Forum Disciples, Disciples 3 on
 
Forum Disciples, Disciples 3  Najlepsze forum poświęcone rewelacyjnej serii gry Disciples
 FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Regulamin  Zaloguj  Rejestracja   Chat [1]   Discipedia  Download 

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Vogel
2011-09-05, 08:53
Płótno Bogów
Autor Wiadomość
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2011-08-15, 20:14   Płótno Bogów

Narodziny...
Szkarłatny gaj zaszeleścił, jego krwawe liście pod batutą wichru poczęły nucić cichą pieśń. Szeptały mi o wiecznym bólu, śpiewały o nieustającej miłości, zdawały się znać przeszłość mych ziem, ów koncert nie mógł trwać długo. Mój oddech podarzył dalej, budząc życie, komponując mu odę o nastającym dniu.

Po wykutych w skale stopniach podążała Ithill, oddana codziennej kontemplacji, jakby pogrążona we śnie księżniczka ludu Amhell przygotowywała się by zapoczątkować cykl.

Spiczaste uszy zwieńczone czarną rysią kitką poruszały się wyłapując każdy dźwięk, skóra choć nie była pokryta futrem maiła na sobie znamiona w postaci lamparcich plam, ciemniejsze od jej ogólnej karnacji cętki skupione po lewej stronie ciała, bladły i rzedły przechodząc na prawo. Długie faliste włosy barwy dojrzałych zbóż poruszały się smagane porannym wiatrem. Bursztynowe oczy o pionowych źrenicach spoglądały w dal, nie widząc i nie bacząc Ithill podążała na szczyt góry Teel, niesiona wiatrem, prowadzona przez mój dech.

Ze zwieńczonego rotundą szczytu rozciągał się niezwykły widok. Szkarłatna puszcza okrywała ziemię niczym królewski płaszcz.
Dookoła zaległa cisza, nakryty delikatną mgiełką las czekał...

Stojąc wśród pozbawionych ozdób kolumn Ithill przygotowywała się do ceremonii. Miałem się na nowo narodzić ona przybyła tu by mnie powitać.


Pierwsze złote smugi pojawiły się na szmaragdowych liściach bluszczu porastającego rotundę. Kapłanka wzniosła w górę dłonie, jej kocie oczy przybrały szczególny wyraz…

Ona jako jedyna mogła spojrzeć prosto w mą twarz… jeszcze tylko chwila

Z wieży Ein’Minareth ozwał się róg, w niebo wzbiły się tysiące leśnych ptaków, kurtyna chmur rozstąpiła się...

- Przybyłaś by mnie powitać. Oto jestem!
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2011-08-30, 20:27, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
Elendu 
Leśny Duszek
driada



Wiek: 29
Dołączyła: 21 Gru 2009
Posty: 158
Skąd: zewsząd
Wysłany: 2011-08-15, 21:13   

Podniosła się ostrożnie z ziemi i potrząsnęła zdezorientowana głową. Po co ona tu przychodziła? Mogła zostać u siebie, w cieple i wygodzie wśród swojego ludu. Jak brzmiało to słowo, które skłoniło ją do ruszenia się z miejsca? Potrząsnęła głową, rozdrażniona z powodu rozbieganych myśli. Zamiast na nich, skupiła się na świecie, który ją otaczał.
Zaraz została zalana setkami wrażeń, o których już niemal zapomniała. Nieznane jej zioła kłuły w nos swym zapachem i zostawiały słodkawy posmak na podniebieniu. Delikatne źdźbła, tak różne od soczystych, mięsistych pędów jej krainy, łaskotały jej podeszwy. Gdy poruszyła stopami, ziarenka piasku między palcami ułożyły się w fascynujący wzór, niepowtarzalny i piękny w swojej nietrwałości. Oczy zabłysły jej w blasku księżyca, gdy hipnotyzujące zielenią źrenice ogarniały otaczające ją linie energii życiowej. Delikatne rośliny zdawały się lśnić jak skropione poranną rosą. Ukryty w zaroślach królik świecił znacznie wyraźniej. Bicie serca jelenia na odległej o kilkaset kroków polanie wbijało się w szelest wody pod ziemią i śpiew wiatru pomiędzy załomami skał. Ten świat pulsował życiem niemal tak samo jak jej. Warto było zacząć podróż stąd. Z miejsca, w którym stała, nie była w stanie wykryć żadnych nadnaturalnych zależności, musiała jednak zachować ostrożność. Nie mogła mieć pewności, że jest tutaj sama. Podniosła się ostrożnie, świadoma poruszenia jakie wywołała w przepływie materii i energii wokół, i ruszyła zapoznać się z obcą krainą.
Słowo przyszło nieproszone, jak zawsze, kiedy się go nie szuka. To jedno zagrażało jej światu, gotowe zniszczyć go, nie spotykając oporu ze strony mieszkańców. To jedno stanowiło zagrożenie, któremu bez jej pomocy nikt nie byłby w stanie sprostać. Takie proste słowo. Stagnacja...
 
 
 
MachaK 
Barbarzyńca
Mojra Nevendaaru



Wiek: 106
Dołączyła: 27 Maj 2007
Posty: 936
Skąd: Popielisty wschód
Wysłany: 2011-08-16, 11:44   

Pani od wielu dziesięcioleci siedziała niemalże nieruchomo na swoim tronie w pustej sali w środku wielkiego, pałacu. Działać nic nie musiała, bo od wielu lat świat sam z siebie szedł do kierunku, który był dla niej ideałem - świat stały, niezmienny, skostniały. Każda zmiana, każda nowość jest ze swej natury czymś złym.

I dlatego pani siedziała nieruchomo na tronie, bo wszystko szło tak, jak iść powinno. Ale się teraz poruszyła. Mogło znaczyć to tylko jedno, że pojawiło się coś co mogłoby zepsuć jej przyszły raj. Musiała dokonać jakąś czynność. Podniosła się ze swego zimnego, stalowego tronu. Opadł kilkocentymetrowy kurz i pojawiła się postać. Ręce chude jak patyki, nogi tak samo. Dokładnie tułowia widać nie było, bo był schowany pod grubymi fałdami materiału, który wyglądem podobny jest do jedwabiu, lecz nim nie był bo nie został dotknięty przez ząb czasu. Twarz miała kształt jak u mrówki, obłożona szkieletem zewnętrznym. Dwoje czarnych punktów składały się z setek a nawet tysięcy drobnych sześciokątnych oczu. Nawet najbardziej zardzewiałe bramy nie powodowały takiego skrzypienia jak ruch jej członków.

-DI#13; DI#14; DI#15. Przybyć do mnie- powiedziała, jej głos przypominał jakąś łagodną, choć niespokojną melodię.
Przybyły dwie nietypowe muchy. Ich inność polegała na tym, że były zupełnie bez oczu. Jak usiadły na dłoni bogini, to bogini drugą dłonią wyjęła sobie jedno z oczek i włożyła ją w oczodół muchy. Powtórzyła tą czynność dla drugiej.
-Bądźcie moimi oczyma. Idźcie i sprawdźcie co się nowego pojawiło
Kiedy muchy poleciały, to bogini usiadła na swoim tronie i bez jakichkolwiek myśli znów zapadła w letarg.
_________________
Szaleństwo jest bramą, po której znajduje się nieśmiertelność. Nieśmiertelni mają wgląd na czas i przeznaczenie, a mając wgląd ma się też wpływ. Poddaj się władzy Mojrom, byś się nie rozpadł.
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2011-08-16, 11:48   

Ciepły powiew wiatru przyniósł ze sobą barwy i zapach czerwieniącego się w oddali lasu, który, choć przecież widoczny ze szczytu na którym stał, dopiero teraz, gdy aromat ten wypełnił jego nozdrza, ukazał mu się w pełnej okazałości. To musiało być naprawdę piękne miejsce, dające schronienie i pożywienie, takie, którego szukał.

