Forum Disciples, Disciples 3 on
 
Forum Disciples, Disciples 3  Najlepsze forum poświęcone rewelacyjnej serii gry Disciples
 FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Regulamin  Zaloguj  Rejestracja   Chat [1]   Discipedia  Download 

Poprzedni temat «» Następny temat
Wojny Apostolskie 1.5
Autor Wiadomość
Nagash ep Shogu 
Arcywampir
1st Fiddle of Mortis



Wiek: 31
Dołączył: 03 Lut 2007
Posty: 1907
Skąd: Cihael ep Eshar
Wysłany: 2010-11-24, 21:25   Wojny Apostolskie 1.5

Swąd palonej skóry przyprawiał o mdłości.
Odruchowo poprawiła węzły mocujące chustę, jakby miało to poprawić szczelność materiału osłaniającego jej dolną połowę twarzy. Bliskość krematorium sprawiała, że miast powietrzem oddychała smrodem, w którym zapach skwierczącej ludziny nie należał do najgorszych.
Niski, ziejący lepką wilgocią korytarz wypluł ją do obszernej komnaty zawalonej resztkami alchemicznych precjozów. Na środku stał dębowy stół, przełamany w pół, jakby jakimś gigantycznym toporem.
Sączące się przez maleńkie okienka światło rzucało na cały ten malowniczy bajzel karminowe wiązki, w których roztrzaskane szkła, resztki mebli i fragmenty alchemicznego pieca zdawały się ożywać.
Minęła przełamany stół, o którym legenda głosiła, że należał do samej Erhog, zbliżyła się do jednej z dotkliwie pokaleczonych przez czas i erozję ścian, dotknęła. Płat tynku, pokryty dającym się jeszcze odczytać freskiem, osunął się z jękiem do jej stóp, rozpadł
w pył.
Uśmiechnęła się. W smugach karmazynowego światła dało się zauważyć dwie odcinające się od reszty muru plamki. Pozostałości po zaplombowanych wizjerach. Szczęście jej dopisało i tym razem…
Sztyletem poczęła wydłubywać wiekowe plomby. Nie musiała przy tym się napracować, po kilku minutach mogła spoglądać do wnętrza sąsiedniej komnaty, na zgromadzone w niej postacie. Oktagram Drak’zullu.
Osiem poszarpanych sylwetek cmentarnych erynii pochylało się nad kopcącym garem. Spowity w czarne szaty mężczyzna, siedzący nieopodal na misternie rzeźbionym tronie wpatrywał się w nie szklanymi oczyma. Mogłaby przysiąc, że obserwuje erynie, obdarzając ich delikatnym uśmiechem trupiego lica, który dla dyletantów liszej anatomii przypominał najeżony kłami pysk alkmaarskiej hieny. Zakurzone woluminy uratowane z puszczonej przez umrzyków z dymem Timorii powiadały, że niegdyś był wcale przystojny, a dziewki na kopy pchały mu się do łoża, mimo hierofanckiej godności. Wierny wyznawca Wszechojca, geniusz białej magii, koniec, końców heretyk i wygnaniec. Sierota przygarnięta przez Szaloną Boginię. Wreszcie odszczepieniec i banita.
Nygraal.

***

- Erynie prawie obudziły Nygraala. Arm Amaril na powrót stało się miejscem tętniącym pradawną klątwą. Oktagram Drak’zullu znowu śpiewa.
- Mów dalej.
Cień Polany przełknęła ślinę. W wnętrzach pałacu panował przyjemny chłód, delikatne niczym pajęczyna zasłony poruszały się pod dyktando przeciągów, roznoszących po komnacie przyjemny zapach kadzideł. Mimo to czuła na całym ciele niepokojące gorąco, perlące się na jej czole grubymi kroplami.
- Zgodnie z twymi wskazówkami, Najjaśniejsza, przeniknęłam do katakumb, odnalazłam dziedzictwo arcylisza. Erhog naprawdę była jego uczennica, w Arm Amaril rzeczywiście znajduje się…
- Do rzeczy, Rian’e.
Elfka zagryzła wargę. Niezadowolenie, jakie zadrżało w głosie Najjaśniejszej, jak zawsze przyprawiało ją o paraliżujący strach, przekładający się na ból brzucha. Jakby ktoś jej jelita w węzełki wiązał.
- Krematoria pracują pełną para, kwestią czasu jest, gdy widmowi rycerze Nygraala znów będą siać zamęt w alkmaarskiej domenie. Parszywe cmentarnice dopięłyby swego, gdyby nie zawiódł wdrukowany im przez lisza algorytm.
- Dziwi cię to?
Rian’e pokręciła głową. Znała doskonale historię Nygraala, jego wkładu w magię śmierci oraz pasmo utarczek z Mortis, na jakie sobie pozwalał będąc u szczytu potęgi. Szalona Bogini nie mogła zezwolić, ażeby mag, nawet tak utalentowany i zasłużony, podważał jej autorytet, dlatego przygotowała chytry plan pozbycia się natręta. Zgładzenie mającego już status arcylisza Nygraala nie wchodziło w grę. Zbyt wielu żywych, zafascynowanych jego naukami i osiągnięciami, oddawało swe usługi Hordom tylko przez wzgląd na niego. Dlatego zamknęła go w wirtualnym Alkmaarze, w którym działania lisza sprowadzała się li tylko do snu na jawie. Nygraal jednak przeczuł zbliżające się niebezpieczeństwo i stworzył cmentarne erynie, które miały zadbać o jego bezpieczeństwo na wypadek boskich aktów interwencji Mortis. Niestety władczyni Hord była szybsza, erynie nigdy nie zostały ukształtowane tak, jak chciał tego ich twórca. Nieliczni badacze twierdzą, że sen Mortis dopadł arcylisza, gdy ten akurat pracował nad ostatnią, ósmą, erynią.
- Oktagram Drak’zullu jest tworem równie niedoskonałym, co niebezpiecznym. Sam Nygraal nie przypuszczał zapewne, że erynie, nawet nie ukończone, będą w stanie połączyć swe siły, by zerwać kajdany zaklęcia wiążące ich pana. Co poszło nie tak, Rian’e?
- Dzięki kwerendzie raportów sporządzonych przez wiernych ci agentów z kontynentu wiem, że erynie dotarły do niemal każdego zakątka Nevendaar, by zgromadzić artefakty konieczne do odczynienia uroku. Rebelia przeprowadzona przez Illumielle była szczytowym okresem ich działań.
- Widziałaś utensylia?
Cień Polany skinęła głowa, oblizała spierzchnięte wargi.
- Berło Demoshtena owinięte orczym włosiem, zrabowane zaraz po upadku Temperance, jak uważam. Młot Sturmira, odebrany barbarzyńcom, którzy z kolei zabrali je z jego Warowni.
- Sporo wiesz.
Rian’e ukłoniła się nisko. Komplement w ustach Najjaśniejszej gościł równie rzadko, jak deszczowe chmury na alkmaarskim niebie.
- Te dwa artefakty jako pierwsze zostały użyte do warzenia uroku. Kolejnym był Szpon Mortis, zdaje mi się z osobistej kolekcji Nygraala. No i ostatni…
Zawahała się. Reakcja Najjaśniejszej mogła być straszna. Nie raz już przecież była świadkiem jak mróz spokoju i cierpliwości okazywał się maską, pod którą jej pani skrywała swą prawdziwą twarz. Oglądanie Jedynej w takim stanie przyprawiało Rian’e o wyrzuty sumienia, które natrętnie przypominały o prawdziwej królowej.
- Ostatnim artefaktem był Smoczy Brzeszczot, Najjaśniejsza.
Twarz niegdysiejszej królowej była jak maska wykuta z kamienia, której nie zeszpeciło najmniejsze drgnięcie mięśni.
- Smoczy Brzeszczot. Świadek dni, które wracają do mnie jak strzępy dawno śnionego snu. Symbol chwały. Symbol klęski. Nie tęsknię za nim – skrzywiła się.
Rian’e ledwo opanowała odrazę na ten widok. Nic tak nie odrzuca jak zohydzona twarz, która niegdyś podawana była za przykład piękna i harmonii.
- Erynie po zapieczętowaniu artefaktów we wnętrzu kotła nałożyły na niego zaklęcia zabezpieczające i odczyniły formułę zamykająca urok. Oczywiście nie stało się nic…
- Legiony Potępionych.
- Tak, Jedyna. Wadliwy algorytm wdrukowany w umysły erynii nie uświadomił im braku jednego z pięciu artefaktów, które konieczne są do zamknięcia magicznej sekwencji. Nygraal ledwo poruszył się na tronie i znowu zamarł. Podobnie jak cmentarnice. Zastygły nad kotłem w dziwacznych pozach. Jak zabawki porzucone w środku zabawy przez znudzone dziecko…
Najjaśniejsza odwróciła swe naznaczone szwami oblicze w stronę powleczonego mrokiem kąta komnaty. Nie musiała nic mówić, starczyło samo spojrzenie, aby wychyliła się z niego wysoka postać, spowita w potargane szaty. Na szyi zawieszony miała sznur z nanizanymi nań trupimi główkami, w których odbijało się sine światło trzymanego w dłoni kandelabru.
Herezjarchini.
- Co rzekniesz, Aisbel, Opiekunko Głowy?
Postać opuściła głowę ozdobioną papierową triarą, z wypisanymi na niej przekleństwami, jakby wstydziła się wzroku swej władczyni.
- Głowa Bestii przemówiła, Ain aep Faer'dal. Potomek Nebirosa zamknie magiczną sekwencję. Halabarda jego ojca nie straciła jeszcze swej potęgi. Arcylisz musi się przebudzić, aby zemsta została wypełniona. Tako rzecze Głowa Bestii, Ain aep Faer'dal.
Najjaśniejsza kiwnęła głową, spojrzała w przepełnione ekscytacją oczy Rian’e.
- Odnajdziesz tego, kto nosi w sobie pierwiastek Nebirosa, on wskaże ci miejsce ukrycia Halabardy. Nygraal musi się przebudzić, aby Alkmaar i Nevendaar poznały czym jest nasz ból. A nasi bracia i siostry… Aisabel?
Herezjarchini podniosła głowę, w jej oczach koloru nocnego nieba zapłonął ogień.
- Głowa Bestii zbudziła swe dzieci we wszystkich krainach Nevendaaru. Ich nienawiść strawi przeszkody na twej drodze… Ujarzmimy ducha demonów, aby był narzędziem w naszych rękach. Tako rzecze Głowa…
Cień Polany skinęła głową, po czym szybko wycofał się z komnat Jedynej. Czekało ją mnóstwo roboty, przy nikłej szansie na powodzenie, ale przecież tylko dlatego zaoferowała swe usługi Najjaśniejszej. Nigdzie indziej nie mogłaby dostać zadań godnych jej umiejętności i ambicji.
Ain aep Faer'dal,Kruk Fardale , pierwsza z wskrzeszonych przez Mortis elfów została sama z swymi myślami, krążącymi wokół losów Smoczego Brzeszczota. Jej Brzeszczota, tego prawdziwego, którego niegdyś dzierżyła jako Drullia’an.
Nad Alkmaarem tymczasem zapadała noc.
_________________

