nie? Więc wracaj do pracy”. Choć Ibrahim był dobrym wyznawcą Dem Irazekuma, to od młodości wychowywany był w kulturze Lakaresh, a wiedźmy zajmują w niej najplugawsze i najstraszniejsze miejsce. Nie żeby ich religia gwałtownie temu zaprzeczała. Lecz Myzir wiedział też, że tytuł wiedźmy często przyznawany był zbyt pochopnie.
- Nie obawiaj się przyjacielu, podobno wiedźmy żywią się krwią, ani twoja starcza krew, ani moja schorowana nie stanowi zbyt pociągającego posiłku… khy… khy... – Ibrahim przyglądał się uważnie Myzirowi, kaszel był ciężki, ale na szczęście nie krwawy. Jednak czas Myzira powoli mijał, ciekawiło go, czy to wizja nieubłaganej śmierci czy dusza mędrca, który chce zdobyć jak najwięcej wiedzy bardziej przyczyniła się do tej wyprawy. Jakby nie było, zostanie z nim, do końca.
Następną noc spędzili już w lesie, nie spotykając jeszcze wiedźm.
_________________
I lubię patrzeć, jak w panice
Pospólstwo z mieniem pierzcha drogą,
A po ich piętach wojownicy
Depcą i ławą suną mnogą.
Lubię to sercem całym!
Ostatnio zmieniony przez Waskos 2012-07-13, 00:12, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2012-07-12, 22:56   

Większość tego, co działo się wokół nie docierało w pełni do Sor-Geka, pogrążonego w niewesołych rozważaniach o tym, do jak skrajnych ingerencji w świat śmiertelników się posunął, przerywanych oczyszczaniem umysłu, bez którego nie zwykł rozpoczynać starć z przeciwnikami, którzy są, lub mogą być, mu równi. Był to też sposób okazania szacunku, jakkolwiek dla Rogatego nie było teraz oczywiste, czy jego adwersarz na takowy zasługuje.
Wyznaczony moment nadchodził wielkimi krokami.
Przybyła Naama, dla której liczyć się wydawał jedynie poklask, czy to tłumu, czy też konkretnej w tym tłumie jednostki. Przybył Aen-Niggurath, pierwsza osoba, która głośno wyraziła swoje wątpliwości co do szczerości amhellskiego boga, jak również zainteresowanie widowiskowością starcia. Na koniec przybył też sam Faryzios.

Tu’ne jak na komendę sięgnęli do ramion swego boga i sciągneli z nich jego płaszcz, odsłaniając zgromadznym perfekcyjnie wykonane barwy wojenne, zawiłe niczym środek walnej bitwy, jaskrawe niczym rzeki lawy płynące przez kamienne równiny. Sor-Gek stawał w nim do boju nieprzeliczoną ilość razy, ustanawiając swego rodzaju prywatną tradycję.

- Czyżby coś spowolniło twą podróż, Faryziosie? - zapytał z pozoru neutralnie, naprawdę jednak dając delikatny upust swemu rozbawieniu, wywołanemu ujrzeniem wielkich gongów i innych, megalomańskich rekwizytów - Możemy zaczynać, jak sądzę? - dodał, stając na samej krawędzi wyznaczonej areny.
- Widzisz Sor-Geku, ciąży na mnie wielka odpowiedzialność – Amhellski bożek nie śpieszył się z odpowiedzią, każde słowo wychodzące z jego ust było długie i przeciągłe – Spójrz – tutaj odwrócił się wskazując dłonią armię skupioną na skraju równiny. Po złotej tarczy gongu przemkną niepozorny promień słońca – Moi synowie, córki… przybyli licznie by wesprzeć mnie w boju. Na tej ziemi nie ma wierniejszego i doskonalszego ludu… Oto potęga Szkarłatnego Gaju, jego serce… Tak Sor-Geku, jestem już gotowy.
Złote ostrze wydłużyło się w jego dłoni przyjmując postać włóczni, szybkim ruchem zdjął z pleców okrągłą tarczę. Powietrze wokół niego zadrżało, cała jego postać wydawała się jakby wyższa, bardziej sipęta niż kiedykolwiek, w oczach zaigrały niespokojne ogniki.