Nawet najbardziej od śmiertelników oddaleni bogowie mogą poznać smak rodzicielstwa, gdy powołują do życia istoty, które zwać ich będą matką bądź ojcem. Pragnienie posiadania potomstwa zrównuje bogów i śmiertelników, różnie odczuwane i zaspokajane, lecz wciąż takie samo.
Nie dla niego jednak. Nigdy nie chciał życia tworzyć ani też być za nie odpowiedzialnym, lecz Los chciał inaczej. Nie było więc innego sposobu.

A tu znalazł dla nich dom. Miał tylko nadzieję, że nie wybrał źle.
Sięgnął do swego poroża, skąpanego w niezwykłym blasku i gestem zaprosił tańczące tam ogniki do otoczenia jego dłoni. Przyglądał się im przez chwilę z rzadko goszczącą w jego oczach czułością, po czym skierował ręce w stronę dalekiego lasu.
- Ka'uul oe laer, ournanne - tam będzie wasz dom. Światła popłynęły w ciepłej rzece boskiego oddechu, tańcząc i wirując jak liście ze słonecznego drzewa. Opadły tam, gdzie wykiełkować miało życie.

Zostały jeszcze zimniejsze ognie białe. Ci będą dumniejsi, jak byli ich przodkowie, ufni w swoją wartość i podobieństwo do "ojca". Bóg spojrzał w kierunku chłodnej północy. Choć był to inny świat, tam leżało ich dziedzictwo, tam chcieli się narodzić.
_________________
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 25
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 775
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2011-08-16, 12:31   

Nic nie jest wieczne. Nawet te największe potęgi obdarzone nie wiadomo przez co lub przez kogo tak potężną mocą by kreować rzeczywistość w okół siebie tak jak podpowiadały im głosy czegoś czego nikt we wszechświecie nie jest w stanie pojąć. Wszystko przemijało z czasem. W każdym ze światów płynął swoim własnym torem, posiadając różne imiona jednak wszędzie był tak samo bezlitosny. W końcu Czas zmusił i Jego do podjęcia niespotykanego działania...

Gdy świat się zestarzał, a cuda zniknęły z umysłów ludzi, gdy szare miasta podniosły w zadymione niebo swe ponure i brzydkie wieże, w których cieniu nikt już nie mógł śnić o słońcu czy wiosennych, ukwieconych łąkach, gdy wiedza odarła ziemię z jej płaszcza piękności, a poeci nie potrafili już śpiewać o niczym więcej, jak tylko o oglądanych pijanym okiem wypaczonych zjawach swych jestestw, gdy rzeczy prawdziwie wartościowe zaczęły przemijać, a dziecięce nadzieje zniknęły na zawsze On opuścił ten świat w poszukiwaniu czegoś nowego, świeżego nie zepsutego jeszcze przez głupotę i pychę.
Weszły do do tego świata czystego niczym niezabrudzone jeszcze płótno malarza rozszalałe strumienie fioletowego lśnienia zorzy, wiry złotego pyłu i ognia, wirujące do najdalszych przestrzeni i ciężkie od zapachu spoza światów. Wlały się tam opiumowe oceany, oświetlone słońcami, których zwykłe oko nie mogło nigdy zobaczyć, mające w swych wirach dziwne delfiny i nimfy morskie niepamiętnych głębin. Bezgłośna nieskończoność wirowała wokół i unosiła na niebie nie dotykając żadnego fizycznego ciała. On wybrał to miejsce.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-08-16, 16:05   

Szept, cichy szept. Tylko na tyle mogę ingerować w tym gnijącym, ulotnym świecie. Z tą myślą porzucam snucie się między cieniami w lesie i udaję na kolejną wizytę do swoich cór.

Uwielbiam podążać za swoimi potomkiniami, kiedy polują, wskazywać najlepszą drogę do małych osad, gdzie mogą żerować. Widzę je, czuję, słyszę nawet ich myśli, jeśli zechcę. Mogę podziwiać swoją siłę w ich bladych twarzach, wielkich, ciemnych oczach, w subtelnych, pełnych gracji ruchach. One mnie nie zauważają, wyrodne potomkinie. Nie potrafią nawet dostrzec mojego oblicze w świetle księżyca, zajęte sobą. Powoli zapominają o swojej matce, choć nadal proszą, wyznają, ufają. Jednak moje słowa nazywają intuicją, swoją intuicją... Są nad wyraz bezczelne, jak to istoty z krwi i kości.

Dzisiaj zabrały ze sobą nową istotę, młodą i świeżą. Dziwne, że wcześniej nie dostrzegłam, jaką moc nosi w sobie. Od razu wyczuła, że za nimi podążam, oglądała się z ciekawością. Postanowiłam, że ukażę się jej dopiero w pełnej krasie. Gdy wyłoniłyśmy się z jaskini i otuliło nas światło księżyca, ujrzała tuż obok siebie ducha, tyle przynajmniej wyczytałam z jej chaotycznych myśli.

Uśmiechnęłam się tryumfalnie, ale i łagodnie, aby jej nie straszyć. Wyciągnęłam powoli rękę w jej stronę, szepcząc uspokajające słowa. Przez chwilę patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami z nieco tępym wyrazem na bladej twarzy. W końcu niepewnie, drżącą dłonią, dotknęła mnie. W jeden chwili przejęłam cząstkę jej duszy, aby połączyć nas do chwili jej śmierci.

- Tak dawno nie miałam kapłanki... powoli zaczęłam zapominać, jakie to wspaniałe uczucie - szepnęłam jej bladymi wargami. Siostry spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Ale ujrzały to w oczach tej istoty, teraz już moich oczach. - Przypomnijcie mi jak smakuje krew! - Roześmiałam się głośno. Tak cudownie jest czuć.
_________________
20% bardziej musztardowa
 
 
 
Elendu 
Leśny Duszek
driada



Wiek: 29
Dołączyła: 21 Gru 2009
Posty: 158
Skąd: zewsząd
Wysłany: 2011-08-16, 16:55   

Burza, która się rozpętała, wytrąciła ją z równowagi. Zewsząd spływały sygnały, wiatr szeptał o zagrożeniach, linie mocy drgały jakby poruszone dłonią wprawnego harfiarza. Otaczały ją kolory równie niematerialne jak rdzeń jej mocy. Nie wiedziała co jest grane, czuła rodzące się nowe życia i potężne byty budzące się lub przybywające z obcych jej przestrzeni. Ogarnął ją strach. Zbyt długo nie wychylała się z bezpiecznego schronienia, w którym nie istniały byty zdolne zagrozić jej potędze ani rzeczy wymykające się jej poznaniu, choćby tylko przez krótki czas.
Zdumiona wsłuchała się we własne przyspieszone tętno, gdy jej ciało, wzorowane na śmiertelnikach, reagowało na silne uczucie. Razem ze strachem przyszła ciekawość. Jakie jeszcze doznania kryje przed nią ten świat? Co jeszcze może poznać lub poczuć? Czy nie warto ruszyć tym obcym na spotkanie? A może zapolować na nich? A może...
W końcu ostrożność wzięła górę nad lekkomyślnością nagle odnalezionej wolności. Ze smutkiem porzuciła swoją materialną formę, pozwalając jej rozwiać się w powietrzu. Sama ukryła swoją moc jak tylko mogła najlepiej, cała zamieniając się we wzrok i słuch. Musiała poznać jak najwięcej tajemnic przeciwników, zanim sama będzie gotowa na konfrontację. Żeby zyskać przewagę potrzebna jej jedynie cierpliwość, a tej nauczyła się w swoim umierającym, niemal nieruchomym świecie...
 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2011-08-17, 09:18   