Księżyc świeci, martwiec leci,
Sukieneczką szach, szach,
Panieneczko, czy nie strach?



Nasz wampirek to smakosz i znawca,
przy tym wcale nie żaden oprawca!
Za ssanie kolacji płaci jak w restauracji,
Chyba, że honorowy krwiodawca...

Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok,
Chyba, że honorowy krwiodawca!

 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2010-11-26, 17:31   

W ograbionym ze światła kącie chłodnej, piwnicznej komnaty coś pisnęło.
Szczur.
Kryjący się w dziurach pod ludzkimi siedzibami gryzoń, pierwszy do ucieczki, pierwszy do roznoszenia zaraz. Całe życie wsłuchujący się w kroki ludzi, którzy zbudowali to, w czego szczelinach się gnieździ.
Ten, jeżeli założył tutaj norę, powinien być martwy już niedługo. Zbyt wiele powiązanych ze śmiercią, nadchodzącą na tysiące sposobów, rzeczy się tu znajdowało.

Poza tym, szczury nie powinny mieszkać pod szczurami. A ten tak właśnie robił. Wygryzł sobie norę pod gniazdem ludzkich szczurów, zakażonych śmiercią jak te gryzonie zarazami. Całymi dniami wsłuchujący się w echo kroków medyków przemierzających korytarze, w których podłogą było to, co tu stanowiło niski strop.
I zawsze gotowych do ucieczki, jeśli tylko jakiś szczurołap zbytnio obnosił się będzie ze swą wiedzą. Zbyt natarczywie wpatrywał w wejście do nory, dłubiąc za przyrządami do eksterminacji.

A więc szczur. Piszcząca metafora? Ironia losu?

Dla cyrulików nie miało to większego znaczenia. Przynajmniej nie dla Z.
Uważał się za zbyt poważną osobę, zbyt szanowanego medyka, by rozważać tak absurdalne zagadnienia. Wszystko, co ma jakiś sens, jest w ciele, ono ukrywa całą prawdę i tylko to co z niego wyczytać można ma jakieś znaczenie.
Gdyby nie drobna, gustowna i cenna ozdoba, jaką zapinał ciemny materiał pod kołnierzem, oraz wydrapana pod okiem, szkaradna niczym poszarpana blizna, litera Z na białej, gładkiej masce, nie sposób byłoby go odróżnić od innych cyrulików i balwierzy. Od pozostałych szczurów z tej nory.

Z nie należał do najmłodszych i wszyscy to wiedzieli. O ile tożsamość i twarz pozostawały w tym zgromadzeniu ścisłą tajemnicą, tak głosy czy sprawność w czasie przeprowadzania eksperymentów nie mogła być zamaskowana. Nie dało się ukryć, że zarządca tego podziemnego „gmachu” szalonej nauki wiele wiosen już widział, czego dowodziły szczególnie dłonie, zbyt już niepewne, by pracować na delikatnych obiektach.
Ale za maską nadal kryły się wiedza i doświadczenie, oglądające świat zza ściemnionych szkieł w oczach maski.

Wszystko to, bez czego młodziki, których głosy niosły się echem wśród labiryntu piwnicznych korytarzy. Kolejny dowód na to, że do czeka ich jeszcze wiele pracy nad sobą, jak uznał w duchu sędziwy cyrulik.
Mówili stanowczo za dużo rzeczy mało istotnych, niezwiązanych z badanym obiektem. A na to nie ma miejsca, gdy każdy ruch może zaważyć o powodzeniu czynności. Co zresztą przypomniało mu że…

Rozwinął pergamin leżący na stole. Ryciny. C sporządził je już wczoraj, dokumentując okaz przed przystąpieniem do badań, z których najważniejsze dołożył na dzień kolejny.
Równe, starannie wykaligrafowane rzędy liter odkrywały wszystkie tajemnice okazu 1-43, pod którym to numerem został zapisany w cyruliczych księgach. Estetyka w dokumentacji jest, owszem, istotna, ale C… cóż, perfekcjonista.

* * *

- A więc..?

- C ma dziś wykonać wiwisekcję. Rzecz jasna, jeżeli uda mu się bezpiecznie unieruchomić obiekt, panie V - padła odpowiedź ze strony głównego cyrulika.
W zasadzie, nie przepadał za V. Nie należał on nawet do ich kręgu, ale ze względu na łączące ich interesy musiał zlekceważyć własne odczucia. I przyznać podobne uprawnienia co pozostałym członkom Konsylium.
Zjawiający się zawsze w balwierskim odzieniu i masce, wyjątkowej, bo pozbawionej stylizowanego na ptasi dzioba, a zamiast tego nieomal idealnie płaskiej, z wielkim, paskudnym znakiem V w formie dwóch blizn przeorujących oczy i łączących się na wysokości ust, zawsze chciał czegoś konkretnego. Nawet dla Z było to wysoce nienaturalne, by ktoś do tego stopnia skupiał się na jednej rzeczy czy celu. Uznawał to za nieludzkie.

Tym niemniej zawsze tak było.
- Skoro tylko opracujecie wyniki, użyjcie wiadomego sposobu by mnie o tym poinformować.
Bez pożegnania, bez jakiegokolwiek kierowania się manierami. Przekazał to, co chciał i skierował się do wyjścia. Zachowywał się tak, jakby miał tyle emocji, co maska którą nosi.
- I postarajcie się go nie uszkodzić w sposób uniemożliwiający pozyskanie informacji. Sprowadzenie tego tutaj nie było proste. - doszło jeszcze uszu starszego medyka zanim za jego gościem zatrzasnęły się ciężkie drzwi.
Z opadł na krzesło. Miał tylko nadzieję, że to z niewiedzy.
Ten cały strach.
_________________
 
 
R'edoa Yevonea 
Naczelna Terrorystka
Róża Kurhanów



Wiek: 29
Dołączyła: 28 Maj 2007
Posty: 1557
Skąd: Ner'eeye Maha
Wysłany: 2010-11-26, 22:19   

Lituhanienn nie uczyniła żadnego gestu zdradzającego, że go widzi, dalej siedziała, pochylona, nad rozłożoną na marmurowym blacie księgą, jej krucze pukle upięte wysoko nad czołem, odsłaniające wąski, srebrny diadem. Itared przestąpił z nogi na nogę, mając nadzieję, że chrzęst jego zbroi zwróci uwagę Archontki.
-Urwało ci ręce, że nie pukasz? Odgryzłeś sobie język, że się nie przywitasz jak przystoi? Gdzieś ty się chował do cholery, u dzikich w Ner'eeye Maha?
-... wybacz, pani.
W komnacie znów zapanowało milczenie. Lituhanienn w końcu uniosła oczy znad książki i uważnie zmierzyła stojącego przed sekretarzykiem elfa
-Słucham.
Itared, młodziutki jeszcze syn jednego z panów lasu, nadany jej jako adiutant w formie - cholera wie, ten wiecznie rumieniący się blondynek mógł być równie dobrze nagrodą jak i karą - znów spłonął ciemnym rumieńcem i opuścił jasne oczy. Lituhanienn poczuła nadciągający ból głowy.
-Wyduśże to z siebie, chłopcze -ponagliła go szorstko. Miała lepsze rzeczy do roboty, niż socjalizowanie panicza -kto chce mnie widzieć i dlaczego?
-Lady Cei'ne, chciała rozmawiać z przedstawicielem Rady. Czeka pod Drzewem. Dość niecierpliwie.
-Dobrze, dziękuję, Itaredzie. Zejdź do niej proszę, i powiedz, że przyjmę ją w Srebrnej Sali.
Itared skłonił się z szacunkiem i chwilę później już zbiegał po kręconych, białych schodach wieży. Lituhanienn zmarszczyła brwi w zamyśleniu, nieuważnie bawiąc się zakładką księgi. Cei'ne. Po jakiego diabła ta uparta driada przebyła tak daleką drogę z Obrzeży aż do Nazev? Bo na pewno nie po to, by "porozmawiać" z Lituhanienn aep Elone Teria. Nie po tym, co obie sobie powiedziały przy ich ostatnim spotkaniu. To nie będzie miła rozmowa, pomyślała z westchnieniem, po cym wstała, wygładziła srebrną szatę i pośpieszyła w stronę Srebrnej Sali. Dzikus, nie dzikus, Archontka nie mogła sobie pozwolić na to, by gość czekał.