Czas na wstępne uprzejmości minął - teraz wojownicy mogli wejśc na udeptaną ziemię. Rogaty uznał wybór oręża przez rywala za ironiczny, jeszcze jedno podkreślenie tego, jak bardzo się różnili, będąc jednocześnie tak podobnymi.
Przekraczając linię, Sor-Gek pozwolił, by ogień ogarnął jego poroże, rozjaśnił wojenne barwy i spłynął do rąk, formując specyficzny rodzaj dzidy, o dostatecznie długim ostrzu, by zaostrzone krawędzie nadawały się do cięć. Za jego sprawą broń ta znana stała się ournom, choć kutej broni daleko pasowało do robiącego wrażenie oręża uformowanego z samych płomieni.
- Zaczynajmy zatem, niech przemówią nasze włócznie!
W mgnieniu oka Inawiasz przyjął postać płomienia. Przeskoczył nad Sor-Gekiem uderzając w niego falą duszącego, jarzącego się iskrami dymu. Czerwona rana ozdobiła smukły grzbiet rogatego. Nowonarodzony opadł na ziemię. Przez krótką chwilę stali tak, zwróceni do siebie plecami. Z tyłu dało się słyszeć okrzyki usatysfakcjonowanych Amhellan, taki początek zwiastował rychłe zwycięstwo.
Już po chwili jednak, Amhellski bożek mógł podziwiać, jak z jego klatki piersiowej wybija się koniec włóczni Sor-Geka, który zaatakował nagłym wypadem w tył, a następnie obrócił się, chwycił swój oręż i zdecydowanym kopnięciem odrzucił od siebie Faryziosa.
- Nie jestem pewien, czy jestem zaintrygowany czy zawiedziony walką z wykorzystaniem wszelkiej maści boskich mocy, młody wojowniku, ale przyznam, że mnie zaskoczyłeś - skomentował Rogaty patrząc na błyskawicznie zarastającą się ranę oponenta. Jego również powinna już złagodnieć. Bitwy na boskie siły życiowe były jak liczenie kamyków wyjmowanych z jeziora - liczba sukcesów rośnie, ale jezioro nie wygląda inaczej.
Inawiasz wiedział, że zaatakuje, wiedział, że cios będzie szybki, a jednak nie zdążył zasłonić się tarczą. Rana zabliźniała się. Towarzyszący temu ból był jednak niczym w porównaniu z tym co młody bożek czuł teraz w swym nieśmiertelnym sercu.

- Nie rozpraszaj się, walcz! - usłyszał. Podniósł wzrok, dostrzegając pędzącego adwersarza.
W powietrzu rozbrzmiał szczęk metalu; niewiele brakło, a po raz kolejny nie zdążył by zareagować. Ourn uskoczył jednak na bok, zmuszając Faryziosa, który nadal nie wstał z klęczek, do trudnego manewrowania, wymierzonymi w czasie ciosami nie pozwalał wstać, by wreszcie, wyłapawszy w jego postawie słaby punkt, potężnym zamachem spod siebie ciąć go przez bok, odrzucając raz jeszcze.
- W ten sposób nie wygrasz, synu. Skup się.

Tego było już za wiele.
Kolejny skok, tym razem zdecydowanie szybszy. Włócznia cięła, zaraz po niej nastąpił cios zadany tarczą. Oręż Nowonarodzonego począł się jarzyć. Gniew to wzmagał się,, to opadał, tocząc w nim wewnętrzną walkę, bożek próbował opanować drżące ciało. Natychmiast przyjął pozycję defensywną, skurczył się w sobie, napiął wszystkie mięśnie, był gotowy przyjac kolejne uderzenie, a przynajmniej... tak mu się wydawało…
„Ten pojedynek to czysta lekcja”, pomyślał.

Dwa szybkie, gniewne ciosy zaburzyły równowagę Rogatego. Były celne, skuteczne, ale nie nazwałby ich dobrymi. Mało widział w swym życiu wojowników dobrych a gniewnych, a kotowaty bożek nie wydawał się do nich należeć.
Skrócił dystans i zasypał oponenta gradem ciosów, niektórych tylko na pokaz. Faryzios odbijał, unikał i kontrował, widać było jednak jego roztrzęsienie, broń wędrowała po krzywych, zaburzonych łukach. Sor-Gek korzystał z czasu jaki dało mu roztrzęsienie wroga, drażnił go, by wykorzystać brak doświadczenia. Ruchy młodego boga stawały się bardziej niedbałe i kipiące frustracją, gdy przyszedł moment uderzenia; Z góry, pod skosem, zaatakował włócznią. Inawiasz odsunął delikatnie, pozwalając broni wbić się w ziemię i uniósł własną broń do ataku - tylko po to, by nieprzyjemnie rozczarował go wybuch ognia od podłoża, dezorientujący na tyle, by tym razem uderzyć skutecznie.
Zaległa cisza, gdy przeciwnicy poczęli przyglądać się sobie bacznie, zastanawiając się nad następnym ruchem...
_________________
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2012-07-13, 08:42   