W dole coś zaszeleściło, z pomiędzy zarośli wynurzył się włochaty łeb.
Ruda czupryna, lwi nos i ostre, miedziane źrenice - wszystko to pasowało do siebie tworząc obraz postawnego Amhellczyka.
- Than, łania kieruje stado na północ – zagrzmiał donośnym głosem.
Wysunął się z gąszczu wbiegając z chlupotem do przecinającej las rzeki. Po chwili ukazał się drugi myśliwy, wyraźnie młodszy i delikatniej zbudowany, długie czarne włosy opadały mu na pokryte licznymi malowidłami ramiona.
Jako urodzeni synowie tych ziem, Amhellanie doskonale przystosowali się do poruszania po puszczy, całe życie obcowali z naturą, co doprowadziło ich fach do perfekcji.
Polujący trzymali w pogotowiu dzidy. Badając wzrokiem las, bacznie wsłuchując się w otaczającą ich przestrzeń, pilnowali by nie pominąć żadnych śladów, lub co gorsza nie spłoszyć zwierzyny.
- Ushul spójrz – mruknął czarnowłosy wskazując palcem prawej ręki pobliski szczyt, drugą przysłonił sobie oczy by nie raziły ich ostre promienie słońca.
- Ithill książę, twoja siostra wita dzień – tłumaczył rudzielec. – Nie mamy teraz czasu, musimy ruszać… – dodał po chwili.

Wbiegli w zarośla po drugiej stronie rzeki. Tutaj ich ruchy stały się ostrożniejsze, rzekłbyś kocie.
Słońce przedzierające się przez szkarłatne liście drzew pieściło wilgotną ściółkę złotymi smugami. Kropelki rosy połyskiwały gasnącym srebrem, ulotne bogactwo lasu nikło w oczach.
Wyczuwając bliskość zwierzyny Than i Ushul zaczęli się skradać.
- Stój – szepnął rudzielec.
Pomacał masywną dłonią mech, sękate palce wyczuły wgłębienie, nieopodal był wyraźny ślad racicy. Podpełzli pod przewrócony pień. Ushul ostrożnie podniósł grzbiet wyglądając na rozciągającą się przed nim polanę, coś jednak zaskoczyło go do tego stopnia, że w przeciągu chwili powrócił do dawnej pozycji…
- Co jest ?– zapytał go młodszy towarzysz.
- Sam zobacz…-
Młodzik ostrożnie wyprostował się. Nigdy jeszcze nie miał przed oczami takiego widoku. Ni jeleń ni człek, stał na dwóch nogach, odwrócony do niego tyłem. Tułów miał jakby ludzki lecz pokryty sierścią, sarnia głowa obwąchiwała pobliski pień. Podobnych istot było tam chyba z tuzin.
- Masz ojcowski sygnet ?- zapytał zakłopotany Ushul.
- Nie, po co miałem go zabierać na polowanie –
Rudzielec pokiwał głową zrezygnowany głupota księcia, postanowił cofnąć się w stronę rzeki i poczekać na resztę myśliwych.
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2013-06-05, 23:48, w całości zmieniany 10 razy  
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2011-08-17, 11:01   

Nanok już od dłuższego czasu doglądał zbieraczy. Jego grupa miała spore szczęście gdy natrafiła na tak obfitującą w nieznane zioła i leśne owoce polankę - ojciec na pewno będzie zadowolony, gdy przyniosą mu te twory lasu.
Szaman był ostatnio aż nazbyt zainteresowany poznawaniem nowych roślin. Gdyby chłopak był sam, zapewne pozwoliłby sobie na westchnienie, ale w towarzystwie pobratymców byłoby to niezręczne, a przy tym niekulturalne.

Proste, świeżo uplecione kosze były już nieomal pełne, gdy coś go zaniepokoiło. Zastrzygł odruchowo uszami, choć nie było to w zasadzie potrzebne - wprawdzie szło do nich pod wiatr, a Nanok nie umiał jeszcze rozpoznawać stworzeń samym wyczuciem, ale tylko drapieżniki mogłyby się tak skradać.
Stropiony, lecz udając pełen spokój, odezwał się do podopiecznych:
- Myślę, że już wystarczy. Wracamy do domu, tak jak tu przyszliśmy, ale ostrożnie; nie wiemy czy nie spotkamy jakichś zwierząt. - ostatnie słowo trudno mu się wymawiało od kiedy dostrzegli w lesie swoich "mniejszych braci" - Będę szedł ostatni.

Zanim pierwszy z nich wyruszył, Nanok stuknął delikatnie w ziemię laską przewodnika. Znajome uczucie towarzyszące otaczaniu ciała przez drobne zaklęcie kamuflujące dodało mu otuchy. Będą szli powoli, a wiedział, że to w najgorszym przypadku spowolni każdego kto by za nimi szedł.

Nie był jednak świadomy tego, że języki na tym świecie, jakby z woli samego Losu, upodabniały się do siebie - każdy więc, kto ich podsłuchiwał, rozumiał przynajmniej kilka słów...
Ostatnio zmieniony przez Vozu 2011-08-17, 13:51, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-08-17, 13:25   

Wszystko powoli powracało - wyostrzone zmysły drapieżnika, głód, więź z wszystkim, co mnie otacza. Noc pobudzała to młode ciało, sprawiając, że gorąca krew gnała w zastraszającym tempie. Istota, w którą się wcieliłam nie polowała jeszcze, ciało mimo to miała sprawne, nogi mocne i zgrabne, z czego byłam w skrytości ducha zadowolona. Im lepsza przynęta tym skuteczniejsza pułapka, jak się mawiało wśród mych cór. Coś w tym musi być, w końcu uroda dziwożony także decydowała o skuteczności łowów. Głupie samce, niczego się przez te setki lat nie nauczyli, za to także zasługiwali na pogardę i utratę krwi.
- Dobrze, moje maleństwa - przemówiłam do "sióstr". - O ile macie w miarę sprawne rozumy i należycie słuchałyście śpiewaczek, wiecie już, kim jestem. Wiecie też, że znam nasz rewir jak żadna z was. - Wysunęłam się na przód. Nie myliłam się, zaufały mi, podążyły za mną.
Rozpędziłyśmy się szybko, ciche cienie pośród drzew odziane w zwiewne, jasne szaty. Lejący się, jedwabisty materiał szczelnie przylegał do tułowia, sprawiał niewysłowioną przyjemność. Długa, biała spódnica szemrała cicho, w rytm prędkich, lekkich kroków. Zawsze doceniałam współpracę oraz zgranie moich dzieł, a także ich ciężką do ujęcia w słowa grację. Przymknęłam powieki, słuchając cichych szeptów drzew. Muzyka lasu dodawała mi skrzydeł - drzewa nie lubiły ludzi. Te stworzenia zabijały je na najokrutniejsze sposoby.
Delikatnym ruchem bladej ręki wskazałam wschód, skrzydło oddziału skierowało się tam, w stronę jednej z wiosek. Drzewa chichotały, pieszcząc delikatnie moją twarz delikatnymi gałązkami, nie czepiając się mych długich, ciemnych włosów. Światło księżyca było nikłe, co działało na moją korzyść, wszak wielkie oczy stworzone były do przenikania ciemności. Nie mogłam pozwolić, aby wojowniczki głodowały. W okolicy rozmieszone były, co kilka mil, niewielkie wioski, idealne cele. W końcu, kiedy już zostałam sama, skierowałam się w stronę, z której czułam zapach dymu i słyszałam przyjemny dźwięki wydawane przez instrumenty.
Ludzie - głupi, nieostrożni i naiwni. Młoda, słodka, gorąca krew.
_________________
20% bardziej musztardowa
 