Cei'ne, jak większość dzikich elfów, skrzyła się od licznych ozdóbek. W rude, rozwiane włosy wplecione miała drewniane i szklane koraliki, ja szyi zawieszone niezliczone wisiory i kolorowe rzemyki, na wąskich, opalonych na złoto nadgarstkach i kostkach złote, wysadzane bursztynem bransolety. Jej oczy były złote i mądre jak oczy sowy.
Lituhanienn wiedziała, że Cei'ne jest od niej starsza, wiedziała też o szacunku, jaką darzyli driadę dzicy przywódcy leśnych komand. Większą władzę niż Cei'ne mogła mieć tylko Cillen Tara - gdyby żyła.
-Cillen Tara żyje.
Lithanienn uniosła brwi. Cei'ne w zniecierpliwieniu bębniła palcami po alabastrowym parapecie.
-I dla mnie jest to zaszczyt, widzieć ciebie, pani -wycedziła chłodno Lituhanienn.
-Och, daruj sobie, dziecinko. Obie dobrze wiemy, że najchętniej wyrzuciłabyś mnie oknem -driada wskazała na strzeliste okna ciągnące się wzdłuż sali -gdyby nie szkoda ci było witraży. Przejdźmy do rzeczy.
Lituhanienn zacisnęła usta.
-Masz rację, Maedha -rzuciła -miejmy to za sobą. Kontynuuj proszę.
Cei'ne, wyraźnie niewzruszona nazwaniem jej "matroną", zaczeła mówić
-Cillen Tara. Ta Cillen Tara - prawa ręka Tora'acha, niańka i tutorka jego córki - ona żyje, aep Elone Teria.
-Dobrze wiesz, że to nie jest możliwe, Cei'ne. Obie widziałyśmy jej ciało. Cillen Tara nie żyje. -przerwała jej Lituhanienn -obie widziałyśmy jej śmierć!
Cei'ne sięgnęła w obfite fałdy swojej brązowo-złotej szaty i wyciągnęła stamtąd malutką szklaną kulę, niewiele większą od orzecha
-A ja -powiedziała cicho, jakby dzieliła się jakimś sekretem -a ja, mniej niż pięć dni temu, znów widziałam ją żywą.
Szybkim gestem aktywowała kulę, która natychmiast wypełniła się mlecznym, białym oparem. Lituhanienn pochyliła się niżej, by w małym, mdłym ekranie móc dojrzeć więcej.

Po dłuższej chwili, wypełnionej ciężkim, nabrzmiałym milczeniem, niebieskie oczy Archontki w końcu spotkały złote, zmartwione spojrzenie driady.
-"Żywa" -powiedziała Lituhanienn, próbując zapanować nad zimnem, które pomimo letniego gorąca nagle ogarnęło jej ciało -zaiste, trudno określić tę istotę jako "żywą".
Cei'ne bez słowa schowała kulę.
-Trzeba powiadomić resztę Rady i królową Illumielle. -Lituhanienn skierowała się w stronę drzwi -Cei'ne?
-Słucham.
-Będę zaszczycona, jeśli raczysz mi towarzyszyć.
Wąskie, surowe usta driady wykrzywiły się w delikatnym, powściągliwym uśmiechu -Ja również, mogąc ci towarzyszyć.
_________________

 
 
 
Raven 
Nosferat
Wieczny Bluźnierca



Wiek: 25
Dołączył: 22 Gru 2009
Posty: 775
Skąd: Tar Al'naihme
Wysłany: 2010-11-27, 11:44   

Bezpańskie psy zazwyczaj same nie wybierały swojego losu. Te, które to zrobiły oczywiście cierpią głód i niewygody tak samo jak inne lecz są zbyt dumne by przyznać się, że żałują swojej decyzji. Zdecydowaną większością kundle takie są jednak napiętnowane przez los od samego urodzenia. W księdze Złego Losu leżącej na ogromnym, dębowym blacie w wieży Przeznaczenia zapisane było, że czeka je właśnie głód, strach i wieczna wędrówka. Jedne wyrzucane były ze swoich domostw za jakieś przewinienia inne tylko z powodu swojego przyjścia na świat.
Jeden z tych bezpańskich kundli siedział na topornie wyciosanych głazach, pozostałościach po jakiejś wieży strażniczej czy posterunku, najpewniej ludzkiego. Obiektu tego nie można było nazwać nawet ruinami, wiekowe kamienie nie zwracały na siebie szczególnej uwagi, pokryły się mchem, grzybami i wtopiły się w otaczający je krajobraz. Dlatego właśnie wybrał to miejsce na kryjówkę dzisiejszej nocy, on również chciał pozostać niezauważonym, nie wyróżniać się w leśnym otoczeniu. Wiedział, że pościg jest tuż za nim, wręcz czuł na karku lodowaty oddech oprawców. Próbował ich zgubić jednak jak do tej pory mu się nie udało, van Oster pomyślał o wszystkim, zabrał ze sobą wilkołaki, które były w stanie wytropić go nawet w najgłębszej, najmroczniejszej jamie w Nevendaar. To, że go złapią było tylko kwestią czasu jednak nie miał zamiaru się poddać. Nie po tym do czego już doszedł. Nie po tym kiedy dowiedział się, że został zdradzony...

Wysokie wycie w okolicy wyrwało wampira z jego nienawistnych myśli. Wilkołak, zapewne przednia straż ścigającego go oddziału templariuszy. Wskazywał bezpieczne drogi i kierował zawsze w jego kierunku. Pozostawał wolny tylko dzięki brudnym chwytom i tanim sztuczkom opóźniającym pogoń.
Zaszeleścił czarnym płaszczem podnosząc się z zimnego kamienia na nogi. Do jego uszu dotarł chrzęst ciężkiej zbroi. Zeskoczył furkocąc długim materiałem niczym gigantyczny nietoperz swoimi błoniastymi skrzydłami. Ściółka stłumiła jego lądowanie przez co tym bardziej zaskoczył niechcianego przybysza.
- Nie rozsądnie szukać mnie w pojedynkę.
Rzekł a na jego twarz wpełzł grymas, który tylko wprawny obserwator mógł zinterpretować jako uśmiech. Nie był to jednak uśmiech radosny, przedstawiał raczej wyższość, pogardę i samouwielbienie.
Intruz w czarnym, połyskującym w świetle księżyca pancerzu odwrócił się ukazując wampirowi swoją kredowo bladą twarz i połyskujące, zielone ślepia.
- Ehh Raven gdybym chciał cię złapać nie ruszyłbym do lasu z jednym tylko wilkołakiem pozostawiając oddział by zabawił się w pobliskiej wiosce.
Westchnął mroczny władca patrząc z kamienną twarzą na ściganego. Nic się nie zmienił, kruczoczarne włosy opadały mu lekko na bladą twarz. Na głowie ciemny kapelusz z szerokim rondem i ozdobiony pawim piórem. Wąpierz ten kochał ironię i dlatego też na nosie nosił okulary z okrągłymi, ognistymi szkłami jakby chciał się uchronić przed słońcem rażącym w oczy - Jak widzę zupełnie nic się nie zmieniłeś hrabio.
- Bo ty zapewne ścigasz mnie po by sprawdzić jak zmieniam się z biegiem lat, van Oster. - sarknął przewracając lekko oczami. Nigdy nie wyzbył się tego nawyku chociaż nie należał do najgrzeczniejszych - Dlaczego zatem przyszedłeś tu sam? Nie chcesz mnie złapać? Wykazać się przed radą?
Raven rozluźnił się nieco i oparł plecami o zimny kamień pozostały po imperialnej budowli. Wiedział, że Ecern van Oster w pojedynkę nie ma z nim szans a nikogo innego oprócz kręcącego się w pobliżu wilkołaka nie wyczuwał.
- Widzisz hrabio... Masz chyba wiele mogących przyjaciół. Albo kogoś kto uznał, że możesz przydać się jeszcze Hordom. Ty zrobisz coś dla nich, oni dla Ciebie. Kto wie? Może odzyskasz swoje godności i ziemie jakie utraciłeś za zdradę?
Mroczny władca nie wydawał się chętny do walki z wampirem. Zaczął przechadzać się w tę i nazad jakby podziwiając okolicę.
- Doskonale wiesz, że to ja zostałem zdradzony van Oster... - wycedził przez zaciśnięte kły banita. Nie mniej jednak to co mówił oficer zaintrygowało go. Ktoś w radzie go potrzebował? Skazanego na śmierć wampira, któremu odebrano wszelkie tytuły, godności i majątek? Do czego?
- Ja nic nie wiem hrabio ep Neberius. Ja nic nie wiem. - uśmiechnął się ironicznie oficer i ruszył w stronę, z której tu przybył - Na razie muszę przestać cię ścigać wampirze, jednak unikaj wszelkich patroli i oddziałów nieumarłych. Nie wszyscy wiedzą, że rada potrzebuję cię do jakiś swoich gierek. Mógłbyś przez przypadek stracić głowę...
Hrabia Raven ep Neberius doskonale wiedział, że nie była to rada lecz ostrzeżenie. Musiał unikać mrocznego włądcy Ecerna van Ostern i jego oddziału jak ludzie dżumy. Wiedział, że nie poprzestanie pościgu, najwyżej da mu kilka dni przewagi i poczeka na jego potknięcie. Wampir musiał spotkać się z jednym ze swoich wiernych sługów, którzy nie opuścili go gdy musiał zbiec z ziemi Hord. Ruszył w kierunku Tar Al'naihme.
_________________