Feniks dostał się już do podziemi. Płonące skrzydła istoty poczęły dusić się dymem stając się częścią zalegającego tu mroku. Niedostrzegalny sługa kłamcy pomknął w stronę sali-pułapki. Przy tajnym przejściu zebrał się też zakon nowych kapłanek oraz czterech mędrców, byli gotowi by zanurzyć się w ciemnościach królestwa Nammy. Czekali tylko na sygnał.

Jedno było pewne, porażka nie mogła oznaczać końca… miał to być dopiero początek. Krew walczących o nowe jutro posłużyła już nowemu władcy świtu. On nie ma wrogów, pozostali mu jedynie poddani. Niszcząc zakon Szmaragdowego Gaju udowodnił, że ramię jego sięga daleko, a wszystkie sztuczki mogące mu zaszkodzić na nic się zdają. Wszak był on bogiem, śmiertelni winni byli podporządkować się jego woli miast walczyć z nieuniknionym.
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 25
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 775
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2012-07-13, 14:54   

Awiaki przelatywały nad głębokim lasem patrolując nieboskłon i to co działo się daleko pod nimi. Machając rytmicznie potężnymi skrzydłami miały już pod sobą lśniący porannym słońcem szlak Naameryskiego strumienia.
Chłodny wiatr muskał na wysokości ich szare pióra i łopotał w brunatnych płaszczach.
Jeden z przybocznych prowadzącego formację zauważył coś daleko w dole, kilka chwil lotu od ich obecnej pozycji.
- Panie! Tam ktoś jest! Amhellanie ale chyba walczą ze sobą!
Dowódca Awiaków spojrzał we wskazanym kierunku i wytężył swój perfekcyjny, ptasi wzrok.
- Co robić? - przekrzykiwał nadal podmuch powietrza zwiadowca, który jako pierwszy dostrzegł koci lud przy strumieniu.
Kapitan nie odpowiedział. Szukał czegoś w skórzanej sakwie przytroczonej do jego pasa i po chwili wyjął półprzejrzystą, błękitną, szklaną kulę idealnie mieszczącą się w dłoni. Wpatrywał się w nią chwilę aż w jej wnętrzu pojawiło się blade, jadowicie zielone światełko.

***
Aen Niggurath nie mógł powiedzieć, że był zaskoczony przebiegiem walki. Wiedział, że amhellski bożek jest porywczy, nieostrożny i strasznie łatwo wpada w gniew i frustrację. Obserwował pojedynek nie mówiąc ani słowa, uśmiechał się tylko nieznacznie obserwując walkę zwaśnionych bogów. Mogło się wydawać, że pomimo tego iż na początku wyrażał całkiem spore zainteresowanie walką i jej widowiskowością, teraz obserwuje ją bez większego entuzjazmu czy poruszenia. I nie chodziło o to, że walka była nudna. Była wyrównana i ciekawa. Coś zaprzątało jego myśli na tyle, że odrywało jego uwagę od widowiska.
Opuścił wzrok na ziemię jakby się nad czymś głęboko zastanawiając lub nasłuchując. Podrapał się po podbródku, oczy jego błysły i powrócił do obserwacji starcia bogów.