 
 
MachaK 
Barbarzyńca
Mojra Nevendaaru



Wiek: 106
Dołączyła: 27 Maj 2007
Posty: 936
Skąd: Popielisty wschód
Wysłany: 2011-08-17, 13:59   

Mitochia nie miała wielu wyznawców. Nie są jej potrzebni a wszelka władza zdelegalizowała jej kult. Ale dla niej nic to nie oznacza, bo okres jej działań już minął a ostateczne efekty są nieuniknione... a właściwie były, bo bogini nie przewidziała przybycia nowych sił. A to wypatrzyły jej oczy, będące dane muchom. Troje nowo przybyłych bogów. Jeden nawet swoich wyznawców przyprowadził ze sobą. Zapora nie jest nawet w połowie konstrukcji, więc nie ma się czemu dziwić. Mitochia nie spodziewała się jednak by komuś się zachciewało wejść do tego świata.

Nieliczni z jej wyznawców też poczuli, że coś nowego przybyło. Coś nowego i coś złego, z tytułu swojej nowości. Wśród kultystów byli niemalże wszyscy przedstawiciele inteligentnych ras w tym świecie, nawet wśród bezkręgowych Anzshirgliznów byli ci, co składali ofiary swej pani. I w momencie, kiedy to bogini wypatrzyła nowych bogów, dowiedzieli się o tym też jej czciciele. I nikt z nich nie był nawet w odległości tygodnia marszu od miejsca przybycia któregokolwiek z nich. Najważniejszym elementem tego wszystkiego jest jednak to, że są w stanie wyczuć siły działania i ich sługi. Bo choć pani była głucha na ich błagania i modły, to sama z siebie dawała im takie moce i informacje, które uznała za konieczne. Ofiary dla niej składane nie pożytkowała ona sama, lecz służącą one do dwóch podstawowych celów. Pierwszym jest odnowa jej sług, które najczęściej rezydują w jej pałacu a czasem wyruszają na misje. Drugim jest przyspieszenie rozwoju Zapory, lecz ów wpływ był ledwo zauważalny. Zapora ma odizolować ten świat od wpływów zewnętrznych, żeby wszystko tu się zakonserwowało i nie byłoby możliwości pojawienia się jakiejś nowości.

Kim byli jej wyznawcy? Wszelkiej maści zabójcy magów, łowcy nadnaturalnego czy po prostu typy "szalonych naukowców". Ci ostatni stanowili dla siebie samych największe niebezpieczeństwo, bo nie mogą w pełni wykorzystać otrzymanej wiedzy i mocy, bo spowoduje to przybycie sługi Mitochii, którego imię brzmi PX#000. Ów ma tylko jedno zadanie - zniszczyć to, co nie ma prawa istnieć. Niezależnie czy to jest cień przeszłości czy przyszłości, ma zostać to zniszczone. Zabójcy magów i łowcy nadnaturalnego dziękowali bogini za dary jakie otrzymywali, bo mocno im pomagały. I to właśnie otrzymywane moce były tym, co pomimo prześladowań powodowało, że różne osobniki, z różnych ras ją czciły.

Bogini dalej siedziała na swoim tronie, nieruchomo. Zdecydowała, że jeszcze nie ma co robić. Czekać na ich akcje, może za kilka dni wysłać posłańców do autochtonicznych bogów na rozmowę w sprawie nowych. Chyba się nadal nie boją wejść do mojego pałacu?
_________________
Szaleństwo jest bramą, po której znajduje się nieśmiertelność. Nieśmiertelni mają wgląd na czas i przeznaczenie, a mając wgląd ma się też wpływ. Poddaj się władzy Mojrom, byś się nie rozpadł.
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2011-08-17, 18:15   

Doniesienia o dziwnych istota ze wschodu coraz bardziej niepokoiły Starego Króla. Przebywając samotnie w swej pustelni Theron poświęcał cały swój czas na badanie starożytnych manuskryptów. Chciał doszukać się w nich odpowiedzi na pytania nurtujące go od momentu gdy pierwszy raz dowiedział się o intruzach. Faryzios już od dawna nie przesyłał im znaków, nie troszczył się o swoje dzieci. Ta obojętność ojca bardzo niepokoiła Starego Władcę. Wiedział jednak , że moment jego kolejnej interwencji zbliża się z każdą chwilą. Otoczony regałami ksiąg i zwojów nie baczył na porę dnia.
Słońce wdzierające się przez niewielkie okienko bledło. Cienie zaczęły się wydłużać.
Król powstał, by rozruszać obolałe kości. Zdawać by się mogło, że natrafił na coś wyjątkowo ciekawego. Ściskał w rękach jakiś kawałek papieru, przypatrując się uważnie jego treści. Starcza twarz wydłużyła się, a przymglone kocie źrenice zwęziły do granic możliwości. W tym samym momencie niewielkie drewniane drzwi u końca wąskiej komnaty otworzyły się z trzasek. Do środka wpadł jego syn, zdyszany i mokry od potu…
-Cóż się stało ?!- zapytał nerwowo Król.
- Ojcze…. – Than nie mógł złapać oddechu, przez co sklecenie zdania było dla niego niemal niemożliwe – ojcze …. Ithill –
Stary władca niezastanawiająca się długo schował pergamin do kieszenie szkarłatnej szaty i wybiegł z komnaty… Nim jego serce zabiło ostatni raz, ujrzał ciało córki leżące na marmurowej posadzce, zakrwawione, odarte z czci.
Upadł i umarł tuż przy niej. Tak odszedł Theron Mędrzec, nasz opiekun…
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2011-08-22, 10:28, w całości zmieniany 8 razy  
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2011-08-17, 19:34   

"Dzięki Rogatemu", pomyślał Nanok. "Gdyby to nas goniło, moglibyśmy nie wrócić." Wzdrygnął się. To byłoby najgorsze. Choć dawne życie zatarło się w ich pamięci, nie pozwalając przywołać sobie przed oczy obrazu poprzedniego świata, to jednak wiedział, że tamten dom jak i nowy dom były dla niego jednakowo ważne.

Odwołał urok maskujący. Wprawdzie bystrookie młode dostrzegły ich i bez tego i obecnie zajęte były plątaniem się między nogami i dopraszaniem o owoce, to jednak dla pozostałych utrzymanie kamuflażu byłoby powodem do niepokoju.
Wyminął wszędobylskie dzieciaki, ruszając do szałasu ojca z pękiem różnorakich ziół w dłoni, z których każde jedno zapewne zaabsorbuje go bardziej od poprzedniego... Potrząsnął głową, natychmiast karcąc się za to w duchu; był młody, jego poroże dopiero się rozwijało, a taki ruch był odczytywany jak próba zwrócenia uwagi na wchodzenie w dorosłość, miast objaw zakłopotania.