Jam jest Hermes
Który własne skrzydła pożerając
Oswojon zostałem
 
 
 
Reyned 
Wojownik Szkieletów



Dołączył: 20 Wrz 2008
Posty: 666
Wysłany: 2010-11-27, 16:17   

Drzwi do zapomnianej krasnoludzkiej karczmy otworzyły się spokojnie, początkowo zdawało się że nikt się tym nie przejmuje, jednak gdy w drzwiach pojawiła się długowłosa postać o bladej cerze, spokojnie podążająca do schodów po przeciwnej stronie karczmy, zapanowała długa cisza.
Ledwo przybysz zdążył poluzować w ruchu szal zasłaniający twarz, całe zgromadzenie wybuchło śmiechem i reaktywowało biesiadę kilkukrotnie głośniej niż poprzednio.
- Też was lubię, ale to tylko nacięcie na zbroi, bez przesady – zirytował się blado-skóry, podążając na strych przybytku.

Sam strych karczmy był wielkości małego pokoju, mieściło się tutaj jedno łóżko, skrzynia, i szafa z pułkami. Pomieszczenie to miało jedno okno i, rzecz jasna, pochyły drewniany sufit naprzeciw niego, robiący również za jedną z dwóch ścian.
- Mógłbyś tu częściej wpadać, Reyned? – padło pytanie, gdy drzwi się otworzyły i do wnętrza wszedł właściciel pomieszczenia.
- Zobaczy się – padło w odpowiedzi z ust bladawca, który zamykając za sobą drzwi ruszył prosto do pustej szafy wymijając małego krasnoluda w czarnych szatach, stojącego pod oknem. Zdawał się nie przejmować jego obecnością bardziej, niż stertą papierów i książek po który deptał na każdym kroku.
- Jak zlecenie?
- Jak zwykle, znajdź, schowaj się, zabij i wróć.
- Naprawdę, nietypowy z ciebie zabójca – stwierdził krasnolud zaczynając głaskać swoją brodę.
- Krasnolud-okultysta się odezwał, mów co masz do powiedzenia, albo wracaj do mszczenia się na przymierzu i klanach które cię opluły, Calderic.

Mimo iż krasnolud spodziewał się takiej wymiany zdań, nie chciał się poddać ani przechodzić bezcelowo z góry do rzeczy, na Reyneda to nigdy nie działało, mimo iż zdawał się oczekiwać tylko takich propozycji, to tak naprawdę, z góry je wtedy odrzucał.
Obserwował chwilę jak rozmówca ściąga swoją kościaną zbroję lamelkową, wreszcie uderzył ponownie.
- Co będziesz teraz robił?
- To co zwykle od czasu śmierci, wezmę z podłogi jakąś książkę i sobie poczytam, a potem następną…i tak przez kolejne kilka lat.
- Ponoć martwym jest się wtedy, gdy przestaje się tracić trzeźwość na wskutek picia.
- Nie wiedziałem że wampiry są żywe.
- Nie to miałem na myśli. Słuchaj, przecież wiesz że to wiecznie nie potrwa, prawda? Klan śnieżnej brody pozwala ci tutaj przebywać tylko dla tego, że nie chcesz przesiadywać na terenach hord, lecz wciąż, ich gościnność może się skończyć, a przysięga upaść ci jak topór na łeb, gdy któraś generacja wreszcie się obrazi na brak krwi w twoim ciele.
- I co z tego? – odparł niewzruszenie zabójca, podnosząc z podłogi jakiś mały tomik i siadając na łóżku. – Jest wiele innych miejsc, nawet u hord, które potrafią służyć jako bazy wypadowe. Ponoć jak się potrafi zamiatać flaki wypadające z zombich, można dostać stałą pracę w Cihael ep Eshar i strefę mieszkalną metr na metr.
Chcąc odpowiedzieć Krasnolud podszedł i wskoczył na skrzynię przed łóżkiem, chciał kontynuować wątek, jednak niemal natychmiastowo odczuł, że odejście od nieszczelnego okna, mimo wszystko powoduje sporą różnice.
- Na miłość boską, Rey, wymień tą broń biologiczną na normalne ubranie.
- Nahh – westchnął, niby przecząc – To nówka sztuka szlachty imperialnej, po prostu blizny mi gniją, muszę znowu pokraść elfom te dziwne pachnidła.
- A właśnie! Co wiesz o elfach? – Spytał Calderic ciesząc się że padło słowo-klucz dla przygotowanej przez niego rozmowy.
- Niezłe tyłki, gibcy, szybko umierają. W sumie tyle.
- A mroczne?
- Trup jak trup, tylko nie swój.
- I oboje są w stanie zabić cię mimo wszystko, powiedz, nie boisz się tego? Czego pragniesz?
Reyned otworzył książkę, ukazując swoje zainteresowanie rozmową, i zaczął odpowiadać między wersami.
- Niczego. Moja dusz jest w filakterium, Ashgan ją zamknął, choć możliwe że sprzedał za cenniejszą zabawkę, bo zlecenia które otrzymuję, mimo iż wciąż anonimowe, nie są istotne. Nawet gdy mnie zabiją, będę obecny, co by się nie stało z tym ciałem. A moja dusza nie znajdzie bezpiecznego miejsca jak ręce Ashgana czy osoby zdolnej do wymiany z nim. Wiesz o tym. Czego chcesz?
- Z tobą nigdy się nie uda, prawda? – poddał się Krasnolud, nie potrafił manipulować większością nieumarłych, mimo iż wszyscy inni upadali przy jego perswazji – Dobrze więc, otóż…Chociaż, może jednak wrócimy do pytania? Czego pragniesz, czego oczekujesz, i oczekiwałeś podczas powrotu Galleana? Byłeś tu i wtedy, choć stanowiłeś nieistotną figurę…
- Masz mnie. – Ukradkiem na twarzy Reyneda pojawił się mały uśmiech, no tak, osiemset lat, ktoś musiał go spostrzec. – końca, oczywiście. Jestem nieśmiertelny w taki sam sposób jak każdy licz, dokonałem zemsty, spełniłem marzenia, sprostałem wielu wyzwaniom w postaci zabójstw…Faktycznie, pragnę tylko obserwować jak to wszystko wznosi się i upada. Ragnarok ledwo przeszedł mi przed oczyma, i okazało się, że to jeszcze nie teraz. Głupio byłoby umrzeć przed czymś takim.
- I oto chodziło. Jeśli spełnisz jedno moje zlecenie, pokażę ci, jak elfy giną z rąk swoich byłych braci, jak Mortis zwalcza swoje własne martwe dzieci, pokażę ci, jak klany wykorzystują okazję do ataku, a ludzie próbują na tym wszystkim skorzystać. Ujrzysz moją zemstę, która przyniesie wiele zmian…
"oho, czas na monolog" przeszło przez myśli zabójcy, przechylił on zdrętwiałą szyję, wydając dźwięk jakby coś strzeliło w środku, krasnolud na chwilę zamilkł patrząc na rozmówcę, ten zaś, puknął go książką w czoło.
- Pomyślę, a teraz daj mi spokój.
_________________
Cytat:
Every theory of love, from Plato down, teaches that each individual loves in the other sex what he lacks in himself.
G. Stanley Hall

That's why love theories are bad.
 