***

Na zbierające się w okół powalonej Ithil wiedźmy w złotych maskach spadł niespodziewanie deszcz szaro-burych, pierzastych kształtów siejących brutalnie śmierć przy pomocy potężnych młotów. Rozpędzone Awiaki swoim pędem i orężem zabijały skutecznie i szybko nie pozwalając na jakąkolwiek próbę obrony czy kontrataku. Z resztą wiedźmy zbyt późno zorientowały się co tak właściwie się stało by uczynić cokolwiek.
Krótką chwilę potem, nad brzegiem pokrytym krwią i ciałami amhellańskich wiedźm, lądowali coraz to liczniej wojownicy. Dla Ithil zapewne musiał być to niezwykły widok. Humanoidalne stworzenia o pokrytych szarymi piórami ciałach, orlich głowach, wielkich drapieżnych szponach miast stóp, potężnych skrzydłach i trójpalczastych dłoniach. W dodatku wszyscy odziani wyłącznie w bure kapoty z kapturem, przepaskę i skórzany pas, do którego przytroczone były sakwy jak i młoty - oręż tych istot.
Oczy awiaków wyrażające opanowanie i inteligencję zwróciły się na kocią kapłankę. Jeden z nich wystąpił i podszedł do niej. Miał przepaskę na oku i dziób naznaczony sporą szramą. Zrzucił z głowy kaptur i przyklęknął przed kobietą na jedno kolano.
- Witaj pani. Me imię Heliodor, zostałem tu wysłany by ci pomóc. - ozwał się spuszczając wzrok jak gdyby rozmawiał ze zwierzchnikiem a nie kapłanką, której właśnie ocalił wraz ze swym oddziałem życie.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2012-07-15, 18:44   

To wszystko było... dziwne.
Cały ten pojedynek, rywalizacja dwóch bogów na fundamencie dziwacznej stawki. Z każdego zakamarka tej sytuacji wrzeszczał bezsens - prawdziwy czy może złudny? To pozostawało dla Nanoka niejasne. Nie wyobrażał sobie, by Rogaty łamał swe pryncypia, brał sprawy śmiertelnych we własne ręce, nie widząc w tym jasnego celu.
Dręczyła go więc tak naprawdę niewiedza, oraz mgliste odczucia, które wysłowić starał się nieomal od początku boskiej walki.

- Nuu? - odezwał się wreszcie niepewnie do stojącego obok wodza braci z północy.
- Tak?
- Ja... to niczego nie rozwiąże - powiedział, a ujrzawszy zaintrygowane spojrzenie lodowato niebieskich oczu, kontynuował - Ten pojedynek jest jak przedstawienie, zgromadził uwagę, jawi się jako coś ważnego, ale on nic nie zmieni, czuję to... popłynie krew.
Zapadła między nimi pełna napięcia cisza. Dla Nanuuka było oczywiste, że w tych przewidywaniach nie chodziło o zdradę, a przynajmniej nie tego, z kim mierzył się Rogaty. Ta możliwość była z dawna rozważana. Zatem...
- Inni, prawda? - odparł z niezmąconą pewnością siebie - W tym wirze, który powstał wokół naszego istnienia, nie tylko ci, którzy przegnali was z lasu szukają dla siebie okazji, by urosnąć w siłę, czyż nie tak, tu'an?
Zagubiony i przytłoczony, Nanok smutnie kiwnął tylko głową,

A boską krew przelewano, ku uciesze zbrojnego tłumu.
_________________
 
 
Waskos 
Patriarcha
Kapłan Spamu



Wiek: 24
Dołączył: 09 Lut 2011
Posty: 586
Skąd: Masłowy Bród
Wysłany: 2012-07-17, 22:06   

Nigdy nie był bogiem wojny, nie gromadził armii pod swoim sztandarem, nie zdobywał fortec i nie miażdżył czaszek pokonanych. Nie, wojna nie leżała w jego naturze, lecz od wieków to on korzystał najwięcej na konfliktach czy to śmiertelników, czy bogów. Wiele się nauczył pozostając w cieniu cudzych ambicji, lecz idea walki dla niej samej była mu obca i nie interesowała go. Jednak nie tym razem, zbyt długo nie widział innych bogów, aby obojętnie odejść od areny, gdzie toczył się boski pojedynek. Nie chciał im przeszkadzać, siadł więc niedaleko, obserwował i rozmyślał.
- Oto objaw choroby, która nas trawi. Aby poznać przyczynę, muszę dowiedzieć się więcej o mych braciach, ale teraz czas na włócznie, nie słowa. Niech więc walczą, następstwa mogą być interesujące.
_________________
I lubię patrzeć, jak w panice
Pospólstwo z mieniem pierzcha drogą,
A po ich piętach wojownicy
Depcą i ławą suną mnogą.
Lubię to sercem całym!
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   

Podobne Tematy
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
theme by michaczos.net & UnholyTeam
Tajemnice Antagarichu :: Heroes of Might & Magic 1,2,3,4,5,6 Forum