Ruszył szybciej. Stado zbierało się do popołudniowego posiłku, pary witały się partnerami którym przyszło wykonywać obowiązki z dala od nich, rodzice zbierali młode, a wytwórcy odkładali korę, drewno czy znalezione w lesie kości, w których pracowali. Chłopak uznał, że to wszystko może się niebawem przydać, jeżeli odkryją czyhające na nich zagrożenia.
Był u wejścia do ojcowskiej siedziby. Zapowiedział się kilkoma stuknięciami racicą o podłoże, po czym wszedł.
Rozmowa miała być długa.

* * *


Wynurzył się z ognistej toni, jak gdyby nie była to lawa lecz zwykła woda. Takie kąpiele zawsze odprężały Sor-Geka, a po wysłuchaniu ostatnich modłów właśnie spokoju potrzebował, kojącego ciepła wnętrza ziemi.
Spodziewał się, że ten świat nie jest pozostawiony sam sobie, nie pomyślał jednak o tym, że ktoś inny mógł już upodobać sobie lasy. Te piękne lasy...
Rogaty Bóg wyszedł z jeziorka lawy i zaczął nakładać swoje szaty. Nic by się im wprawdzie nie stało, jednak pewne przyzwyczajenia miał typowo śmiertelnicze. Czas był najwyższy, by nawiązać z kimś kontakt.
Zanim będzie zmuszony odwołać się do tej ze swych dziedzin.

* * *


Bóg dotknął obiema rękoma kory drzewa. Tak, czas był najwyższy z kimś się skontaktować.
Sięgnął w głąb istoty drzewa, szukając obecności innego boga. Odrzucił pierwszą którą napotkał. To były istoty które zaledwie uczyniły sobie z lasu terytorium łowieckie. To nie tego musiał spytać...
Znalazł. Poczuł daleką i stłumioną obecność rodziciela tego drzewa i jego braci. To będzie ten.
Wysłał impuls wyrażający czystą pokojową intencję; chciałby porozmawiać i prosi o odpowiedź.
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-08-17, 20:08   

Zabawa trwała w najlepsze. Pod gwiazdami, na polanie, płonęło wesoło ognisko. Dym wgryzał się w moje nadwrażliwe nozdrza, mącił zmysły. Skrzywiłam usta z irytacją. Obserwowałam. Na obalonych pniach drzew siedzieli młodzi mężczyźni, ubogo odziani w większości. Dziewczęta były w mniejszości. Pomyślałam, że ten czynnik zdecydowanie działa na moją korzyść. Oczy samców były błyszczące i wygłodniałe. Na moje usta wpełzł powoli uśmiech zadowolenia. Już wiedziałam, kto będzie moim wybrankiem tej nocy.
Czekałam, obserwowałam ich spomiędzy drzew, lekko nucąc w rytm muzyki. Tańczyli, śmiali się, śpiewali. Coraz bardziej rozgrzewali, czułam woń potu i podniecenia. Słyszałam ich puls, brzmiał niczym wesoło szumiący, górski potok. Ledwo panowałam nad swoim ciałem. Zamknęłam oczy i starałam się kontrolować oddech. Musiałam czekać cierpliwie. Zachcianki nie mogły zwyciężyć ze zdrowym rozsądkiem.
W końcu - parami, niektórzy pojedynczo - zaczęli się rozchodzić w stronę sąsiedniej osady. Nie spuszczałam wzroku z chłopca, którego wybrałam. Z tego, co potrafiłam wyczytać w jego myślach, wynikało, że nie powinnam mieć wyrzutów sumienia w razie niepowodzenia. Był złym i wyrachowanym człowiekiem, wykorzystującym innych do swoich celów.
Po niecałym kwadransie nastąpił moment, na który czekałam - wybranek wstał, a że był jedną z ostatnich osób przy ognisku, zaczął podążać przez las samotnie. Bezszelestnie ruszyłam za nim, a w odpowiednim momencie pognałam naprzód, by wygodnie - acz wyglądając jak najbardziej bezbronnie - ułożyć się w plamie księżycowego światła na jego drodze. Nie było możliwości, aby mnie nie zauważył, kiedy suknia bieliła się na tle cieni. Jakieś ciche podszeptywanie skłoniło mnie do użycia tego rodzaju zasadzki. Zamknęłam oczy, aby wyglądać całkiem niewinnie.
Słyszałam jego kroki coraz bliżej, suche liście szeleściły pod ludzkimi stopami. Kiedy był już bardzo blisko, przystanął. Wiedziałam, że mnie obserwuje. Oddychałam płytko, na twarzy miałam zbolały wyraz. Postąpił jak skończony idiota - pochylił się.
Jednym, szybkim ruchem powaliłam go na ziemię i przygwoździłam doń. Kiedy zaczął krzyczeć wpiłam w jego usta swoje chłodne wargi, trochę się uspokoił. Jednak kiedy ugryzłam go w język znowu zaczął się szamotać, w przerażonych oczach widziałam także ból. Nie chciałam, aby go czuł, jednak pokusa krwi okazała się silniejsza. Spijałam posokę z jego ust dla zaspokojenia pierwszego głodu. W międzyczasie spojrzeniem zesłałam na niego błogi, długi sen. Jego powieki zamknęły się w końcu. Kiedy zapał w letarg mogłam nareszcie uwolnić wargi. Ułożyłam go w dogodniej pozycji i złapałam za nadgarstek. Wysunęłam kły, którymi wykonałam niewielkie nakłucia. Zlizywałam krew, kiedy ta płynęła, jadem w ślinie zaś nie pozwalałam jej krzepnąć. Kiedy się już posiliłam mężczyzna był tylko nieco osłabiony. Pomyślałam o dzieciach. Stwierdziłam, że jeszcze większy ubytek nie zaszkodzi zdrowiu żywiciela.
Po skończonym posiłku wstałam i dokładnie oblizałam usta. Spojrzałam z pogardą na ciało leżące u mych bosych stóp. Wzrok już miałam spokojny, nasycony. Po chwili poszukiwań w zaroślach znalazłam zioło lecznicze, przytknęłam liść do rany. Niebawem krew przestała płynąć. Mogłam powoli oddalić się w stronę gniazda.
Świt nachodził drobnymi krokami. Po drodze słuchałam podszeptywań drzew, tym razem rozbrzmiewały niemal natarczywie. Z ożywieniem dzieliły się nowymi wieściami. Postanowiłam to zbadać dopiero po nakarmieniu kilku młodych. Dzisiaj byłam zbyt rozleniwiona po obfitej uczcie.
_________________
20% bardziej musztardowa
 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2011-08-18, 08:05   

Ithill ledwie dychała. Than cały czas czuwał przy łożu siostry ściskając jej posiniaczoną dłoń. Ciężka była ta noc dla młodego następcy tronu.
Do stolicy przybyli już mędrcy by pożegnać Starego Króla i oddać hołd nowemu. Ceremonię pogrzebową zaplanowano na dzisiaj, dzisiaj też Than miał udać się na wschód by nawiązać kontakt z istotami tam bytującymi.