 
 
Fergard 
Rycerz piekieł
Już nie emo półdemon



Wiek: 23
Dołączył: 31 Maj 2009
Posty: 188
Skąd: Czy to ważne?
Wysłany: 2010-11-27, 21:05   

Odgłos rozbijanego kufla wybudził go z przyjemnej drzemki.
Mlasnął i otworzył oczy, rozglądając się za winowajcą. Jakiś podchmielony wojak właśnie grabił zwłoki swego niedawnego towarzysza do kielicha, który to miał głowę rozbitą porządnym ciosem metalowego kubka. "Ech, ludzie...", pomyślał kształt gnieżdżący się w kącie oberży "Nad Martwym Elfem". Właściciel tego przybytku musiał odznaczać się sporą dozą poczucia humoru i odwagi - bądź być skończonym głupcem - by nazywać tak karczmę leżącą na pograniczu cywilizacji człowieka.
Leśne elfy zamieszkiwały tutejsze tereny, ale od samego przybytku trzymały się z daleka. Dlaczego tak się działo, nie miał pojęcia. Szczerze, nie miał pojęcia o wielu rzeczach. Nevandaar było miejscem tak enigmatycznym i skomplikowanym, że czasami przechodziło to jego pojęcie. Polityka, przemoc, Legiony ze wschodu, Hordy z zachodu, Elfy zewsząd, każda z tych nacji rządna własnego kawałka tortu. W tym miejscu słońce świeciło tylko na inkwizytorskie stosy.
Ten sam wojak bełkotał od rzeczy, zalewając gardło nieskończonymi ilościami złocistego trunku, co jakiś czas rozlewając go na brudnej, lepiącej się od brudu i krwi podłodze z dębowych klepek. Ktoś inny zaintonował jakąś przyśpiewkę i po krótkiej chwili budynek wypełnił się ochrypłymi wrzaskami biesiadników.
"Nic tu po mnie...", pomyślał, zbierając się do wyjścia. Jeden z biesiadujących, młodzik jeszcze, wrzasnął ochryple:
- Patrzcie, to długouchy!
"Niech to szlag. Czy Ci ludzie zawsze muszą mylić mnie z elfem?", pomyślał zdegustowany, obracając się powoli. "I co z tego, że nie piję?", dodał do siebie w myślach.
- Który to powiedział? - Zapytał nieprzyjemnie, unosząc jedną brew. Wystąpił mężczyzna, w zasadzie młodzieniec, niewiele młodszy od niego. Miał krótko ścięte blond włosy i wodniste niebieskie oczy. Na sobie miał rozchełstaną na piersi koszulę i spodnie ze skóry, zaś przy pasie wisiał mu przerdzewiały nóż, mający zapewne spełniać rolę miecza.
- Ja, drzewolubie! - Odparł równie głośno blondyn. Miał ewidentne problemy z utrzymaniem się na nogach: Podpierał się na chybotliwym stole, zaś opary alkoholu były wyczuwalne z tej odległości, jaka ich dzieliła.
- Waść zdajesz sobie sprawę, że mijasz się z prawdą? - Zapytał tajemniczy niepijący, poprawiając swój czarny kapelusz z szerokim rondem. Nie doczekawszy się odpowiedzi, założył ręce na piersi. - Więc?
- Słyszycie go, ludziska?! - Ryknął pijany młodzieniaszek triumfalnie. - To musi być elf! Normalni tak nie mówią! - Karczmarz, stary weteran pozbawiony lewego oka pokręcił głową z niedowierzaniem, polerując kufel z górskiego kryształu, ale reszta zdawała się wierzyć słowom młodzika. "Ewidentnie pijacy. Uh, nienawidzę pijaków", pomyślał, poprawiając okulary.
- No to co, Jontek? Po gardziołku i na pożarcie wilkom! - Odwrzasnął bełkotliwie ten sam żołnierz, który przed chwilą grabił zwłoki towarzysza. - Zemścimy się za wszystkich kamratów, co padli w walkach z dzikusami!
- Sugeruję dobierać słowa... rozważniej - Odparł okularnik, jakby zmęczony tą szopką. Nagle jednak uśmiech rozjaśnił jego ponurą i nieprzyjemną, choć młodą twarz. - Sądzę, że najprościej będzie rozstrzygnąć to drogą uczciwą. Proponuję pojedynek na śmierć i życie - Oznajmił spokojnie, jakby rozprawiali o pogodzie.
- Słyszycie elfa?! - Parsknął chełpliwie blondyn. - Chce ze mną walczyć jeden na jednego!
- Nie słuchaj go! - Odkrzyknął ktoś. - Jestem prawie pewien, że zaraz wyrzuci jakiś brudny trik i wywiezie Cię do lasu! Tam zatłucze Cię wraz ze swoimi braćmi!
- Ta, załatwmy go tu i teraz! - Dodał inny pijak. Ku zaskoczeniu całej kompanii wojaków, blondyn odgarnął włosy i dobył noża.
- Dobra, mój ty łuczniku - Stwierdził, a jego wodniste oczy rozmyły się jeszcze bardziej. - Zarżnę Cię jak tucznego wieprza! Za moją kobietę i mojego chłopaczka! - Warknął, a tłum pijaków odpowiedział entuzjastycznym wrzaskiem. Okularnik westchnął.
- Rozumiem, że każda broń jest dozwolona? - Upewnił się.
- A co, musisz pobiec po swój łuk, bo nie umiesz bić się wręcz?
- Pytam z czystej grzeczności.
- Możesz se wziąć nawet taboret, jak Ci to nie robi różnicy! - Krzyknął młodzieniaszek.
- Doskonale - Odpowiedział jego przeciwnik, sięgając za plecy i ujmując w prawą rękę dziwaczny miecz w kształcie prostokąta z jednym wcięciem przy samym jego czubku. Ostrze błyszczało bordowo. Blondyn zmarszczył brwi, ale nie powiedział ni słowa.
- Jeszcze jedno. Jeżeli pokonam Cię, waszmość, w starciu, będę mógł odejść wolno? - Zapytał okularnik, poprawiając poły skórzanego płaszcza.
- Jesteś pewny siebie, elfie... Ale niech Ci będzie! I tak ze mną nie wygrasz!
- Po raz wtóry powtarzam, nazywając mnie elfem mylisz się. Zresztą... Czym ja się przejmuję? Zaraz będzie po wszystkim - Mruknął, celując lewą, urękawicznioną dłonią w przeciwnika. Przez chwilę stali tak, wpatrując się w siebie. W końcu cierpliwość blondyna wyczerpała się. Wrzasnął wściekle i zaszarżował, tnąc płasko w brzuch "elfa". Ten zablokował od niechcenia zamaszysty cios i cofnął się nieco, po czym uchylił, widząc cięcie w szyję. Z każdym kolejnym unikiem odzianego na czarno jegomościa blondyn dostawał animuszu, zaś tłum pijaków kibicował mu zawzięcie, swoją głośnością przebijając nawet sforę wściekłych psów. W końcu po blisko minucie unikania i blokowania ciosów, okularnik znalazł się przylepiony do ściany, bez szansy na unik. O dziwo, nie wydawał się być tym zaniepokojony.
- I co, elfie?! - Huknął pijak, szykując się do finalnego ciosu. W odpowiedzi jego przeciwnik złapał go za czoło rozczapierzoną lewą dłonią. Blondyn poczuł dotyk czegoś zimnego na czole, coś, co skojarzyło mu się z palcem Śmierci. Bogiem a prawdą, zbytnio się nie pomylił.
- Ludzie.
Potężny huk zatrząsł posadami karczmy. Sylwetka młodzieniaszka dosłownie wyskoczyła spod dłoni ubranego na czarno okularnika, upuszczając swoją broń. Chłopak pozbawiony był górnej części głowy, która to rozbryznęła się na wszystkie strony, chlapiąc krwią i kawałkami mózgu na wszystkie strony. Denat upadł na posadzkę i tam już pozostał. Zapanowała cisza, zaś spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę triumfatora starcia(Jedynie karczmarz dalej polerował szklankę). Ten wciąż stał z wyciągniętą w powietrze ręką, ruszając jedynie palcami. Z rękawa jego płaszcza ulatywał jasny dym. Po krótkiej chwili okularnik poprawił mankiety płaszcza i przeszedł nad trupem, rzucając w jego stronę jeszcze pełne obrzydzenia spojrzenie.
- Ludzie - Powtórzył, niezadowolony. Otworzył sakiewkę, wysupławszy ją wcześniej z kieszeni płaszcza i rzucił na ladę dwie złote monety.
- To za ten bałagan - Wyjaśnił, po czym zabrał swój tobołek i opuścił karczmę, nie niepokojony przez nikogo. Na zewnątrz zdarł z muru ogłoszenie. Poszukiwany był jakiś morderca-heretyk. Nagroda: Rozgrzeszenie i 100 sztuk złota.
Casper Stratoavis uśmiechnął się pod nosem, zaś jego zielononiebieskie oczy błysnęły wesoło.
_________________
Your hope ends here... And your meaningless existence with it!
 
 
 
DeathCloud 
Lisz
Reaper/Shadow Agent



Wiek: 30
Dołączył: 04 Lut 2007
Posty: 1000
Skąd: Z'ha'dum
Ostrzeżeń:
 1/3/6
Wysłany: 2010-11-27, 22:08   

Dzień nad martwą krainą Alkmaaru miał się ku końcowi.
Nad kilkoma zmasakrowanymi ciałami istot wyglądających jak Elfy stała nieco większa grupa różnych humanoidów ubranych w rozmaite ciemne szaty wahające się od pustynnego odzienia z tych krain po płaszcze rodem z głównego kontynentu.
Nad jednym z ciał pochyliła się smukła sylwetka w ciemno fioletowym płaszczu wymawiając w elfickim języku:
- Żałosna abominacja.
Podniósł się i przycisną butem twarz Mrocznego Elfa, jego kaptur zsunął się odsłaniając jego głowę, brak większości skóry utrudnia szybką jego identyfikację jako Elfa.
- Spokojnie, nie przybyliśmy tutaj polować na nich tylko wybadać czy ich obecność ma jakiś związek Nygraalem, - odezwała w języku się Alkmaarańskim inna zakapturzona postać która dotychczas zajmowała się innym ciałem, - na razie potrzebujemy tylko informacji, później będzie możliwość wyżycia się, mówię to do wszystkich.
Na te słowa więcej Nieumarłych istot różnych gatunków odsunęła się od trucheł, w tym także krasnolud w zbroi strażnika królewskiego z czasów Pierwszych Wielkich Wojen, który przymierzał się do wielokrotnego uderzenia swoją bronią w czaszkę jednego z pokonanych Elfów.
Wtedy z jednego z ciał wynurzyła się duchowa sylwetka.
- Nie udało się uzyskać więcej informacji oprócz tego że grupa Mrocznych Elfów jest w pobliżu ale nic więcej o ich celach i przynależności. – odezwała się zjawa bezpostaciowym głosem, podczas gdy reszta grupy zostawiła już też ciała w spokoju.
- Zatem powinniśmy ruszać dalej i kontynuować zadanie, nasz przywódca powinien już skończyć – odezwał się znowu mroczny mag .
Wszyscy ruszyli w stronę cienia skały gdzie stały dwie sylwetki , jedna w czarnym płaszczu a druga wyglądająca jak jeszcze ciemniejszy cień wynurzający się z podłoża. Po chwili ta postać zapadła się z powrotem w ciemność, a pierwsza ruszyła w stronę grupy. Spowijał ją nienaturalny cień, pod płaszczem była tylko ciemność, której nie nawet rozpraszały promienie słońca. Po chwili odezwał się ciężkim głosem:
- Dostałem wieści z kontynentu, w związku tamtejszymi wydarzeniami nie możemy ufać Radzie i siłom w stolicy, a zadanie uległo zmianie: nie będziemy tylko zbierać informacji o nich…
- Czy to oznacza że wkrótce nasz pan uderzy na nich?
- Nie, jeśli to rzeczywiście mają być słudzy Nygraalema to mamy się z nimi porozumieć…
_________________
 
 
 
Vogel 
Ochrzczony Ogniem
Disciples of evil



Wiek: 33
Dołączył: 03 Paź 2007
Posty: 2969
Skąd: Temperance
Wysłany: 2010-11-30, 00:01   

Elf pewnym krokiem przeszedł przez wyważone drzwi, tu już nie spodziewał się pułapek, a i żaden z obrońców też nie ośmieliłby się tu wejść bez zgody pana. Skierował się prosto ku umieszczonemu centralnie stołowi, na którym umieścił pozbawioną oczu, uszu i nosa głowę dowódcy obrony magistratu. Całość pomieszczenia wypełniały typowe dla miejsca zwoje zawierające raporty z przesłuchań, wyroki oraz święte księgi. Eat’anael wiedział jednak, że to tylko pozory, każdy z wielkich inkwizytorów pod przykrywką świętości ukrywał kolekcję heretyckich artefaktów, które choć częściowo mogły zrekompensować fiasko całej misji.
Pochylił się i spojrzał w oczodoły.
- Jak myślisz przyjacielu, gdzie on to ma :?:
Wolnym krokiem zbliżył się do regału z księgami i z całej siły pociągnął do siebie, aż ten ustąpił i przewrócił się na podłogę wzniecając tumany kurzu.
- Czy coś się stało :?: - Do komnaty natychmiast wbiegło dwóch zwiadowców z obnażonymi mieczami.
- Co ja mówiłem, wynosić się stąd :!: Wszyscy mają czekać przed magistratem a kolejny, który mi przeszkodzi podzieli los ludzi :!: - Ostatnie słowa krzyczał już w pustkę, żołnierze nauczyli się, że w takiej sytuacji lepiej nie czekać na zakończenie monologu.
Eat’anael uśmiechnął się do siebie zaskoczony łatwością, z jaką odnalazł to, czego chciał. Tuz przed nim był świeżo zamurowany otwór w ścianie oznaczony jednym z demonicznych symboli, namazany prawdopodobnie krwią. Pełen podniecenia zerwał ze ściany buławę i uderzył a widząc, z jaką łatwością ustępuje świeża zaprawa popadł w amok, który ustąpił dopiero, gdy broń złamała się o starszy element budowli. Przed elfem otworzył się zalany ciemnością korytarz na końcu, którego dostrzegł delikatną łunę światła. Nie myśląc nawet o pochodni wszedł do otworu uzbrojony jedynie w pięknie zdobiony i zabójczo ostry sztylet, jakie rozdawano dowódca zwycięskich wojsk pod Temperance. Choć źródło światła było coraz bliżej otoczenie nie rozwidniało się, wręcz przeciwnej mrok znajdujący się poza promieniami zdawał się gęstnieć. Eat’anael Był na tyle blisko by ocenić, iż komnata jest okrągła a łuna pochodzi z dwunastu źródeł w kształcie krasnoludzkich run ochronnych, największego skarbu. Środek komnaty był zupełnie niewidoczny, pogrążony w mroku, który choć to niemożliwe stawał się jeszcze czarniejszy, gdy się doń zbliżano. Elf skupił się jednak na znakach, pięknie rzeźbionych w najczystszej manie runicznej były warte majątek.
- Dziękuję Ci the Lalye – Sztyletem odłupał kawałek tak pożądanego przez magów kruszcu – Może Ty mi się wymknąłeś, ale dzięki temu ….
- Pomóż mi… - Głos był słaby i dochodził z mroku, który teraz powoli się rozrzedzał odsłaniając zarys skulonej postaci – Pomóż bracie…
Eat’anael niemal natychmiast był przy osobniku przykładając mu ostrze do gardła i zamarł. Trwało to tylko sekundę, ale wystarczyło, krótki błysk i chrzęst przebijanego z wielką siłą mostka.
- Dziękuje bracie – Ten głos, znajomy, jego własny i twarz naznaczona uśmiechem, którym on sam żegnał wiele swych ofiar. – Dziękuję za wolność.
Truchło elfa opadło na podłogę zastygłe w przerażeniu i zdziwieniu, po czym znikło w mroku, jaki zalał sale, gdy runy zgasły.

********************************************

- Gdzie on jest :?:
- Pewnie znalazł cos cennego i nie chce się dzielić
- splunął pod nogi – przywilej dowódcy psia jego mać.
- Jak mawiał nieodżałowany Ariel nic tak nie poprawia morale jak rżnięcie i zarzynanie, a to Eat’anael zostawił nam.

Obaj żądlcy wybuchli śmiechem a wraz z nimi reszta pijanej krwią drużyny, w sumie około pięćdziesięciu dzikich elfów i kilku centaurów. Hałas jednak szybko ustąpił, gdy w drzwiach magistratu stanął dowódca przyglądając się podwładnym.
- Zbierzcie ciała i wrzućcie do środka, potem spalcie wszystko do gołej ziemi.
_________________
Hańba tym, którzy nazywają nas okrutnikami, odwracają oczy od stosu i zasłaniają uszy broniąc się przed krzykiem heretyka.
Albowiem smród jaki czują jest zapachem grzechu opuszczającym jego ciało, czując go poznajemy chorobę jaka toczy naszą duszę i pomaga się z niej wyzwolić.
Słuchając poznajemy ogrom łaski jaką kieruje ku nam Wszechojciec, albowiem nie jest to krzyk bólu a ekstazy przekraczającego wrota niebios.
 
 
 
Saemiel 
Pandemoniusz
Kaźniodziej



Wiek: 25
Dołączył: 17 Sty 2008
Posty: 721
Skąd: VI Piekło
Wysłany: 2010-11-30, 10:59   

- Karma... - Rozległ się niepewny głos, który szybko został stłumiony przez inny, znacznie głośniejszy, który u niejednego sprawiał palpitację serca, bynajmniej nie z tego powodu by był melodią dla ucha.
- CZEGO?! Jestem zajęty, nie widać?! - Druga kwestia została wypowiedziana znacznie ciszej, choć nie cicho.
Posiadaczem tego głosu był demon nieco wyższy od barbarzyńcy, ale jego postury. Nachylał się nad stołem i nawet gdy mówił nie zmienił swej pozycji. Z powodu rozwiniętych skrzydeł chochlik nie mógł dostrzec co tak zajmowało jego pana. Był i tak wystraszony, jak zawsze gdy musiał przekazać Karmazynowi jakieś wieści, dziś był jednak wystraszony podwójnie. Po raz pierwszy przynosił bowiem złą wiadomość.
Wa... Ważnaaa... wiaa... domośś... ć – Zaczął wywód zdławionym głosem, ale ciężko było Saemiela podejrzewać o anielską cierpliwość, Bethrezen nie widział potrzeby by obdarzać go tą akurat cnotą. Zresztą w ogóle cnót mu raczej poskąpił.
- Od kogo? - Wymawiał te słowa odwracając się i jednocześnie składając swoje skrzydła, dzięki czemu odsłonił to co wcześniej zasłaniał. Leżało tam parę woluminów, jedne otwarte, drugie zamknięte. Większość się nie wyróżniała poza jednym który miał żelazną okładkę z emblematem jednego z krasnoludzkich klanów. Dla niskiego chochlika te widoki były i tak niedostępne, za to trzecia osoba przebywająca w pomieszczeniu widziała to doskonale. Omiotła jak najszybciej księgi i skupiła się na demonie i chochliku.
- Od regenta piekieł, zastępcy Bethrezena.
- Od którego, mam nadzieje, że przynajmniej od jednego z tych których kojarzę, bo jeśli nie... - Nie musiał kończyć, chochlików było w bród i pozbycie się jakiegoś namolnego to nie było nic specjalnego.
- Od Ifolemaza! - Wykrzyczało przestraszone stworzenie. - Zresztą niech sam karmazyn przeczyta co to za wiadomość! - Chochlik rwał się tak jakby chciał wręcz wcisnąć zwój w łapy Saemiela lecz nie był głupi, przynajmniej jak na chochlika toteż podszedł do niego i wyciągnął łapkę podając zwój karmazynowi.
- Hmmm... - Zamyślił się Saemiel pogrążony w lekturze zwoju od swojego starego znajomego, który śmiał się tytułować regentem Bethrezena dzięki jego pieniądzom, inaczej za nic nie zebrał by takiej armii. Żeby być bliżej prawdy to by tytułować się regentem pożyczał nie tylko od karmazyna, skutkiem czego Ifolemaz nie był zbyt lubiany w piekle. Jeśli nie był zadłużony u danej osoby to na pewno był zadłużony u jej dobrego znajomego. Wszyscy jego wierzyciele tylko czekali aż zapas jego złota stopnieje, wtedy jego armia się rozejdzie i zagotują mu nieciekawy los. Saemiel był pewny, że nic okrutniejszego nie wymyśliłby sam Bethrezen od tego co były w stanie wygłówkować demoniczne rzesze które nie mogły odzyskać swoich bogactw.
Dlatego niezmiernie się zdziwił gdy przeczytał, że już za tydzień ma pojawić się u niego posłaniec który zwróci mu dług wraz z, niemożliwości!, nawiązką.
Jak już było wspomniane cierpliwość nie była jego mocną stroną i owa niecierpliwość świerzbiła go przez całe osiem dni, bowiem posłaniec spóźnił się o dzień.