- Ojcze… - wyrwało się z umęczonych ust kapłanki.
Amhellczyk podskoczył zdumiony reakcją siostry.
-Ithill… nareszcie – mruknął czule, zbliżając do niej twarz. – Zaczekaj, zawołam medyka – dodał nie wiedząc co właściwie czynić. Nie wglądała dobrze, jej oddech stał się płytki, a skóra jeszcze bardziej zbladła. Than wybiegł z komnaty by po niedługiej chwili przyprowadzić ze sobą mędrca.
Starszy Amhellczyk odziany w skóry podszedł do łoża kapłanki. Położył dłoń na jej czole, szepcząc coś w nieznanym języku.
Był niegdyś piastunem księcia. Mówi się, że posiadł wiedzę o której reszta mogła jedynie śnić. Mieszkał samotnie w swej pustelni na wschodzie.
Than wytrzeszczył na niego oczy. Po jego ręce zaczęła wspinać się stróżka krwi. Pełzła w stronę ramienia. Ithill zakaszlała głośno, jej skóra zyskała inny odcień, oddech choć daleki od normalnego, zwolnił.
Starzec usiadł na skraju łoża, Than z niedowierzaniem spojrzał w stronę mędrca.
Amhellczyk przybył do stolicy dosłownie przed chwilą. Bytujący tu medycy nie dawali szans kapłance, ten zaś ledwo dotykając jej przywrócił nadzieję.

Ithill błądziła wzrokiem po komnacie, jakby pogrążona w letargu. Starzec bacznie przyglądał się dziewczynie, wyciągnął ogromną dłoń by zbadać jej puls .
- Co się stało Ithill? Kto ci to zrobił – Zapytał rozżalonym głosem Than.
Nie odzywała się, była kompletnie zdezorientowana.

Dźwięki rogu wypełniły przestrzeń, wszystko poczęło drżeć. Ithill nakryła dłońmi uszy wrzeszcząc przy tym jak opętana. Krzaczaste brwi mędrca uniosły się w górę ze zdumienia, kapłanka szamotała się niczym obłąkana.
Silne dłonie brata przykuły ją szybko do łoża.
- Zostaw ją – usłyszał za swoimi plecami głos starca – zajmę się nią… Thanie, już czas, wzywają cię. Idź do nich... ciężkie chwile przed tobą młody królu –
- Obserwowałeś te istoty na wschodzie… Czy to mogły być one?! Czy to ich sprawka ?! – wrzasnął Than.
- To niemożliwe, jestem tego pewny… puść ją. Obiecuję Ci, że będę przy niej czuwał –
Than wybiegł z komnaty. Po chwili róg ucichł, a wraz z nim Ithill, która ciężko dysząc opadła na łoże.
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2011-08-18, 13:54, w całości zmieniany 7 razy  
 
 
MachaK 
Barbarzyńca
Mojra Nevendaaru



Wiek: 106
Dołączyła: 27 Maj 2007
Posty: 936
Skąd: Popielisty wschód
Wysłany: 2011-08-18, 09:09   

Można było w nieskończoność siedzieć nieruchomo na swoim tronie, w swoim pałacu. Niestety, ale Ci nowi są niezbyt ogarnięci, jak dziecko we mgle. Chociaż muchy widziały to jednak nie potrafiły wyjść z kręgu widzenia materialnego, dlatego dziwny rytuał rogatego bożka pozostawał niezrozumiały dla królowej. Gdyby była tam osobiście to by mogła powiązać elementy ze sobą i by cel rytuału nie stanowił problemu. Tak jednak nie jest, więc trzeba było dokonać jakiejś poważniejszej akcji.

Autochtonów jeszcze nie ma co wzywać. Może sami zawezwą, by się nie okazało że nie jestem w letargu bo się znów zbytnio mnie przerażą i pójdą na współpracę z jakimś z przybyszów. Jeżeli tak się jednak nie stanie, to trzeba będzie samej podjąć tę inicjatywę...

W czasie tego rozmyślania kilka jej wyznawców złożyło jej ofiary. Struga szarego materiału wpłynęła do pałacu, gdzie po godzinie spoczynku samoistnie poszłaby do Zapory. Bogini wyczuła głównie amhellską ofiarę
"Hmm, ciekawe co tam się stało, że się im chciało mi ofiarę złożyć? Nie chce mi się wysyłać kolejnej muchy. Jak to coś ważnego to zaraz wyjaśni się w modlitwie."
Modlitwy jakiejś ważnej nie było. Więc ktoś przez przezorność złożył ofiarę. Chcą, to niech chcą - ich sprawa.

Pani wstała z tronu, rozejrzała się po sali. Ile tutaj jest kurzu... Podniosła rękę, która nadal skrzypiała niemiłosiernie. Kilkoma kiwnięciami palcami miedziowe paski energii zaczęły pochłaniać warstwy kurzu. Z małych pasków stawały się grubymi dywanami miedziowymi. Kiedy cały kurz został już pochłonięty to te dywany miedziowe po prostu wychodzą przez okna i wchodzą na świat materialny i zapadają się gdzieś głęboko pod ziemią i tam się rozpadają. Zazwyczaj kończy to się na niczym, ale czasami przy dużych ilościach powstaje trzęsienie ziemi. Tym razem nic się nie stało, na szczęście dla śmiertelników. Za lat kilkadziesiąt znajdą tutaj może jakąś rudę czy inne złoże surowca i może będą szczęśliwi. No, na szczęście jednak środki walki z kurzem robią się coraz lepsze i za jakieś dwieście czy pięćset lat już ta czynność nie będzie konieczna, a pałac będzie symbolem idealnej stałości. Poszła do okna, rozejrzała się. Tam jest wielka piękna pustynia metalicznego piasku. Ziarnka piasku są idealnie okrągłe, że rzucony śmiertelnik na to nie miałby żadnej rany z tytułu rozcięcia skóry czy czego innego. Twór ten był piękny, ale niedoceniony przez innych bogów, bo zbyt martwy. Dziwni są...
_________________
Szaleństwo jest bramą, po której znajduje się nieśmiertelność. Nieśmiertelni mają wgląd na czas i przeznaczenie, a mając wgląd ma się też wpływ. Poddaj się władzy Mojrom, byś się nie rozpadł.
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 25
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 775
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2011-08-18, 15:14   

Donośne wycie wilków oznaczało, że księżyc powoli wyłaniał się zza ciemnego, dusznego kłębu burzowych chmur, które oblepiały nieboskłon od kilku długich godzin. Burzy jednak nie będzie. Zapowiadało się co prawda, widać było czasami pasmo błyskawicy między skołtunionymi obłokami jednak Duchy mówiły co innego.
Yshaghal miała nadzieję, że istoty, które widziała wcześniej w swej wizji nie przeszkodzą jej w misji. Były daleko stąd jednak zupełnie obce w tym świecie i nie wiadomo z jakimi zamiarami tu przybyły. Były trochę podobne do niej i jej ludu jednak zupełnie inne jak się okazuje już na pierwszy rzut okiem.
Tłusty, wilgotny mech i listowie tłumiły kroki jej kopyt gdy szła leśnym szlakiem w poszukiwaniu prastarej kaplicy. On wrócił, to było pewne, czas więc odkurzyć stare księgi i ołtarze. Lud był pewien, że już ich porzucił wysyłając dawno temu do tego świata. W końcu jednak powrócił do swych dzieci i na pewno czegoś oczekiwał...

W gęstych zaroślach, w skale popękanej i pokrytej porostami wydrążona była starannie mała kapliczka z ołtarzykiem, na którym zmieściłoby się ledwie kilka świec i bukiecik kwiatów. Nie była pewna czy to miejsce, którego szuka jednak gdy przetarła dłonią zimny kamień, pozbyła się pajęczyn i kilku roślin zobaczyła Jego znak. To tu...