- Panie, kazałeś nas zawiadomić gdy posłaniec od Ifolemaza się zjawi... - Ostatnie słowo było skierowane do już do pustego pokoju, bowiem ledwo gdy padła wzmianka o posłańcu karmazyn zerwał się na równe nogi wstając ze swego łoża zostawiając na nim swą nałożnicę po czym wyskoczył przez szerokie, nieoszklone okno swojego pałacu. Zrobił to w doprawdy zawrotnym tempie, które jednak nie było by możliwe gdyby nie żywe srebro wypite zaledwie przed miesiącem.
Odbił się z parapetu i zatrzepotał skrzydłami łapiąc równowagę w powietrzu, bo sztuki latania do góry nogami jeszcze nie opanował, wbrew temu co głoszą okoliczne pieśni. Wzbił się wyżej, na wysokość najwyższej wieży swego pałacu i ledwo tą wysokość osiągnął zatoczył wąski łuk dzięki któremu znalazł się na jej szczycie. Miał tam specjalną grzędę na której można było wygodnie przystanąć, bowiem dach wieży był stromy poza tym cały był pokryty dachówkami, zaś ich uzupełnianie nie było rzeczą zbyt łatwą na tej wysokości. Nie miała raczej jakiegoś praktyczniejszego zastosowania, był to po prostu niedostępny dla większości załogi pałacu punkt widokowy. Poza tym znajdowała się tutaj skrytka w której teraz znajdował złoty sygnet z imitacją rubinu. Zamiast rubinu znajdował się kawałek many piekielnej. Dzięki temu pierścieniowi można było czytać myśli niektórych osób. Nie był zbyt idealny, można było być pewnym, że nie przejrzy się umysłu inkwizytora czy kogoś innego nieczułego na magię związaną z umysłem ale ze zwykłymi osobami to już co innego. Chociaż nawet tutaj nie zawsze działał lecz grzechem byłoby go nie wypróbować na wysłanniku Ifolemaza. Saemiel lubił grzeszyć jednak tym razem był w stanie się poświęcić i grzechu zaniechać.


Posłaniec musiał jeszcze nieco poczekać bowiem nim jego karmazynowa mość miała się przed nim pojawić musiała się najpierw odziać, bowiem nieelegancko byłoby pojawić się nago, rażąc dyndającą kuśką i wprawiając przybysza w kompleksy jeśli owy nie był demonem. Zaś ten nim nie był, był człowiekiem, nie zamierzającym kiedykolwiek przeobrazić się w pomiot Bethrezena jednak nie mający żadnych oporów do pracy dla piekielnej hałastry, przynajmniej dopóki ta nie skąpiła zbytnio złota. Póki co na to by źle go opłacano nie narzekał, zwłaszcza teraz gdy pracował dla ociekającego złotem regenta.
- Mam nadzieje, że oczekiwanie zbytnio ci się nie dłużyło - Pan na włościach wreszcie się zjawił, cały odziany w czerwień, purpurę, złoto oraz w karmazyn. Szaty były iście królewskie choć brakowało im oczywiście peleryny, zamiast tego skrzydła były przyozdobione w złote jedwabne wstęgi, które wisiały na nich luźno.
- Nie, nie dłużyło mi się...
- Szkoda, widać za nadto się spieszyłem, bo wiesz raczej, że sługi Ifolemaza raczej nie są zbyt miło goszczone.
- Tak, lecz chyba chcesz jak najszybciej odzyskać co twoje wraz z obiecaną nawiązką? - Bynajmniej się nie zmieszał na nieuprzejmości, już dawno się do nich przyzwyczaił.
- Owszem, ale chyba trudno ci będzie spłacić teraz ten dług, tak jak mi obiecano, bowiem nie widziałem przy tobie nawet jednego lichego wozu. Przy czym wątpię by Ifolemazowi udało się zgromadzić tyle kosztowności wykonanych przez największych mistrzów jubilerstwa, bo tylko na prawdę cenne okazy upchane w jednym powozie mogłyby spłacić by jego dług. Ale znając życie to powinno jechać do mnie co najmniej tuzin wozów pełnych złota, srebra, rubinów i szmaragdów. - Karmazynowi jakoś udało się jeszcze nie wybuchnąć ale był na prawdę zawiedziony. Zamierzał wymienić parę zdań i zawlec gościa do sali tortur gdzie już rozgrzewało się palenisko.
- Cóż, gdyby spłacić je kosztownościami to może i musiało by być tego sporo. Ale za to mój pan ofiarowuje ci coś znacznie, ale to znacznie lepszego od tych fur złota. - Wymawiając te słowa machnął kosturem który cały czas trzymał, a który raczej nie zaprzątał uwagi karmazyna. Był bez wątpienia magiczny ale pełno różnorakich różdżek zalegało w pałacowych piwnicach, obecnie zakurzone i zarośnięte pajęczynami, bo odcięto dostawy many i liczono się z każdą jej drobiną.
- Ta oto różdżka to właśnie twój dług wraz z nawiązką.
- Lubię żarty ale od tego mam trefnisia, zaś te twoje są mi nie w smak. Cóż to niby za zaklęcie może być warte takich sum? Czyżby dzięki temu zaklęciu zerwą się runiczne pęta oplatające Bethrezena? Może dzięki niemu przywołasz mi złotą rybkę która spełni moje trzy życzenia? Nie wiem co to musi być za czar by miał spłacić jego dług.
- Zawołaj swoich magów i niech wezmą trochę many. Na dziedzińcu się przekonasz co to za zaklęcie - Odparł posłaniec z nonszalanckim uśmiechem. Ten uśmiech oznaczał, że albo to zaklęcie albo zniszczy cały pałac albo będzie na prawdę wartę swojej ceny.


- Na Bethrezena, jaka bestia!
- Potwór!
- Większy od stodoły!
- Cholerstwo, że ja nie mogę! - Rozległy się krzyki na dziedzińcu zaraz po tym gdy rzucono zaklęcie z różdżki. Zaraz po tym gdy pojawił się na nim olbrzymi demon. Ciężko było powiedzieć ile miał wzrostu, ale na pewno niemało. Na łbie miał ze dwa tuziny sporych rogów które tworzyły skuteczną ochronę gdyby coś zaatakowało go od góry. Najpewniej byłby to głaz rzucony z trebusza.
Posiadał gigantyczne zębiska , dość spore by nie mógł nawet pomarzyć o zamknięciu ogromnej paszczy we wnętrzu której pewnie nie raz lądował człowiek w całości. Na łapach miał szpony wielkości sporego miecza każdy. Jego ogon śmiało mógł służyć za narzędzie mordu, bowiem od połowy był pokryty kolcami. Nawet skrzydła były zakończone kolcami, na pewno nie przydawały się do latania ale do posiekania kogoś kto zbytnio by się do niego zbliżył mogły się przydać.