Ołtarz czysty już i ozdobiony leśnymi kwiatami rozświetlał blask dwóch świec ustawionych po przeciwnych jego krańcach. Płomienie grały niespokojnie, powietrze wypełniał duszny zapach nie z tego świata. Niezidentyfikowany szum, który wydawał się łączyć trąby, nocne zgrzytanie owadów i huk wodospadu. Yshaghal z przerażeniem padła na ziemię nie patrząc na to co pojawiało się przed nią. Ciekawość była ogromna jednak jeśli nie chciała postradać zmysłów nie mogła tego zrobić.
Nie miał jeszcze formy, w której mógłby objawić się śmiertelnikom dlatego zaklinała na wszystkie święte Duchy Przodków by nie wybrał jej na swoje naczynie. Wiedziała z czym to się wiąże, z jakim niewyobrażalnym cierpieniem. Z drugiej strony pożądała swego boga...

Wtem nastała cisza. On zamanifestował jej tylko swoją obecność. Wybrał na swojego apostoła. To ona miała zanieść ludowi dobrą nowinę. Pan powrócił do swych dzieci! Pan powrócił i czuwa nad nimi.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-08-18, 17:49   

Światło słoneczne zdążyło zalać las nim wróciłam do stolicy. Po drodze kilka istot dołączyło do mnie, polowanie zdecydowanie powiodło się. Niemal żadna z córek nie odniosła tej nocy porażki. Mojej rasy nie czekał głód, jaki miał miejsce pewnej parszywej zimy. Ludzie chowali się w chatach i trudno było ich upolować. Musiałyśmy zadowalać się krwią zwierząt, która nie jest tak pożywna, choć równie smaczna, jeśli czerpać ją od dużych ssaków.

Po kilku milach marszu napotkałyśmy jedno z bocznych wejść do sieci korytarzy. Skała opadała tutaj dosyć stromo w dół, jednak z gracją istot nawet pionowa ściana nie sprawiała problemów, jeśli było w niej pod dostatkiem miejsc, na których można było znaleźć oparcie. Niczym górskie kozice zeszłyśmy na dno tunelu.

Każda z nas wysysa wraz z krwią klanowej siostry wiedzę o położeniu swojego gniazda. Jest ich kilka, umieszczone są głęboko, pod siecią tuneli. Prowadzą do nich wąskie, trudno dostępne wejścia. Główne gniazdo należy do Klanu Pustułki. Tam też stworzyłam pierwsze istoty, które szybko się rozmnożyły i musiały szukać kolejnych grot, zdatnych do zamieszkania.

Żwawym krokiem zmierzałyśmy poprzez wysokie na co najmniej cztery i szerokie na pięć metrów korytarze. Nad naszymi głowami krążyły robaczki, wydzielające z siebie delikatne, blade światło, podobne do księżycowego blasku, ale znacznie słabsze. Tutaj nie musiałyśmy się spodziewać ataku - w końcu kto byłby na tyle szalony, by zapuszczać się wgłąb tuneli, o których nie wie niemal nic, a które są naszą domeną?

Do naszych uszu dotarły wysokie, hipnotyzujące dźwięki - pieśń istot pełna tęsknoty za czymś dalekim i nieokreślonym. W każdym tonie jednakowo piękna. Mój niewielki oddział dołączył do tej melodii, oznajmiając bezpieczny powrót. Wśród mego ludu znakiem rozpoznawczym pojedynczego osobnika był smak krwi i głos, podobny, a jednak inny, w każdym Klanie.
Kroki skierowałam do komory, gdzie przebywały nasze córki i nieliczni synowie. Chłopcy nie byli pożyteczni, dziedzicząc zbyt wiele cech po ojcach. Przydawali się jedynie jako budowniczy albo obrońcy. W tych niewielkich, ciepłych jaskiniach rosły ,wbrew naturze, niebezpieczne rośliny o bladych płatkach, wydzielające słabe światło. Były moim wytworem, nie potrzebowały pokarmu prócz kilku kropel krwi, żywiły się głównie dźwiękami. Wydzielały przyjemny zapach, dobrze wpływający na rozwój dzieci, które do osiągnięcia pełnoletności nie mogły wychodzić poza teren rodzimego gniazda.

Młode z piskiem rzuciły się na istoty powracające z polowania. Wzięłam śliczną, srebrnowłosą dziewczynkę na kolana, pogłaskałam delikatnie po policzku i wyjęłam sztylet, schowany do tej pory w pochwie przy pasie. Nacięłam nieco swój nadgarstek i przytknęłam do ust małej. Piła łapczywie, jak to dzieci. Kiedy uznałam, że więcej już nie potrzebuje, lekko, ale i stanowczo odsunęłam rękę. W podzięce za posiłek obdarzyła mnie pocałunkiem w policzek.
- Zapomniałam, jakie te dzieci są bezpośrednie. - Uśmiechnęłam się gorzko do niej i zgoniłam ze swoich kolan.

Stwierdziłam, że nie jestem jeszcze zmęczona. Po tylu latach trwania bez ciała chciałam nacieszyć się życiem. To była dobra pora na zbadanie, o czym szeptały drzewa.
 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2011-08-18, 20:34   

Cisza... przynajmniej na razie. Nieznane światy miały to do siebie, że łatwo było wejść w sam środek kłopotów, a nieprzyjemne milczenie, jakim odpowiadał ten świat na każdym kroku nie zwiastowały niczego dobrego. Jacy bogowie tu rządzili, jakie ludy zamieszkiwały rozległy świat? Wszystko się jeszcze okaże.
To było osobliwe; właśnie poczuł potrzebę jaką czują zwykli śmiertelnicy, potrzebę powierzenia sprawy sile wyższej. Ale do kogo modlić mógłby się bóg? Nad nimi był tylko Los, a dla niego nie miały znaczenia niczyje troski. Nie można było mu powiedzieć, że się boisz.
Że nie chcesz znów okrywać się barwami wojennymi, nie teraz.

* * *


Nanok pogrążył się w rozmyślaniach, pozwalając by wyczarowane ogniki leniwie unosiły się wokół niego - tylko dzięki nim mogli ogrzewać się wieczorami bez konieczności wyruszania po drewno, czy uszczuplania gęstego schronienia lasu w którym się skryli.
Ojciec nie był jednak aż tak oddalony myślami od świata, jak się zdawał; zaniepokoił go raport syna, z którego wynikało, że zbieracze mogą być zagrożeni. Nie zniechęciło go to do poznawania okolicy, ale popchnęło do zmobilizowania rzemieślników.

Chłopak westchnął, oglądając taniec światła i cieni na powierzchni noża, jaki w ciągu jednego popołudnia został dla niego wykonany. To musiało być nieduże zwierzę, mniejsze nawet od niego. Czyjaś ofiara, której szczątki znaleźli. A które przeznaczono do odebrania życia, gdy Los do tego zmusi.

To też pamiętał z "poprzedniego życia"; cokolwiek by się nie działo, prędzej czy później trzeba się będzie bronić. Walczyć lub... dotknął swego prawego rogu, dziękując w myślach za to, że nie wszystko miało tutaj swój ciąg dalszy. I za niepamięć. Chociaż... może chociaż jego kuzyn zachował te wspomnienia?

Spojrzał w niebo, gdzieś za koronami drzew królował księżyc, a bogowie byli spokojni o losy tak swoje jak i swoich dzieci. Życzył sobie tego samego.

* * *


Śmiertelni mieli dziwne życzenia, oparte na własnych wyobrażeniach.
Nie zaskoczyło to Sor-Geka, ani nie przyciągnęło jego uwagi. Zajmował się teraz czymś dalece ciekawszym. Do takich widoków, w przeciwieństwie do modlitw, nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić.
Złapana i unieruchomiona przez prostą pułapkę świetlną, przed jego oczami znajdowała się... mucha? Nie. Nie zachowywała się jak muchy. To było łatwo poczuć, łatwo zauważyć, przynajmniej dla boga. Była czymś... nieco innym, nawet jeżeli miało to oznaczać jedynie jakąś 'specyficzną' muszkę.
- A czymże ty jesteś, stworzonko?
_________________
 
 
Fedra ep Shogu 
Leśny Duszek
Zgniłuszek Tatusiny



Wiek: 24
Dołączyła: 03 Lip 2011
Posty: 177
Skąd: dalece mobilnie
Wysłany: 2011-08-19, 02:07   

Stwierdziłam, że nie ma na co czekać - lepiej ruszyć teraz. Droga zapowiadała się dosyć długa. Po wyjściu z komory młodych skierowała się ku miejscu, gdzie ćwiczyli wojownicy i wojowniczki. Arena nie była duża, ale dokładnie wygładzona, mogło tam ćwiczyć na raz kilkanaście istot. Przystanęłam tuż na granicy okrągłego placu, obserwując walczących. W oczy rzucały się dwie, podobne samice - obie płomiennorude. Szybkością, dokładnością, lekkością i stylem walki przewyższały resztę obecnych istot. Wydęłam wargi, wyrażając w ten sposób aprobatę, i skierowałam się bezzwłocznie w ich stronę.

- Dzisiaj spotyka was niemały zaszczyt - zaczęłam powoli. Przerwały swój śmiercionośny taniec w jednej chwili. Wyższa wbiła we mnie wzrok. Chłodno odwzajemniłam spojrzenie. - Będziecie moją strażą przyboczną. Od teraz. Wyruszamy zbadać tereny na wschodzie.
- Oczywiście, Matko - odpowiedziała. Bez protestów podążyły za mną.
Korytarze rozciągały się milami pod lasem, nie sięgając tylko do północnych, chłodniejszych rejonów. Wejścia rozmieszczone były niemal w całym lesie. Drzewa szeptały o nowych przybyszach, choć nie określiły dokładnie, gdzie ich szukać. Wspominały o wschodzie, także oczywistym wyborem okazało się najbardziej wysunięte w tamtym kierunku rozgałęzienie korytarzy. Moje dwie przyboczne były dobrymi piechurkami, nadążały bez problemu, momentami musiałam wręcz je hamować.
- Pani, mogę o coś zapytać? - zagadnęła w pewnym momencie Rina, bo tak było na imię starszej siostrze. Istoty zazwyczaj nie pielęgnowały więzi rodzinnych, jednak one były wyjątkami potwierdzającymi regułę.
- Oczywiście. I nazywaj mnie po imieniu, przecież dobrze je znasz - odparłam z lekkim znużeniem, odganiając sprzed twarzy stado świetlików.
- Dobrze... Naamo. Czemu przez tyle lat nie dawałaś znaków obecności? Nie przejmowałaś się nami wcale? I czemu akurat teraz do nas przychodzisz? Czy to ma jakiś związek ze sprawą, przez którą nie zaznajemy teraz snu?
- Dużo zadajesz pytań, malutka. Dopiero teraz trafiło się ciało, które gotowe było przyjąć w siebie mego ducha z chęcią. Teoretycznie mogłabym wcielić się i w ciebie, ale podejrzewam, że przeżyłabyś najwyżej tydzień. Znaki dawałam wam przy każdym polowaniu, szepcząc. To, co nazywałyście intuicją w rzeczywistości moim głosem, przecież nie zostawiłabym was tak na pastwę losu. Co do sprawy... moje możliwości patrzenia, nie zważając na miejsce i czas w formie fizycznej są znacznie ograniczone. Wiem tyle, co ty.
- Cały czas z nami byłaś? - wtrąciła Sanya, młodsza z nich.
- O każdej godzinie dnia i nocy. Patrzyłam, słuchałam i czuwałam.

Nie zadawały więcej pytań. Jako rasa moje dzieci są z natury małomówne, wolą ciszę i zadumę.
Dotarłyśmy do celu. Przed nami, w oddali, ujrzałam słabe światło. Miało się ku wieczorowi, słońce stało już nisko, co było korzystnym dla nas czynnikiem. Mrok i ciemność dodawały nam siły i sprytu. Wejście było dosyć płytkie, toteż wspinaczka nie zajęła nam wiele czasu. Gęsto rosły tutaj drzewa, ciekawskie stworzenia. Były wyraźnie rozgorączkowane, ale, ku memu zdumieniu, także ucieszone. Coś, co sprawia, że drzewa promieniują radością nie może być złe.

Ruszyłyśmy przed siebie, nasze smukłe sylwetki rzucały długie cienie w miejscach, gdzie roślinność rosła rzadziej. Podszeptywania nabierały mocy, wiedziałam, co to oznacza - tajemniczy przybysz był coraz bliżej. Widziałam już wyraźne ślady obecności, krzewy, na których nie było owoców, lecznicze rośliny, które nie miały kompletu liści, nawet ślady w żyznej glebie. Przyklękłam, chcąc przyjrzeć się im bliżej. Strażniczki także przystanęły, rozglądając się bacznie dookoła.

- Mam przeczucie, że nasi goście wyglądają jeszcze ciekawiej niż kociaki. W razie czego nie okazujcie agresji. Nasi goście wyraźnie nie są w ciemię bici.
Płomiennorude siostry zgodziły się ze mną i obiecały zachować spokój. Jednak wyciągnęły bliźniacze sztylety z pochew u pasa. Na terytorium kogoś, o kim nie wiemy niemal nic każda sekunda zwłoki mogła oznaczać śmierć.

Podążałyśmy dalej, słońce niemal schowało się za horyzontem. Straciłyśmy przewagę w razie walki, światło oślepiające ewentualnego agresora. W razie ataku nie miałyśmy wielkich szans na przeżycie, jednak nie taki był wszakże mój cel.
Usłyszałam szelest naprzeciwko siebie i ujrzałam dziwaczne stworzenie przypominające jednocześnie człowieka oraz jelenia, jednak dalekie od satyra. Zlustrowałam osobnika, nie wyglądał na groźnego mięsożercę. We mnie samą również wpatrzone były we mnie czujne, bystre oczy.

A w moje serce mierzył grot strzały.
Rina i Sanya stanęły w pozie, z której w każdej chwili mogły wyprowadzić atak. Dobrze wyszkolone wojowniczki istot dzięki refleksowi połączonemu z zabójczą szybkością były w stanie odbić bełt czy strzałę w locie. Nie wiedziałam jednak czy dwie istoty poradzą sobie z tym oddziałem. Większa liczba sióstr z kolei mogła wzbudzić niepokój, którego nie chciałam wzbudzać.

- Moje drogie, nie wiem jaki cel macie w straszeniu gości. Szeroko pojętna grzeczność zdecydowanie nie pochwala waszego postępowania - powiedziałam łagodnie, uśmiechając się do czujnego stworzenia. Rozłożyłam ręce w geście, który oznaczał, że nie mam zamiaru zaatakować jeleniowatego. Rude wojowniczki nie spuszczały oczu z jeleniowatych. - Witaj, mój panie. Tuszę, że twój zwierzchnik nie ma nic przeciwko miłej rozmowie ze mną?
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   

Podobne Tematy
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
theme by michaczos.net & UnholyTeam
Tajemnice Antagarichu :: Heroes of Might & Magic 1,2,3,4,5,6 Forum