- Jak widzisz mój pan na prawdę zamierza spłacić swój dług.
- Nie jestem pewny, do przywołania tego... Gorgorynha? - Przytaknięcie Ifolemazowego emisariusza - Do przywołania tego Gorgorynha nie trzeba może dużo many ale ostatnimi czasy cierpię na jej deficyt. Na niewiele mi się to zda, nie da rady codziennie go przywoływać.
- Ależ nie ma takiej potrzeby! Gdy raz go przyzwiesz więcej nie musisz. Jednak mając różdżkę możesz przywołać go wszędzie, chociażby na tył linii wroga. - Karmazynowi bardzo podobały się słowa wysłannika, były jak miód na jego serce. Oczyma wyobraźni już widział co mógłby wyczyniać mając takiego podwładnego.
- Skąd on w ogóle się wziął i czemu nie słyszałem o nim wcześniej? O kimś takiego pokroju już dawno powinno być głośno.
- Dopiero niedawno się tu pojawił. Wcześniej żył na jakimś kompletnym odludziu, był czczony przez jakieś plemię bagniaków. Siedziałby tam po dziś dzień gdyby nie to, że kiedyś musiał połknąć pewien artefakt związany z tą oto różdżką. Ta różdżka wedle zapisków miała bowiem właśnie przywoływać jakiś artefakt. Pewien modeusz odnalazł różdżkę i był ciekaw cóż to może być za artefakt, ależ musiał się zdziwić jak zobaczył Gorgorynha. Sam Gorgorynh też się zdziwił i trochę się zdenerwował, a że gdy się denerwuje to ma tendencje do rozrywania na kawałeczki to nie muszę chyba mówić co się stało. - Wysłannik przerwał swą mowę widząc jak wygląda obliczę karmazyna. - Coś nie tak?
- Jeśli on należy teraz do mnie to chyba ja jestem mu coś teraz winien...
- Cóż, skoro teraz o tym wspominasz to on nie jest do końca twój. Musisz zrobić dla mojego pana pewną przysługę i wtedy go dostaniesz, żebyś miał pewność, że nikt cię nie oszuka mam tutaj cyrograf przygotowany przez mojego pana, on już go podpisał, brakuje twojego podpisu by był wiążący.
- Co to za przysługa?
_________________
Vituperatio stultorum laus est
 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2010-12-01, 13:04   

Spomiędzy masywnych wzgórz na świat wyjrzał złoty świt. Nieśmiałe promienie rozbiegły się we wszystkie strony błękitnego ornamentu. Jeden z nich zaplątał się w szkarłatnym gąszczu buków, gdzie na zmurszałym pniu spał młody elf. Ognik potańczył chwilę na jego twarzy, poczym uciekł dalej w leśną toń. Elf nie wiedząc co przerywa mu sen, ocknął się spadając z kłody prosto w wijący się pod nią strumyk.
– No, to poranne mycie mam już za sobą - jęknął wstając. Zaledwie chwyci się kawałka kory, już był z powrotem na pniu. Zręczny i szybki, taki powinien być grabieżca… Wyjął z dziupli chustkę, którą zawiązał sobie na głowie doprowadzając tym samym do ładu kruczo czarne włosy. Ten szkarłatny kawałek materiału jak i czerwonawe spodnie stanowiły główną część jego garderoby. Należał do dzikich elfów, dla nich największe dobro tkwiło wewnątrz, nie zaś w ozdobnych szatach i dekoracjach nie mających sensu w obliczu wojny. Wyjątek stanowiły kobiety obdarzone magicznym talentem, ale to już nieco inna bajka.
– Co to ja dzisiaj miałem… ? - pomyślał drapiąc się po głowie.
- Aha, krasnoludzki bimber… no tak, muszę z tym skończyć – kojarzył przywołując w myślach strzępki wczorajszego dnia, nagle oczy rozszerzyły m się niczym sowie ślepia – Illumielle… która to jest godzina – krzyknął sam do siebie, po czym zeskoczył z pnia, następnie zaczął czegoś szukać wśród traw.
- gdzie to jest… niech to szlag, gdzie to może być – mówił coraz głośniej. Ten osobnik miał w sobie coś zwierzęcego. Specyficzne szybkie ruchy, mocno wyważone i rytmiczne, zdawało się, że ciągle nasłuchuje… nagle zamarł. Do jego uch szu dotarł cichy dźwięk szeleszczących traw.
- Do licha, pewnie już po mnie idą – pomyślał. Zarośla w pobliżu zaszeleściły jeszcze głośniej. Na zlaną słońcem polanę wybiegła smukła postać elfiej Wyroczni . Grabieżca odetchnął z ulgą, zdawało się, że zna ową postać
– Milu to dziś? – zapytał wychodząc z pomiędzy krzewów bzu, w które zdążył wbiec nim ta pojawiła się na polanie. Elfka podskoczyła lekko, przestraszona nagłym pytaniem, które znienacka zawisło w powietrzu.
– Mogłam się tego spodziewać… - rzekła z lekką irytacją w głosie – Tak Aro, śpiesz się, ona nie będzie długo czekać – dodała zbliżając się do niego. Grabieżca zdawał się darzyć ją szczególnym uczuciem, gdy ta podeszłą dość blisko, on przyłożył dłoń do jej policzka. Ich spojrzenia spotkały się na chwilkę, lecz elfka nagle odwróciła wzrok.
- Daj spokój, tyle czasu cię nie widziałem- mruknął Arosal, następnie chwycił elfkę za pośladki i podniósł ją. Ta krzyknęła, po czym roześmiała się niczym dziecko, skrzyżowała nogi na jego wąskiej talii i zapytała.
– Pamiętasz co miałeś jej dostarczyć ? Co ty właściwie wprawiasz ? –
– Nic kochanie, myślę że Illuemielle może jeszcze poczekać… - szepnął jej do ucha - mamy pewne zaległości – dodał gdy ta zachichotała. Arosal tuląc drobne ciało elfki do piersi zbliżył usta, pocałunek był tylko kwestią czasu lecz… wystarczyła sekunda, zaledwie mrugnięcie sowiego oka by Wyrocznia zniknęła rozwiewając się pośród drzew w postaci tysiąca drobnych liści…
-najpierw obowiązki, potem przyjemności ! – usłyszał śmiech dobiegający z koron drzew, jej samej już nie ujrzał .
– Jeszcze cię dorwę - krzyknął donośnie Arosal przykładając dłonie do ust… - a wtedy nie będę już taki miły - szepnął sam do siebie uśmiechając się dziwnie.
– Słyszałam - ozwał się głos elfki na drugim krańcu lasu , po niedługim czasie cały gąszcz zadrżał od jej melodyjnego śmiechu.
„Te kobiety” pomyślał zbliżając się do skraju puszczy. Przeszedł jeszcze kilka kroków, nim spod koron szkarłatnych drew wyłonił się mityczny Eruvill – Syn Przeszłości. Tak nazywano bowiem roziskrzone złocistymi barwami dziewo w sercu Płomiennego Gaju. Gdzieś w tym majestatycznym gąszczu, ponad bytem zwykłych śmiertelników zawieszony był pałac tej jedynej, królowej elfów – Illumiell. Arosal tyle razy już widział ten pejzaż, za każdym razem musiał przystanąć by ogarnąć wzrokiem jego majestat.

***

- Gdzie on jest ?!- atmosfera w bursztynowej komnacie zagęszczała się z każda chwilą. Illumielle stała przy jednym z wysokich witraży. Szkło, które bardziej przypominało żywicę niż zwykły kryształ nadawało jej złoty ton. Cała sala skapana była w szlachetnych barwach podniebnego monarchy.
- Pani zapewniam Cię, lada chwila pojawi się w bramie… może wyjdę mu naprzeciw? – Serphis najwyraźniej chciał opuścić to miejsce jak najszybciej. Starszy Archont, obdarzony ogromnym doświadczeniem nie jedno w swoim życiu widział… Kiedyś uczestniczył w największej wojnie w historii Przymierza, zwycięska bitwa o Temperence to między innymi jego zasługa. Jako przewodniczący rady i stały doradca królowej, zawsze najbardziej obrywał, gdy coś poszło niezgodnie z wcześniejszymi założeniami lub gdy sprawy wymykały się z pod kontroli.
- Jak mogłam zlecić mu takie zadanie… - prychnęła z pogardą Illumielle – lekkoduch i bawidamek, innymi słowy partacz, któremu powinnam odebrać wszystkie przywileje. Nie mogę już dłużej czekać, wzywają mnie obowiązki. Przekaż mu tan pergamin – wyciągnęła dłoń w stronę Archonta, ściskała w niej kawałek papieru zwinięty w ciasny rulonik.
- Pani byłbym zaszczycony gdym mógł sam zająć się … -
- Nie Serphsie, ty jesteś dla mnie zbyt cenny – odparła odwracając twarz w stronę nasyconego światłem witraża. Udawała, że obserwuje Ithill - tancerkę słońca witającą dzień, na tle złotej tarczy … Archont wyraźnie poruszony jej wyznaniem, zamilkł czekając na dalszy przebieg wydarzeń. Spojrzał w róg komnaty gdzie na jednym z marmurowych siedzisk przycupnęła krępa postać, przyodziana w dziwną zbroję, pełną różnych mechanicznych przyrządów. Grizzlespit zdawał się nie być zainteresowany tą rozmową, cały czas polerował swoją kusze mrucząc coś pod nosem. Niedaleko przechadzała się Fyrwenn, mocno zamyślona… niepokój odbijał się na jej twarzy na tyle wyraźnie by zrozumieć, że dzieje się coś bardzo ważnego, coś co mana na zawsze odmienić losy elfów…
Ostatnio zmieniony przez Arosal 2011-01-02, 14:30, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Nagash ep Shogu 
Arcywampir
1st Fiddle of Mortis



Wiek: 31
Dołączył: 03 Lut 2007
Posty: 1907
Skąd: Cihael ep Eshar
Wysłany: 2010-12-06, 00:21   

Referendarz pogładził pieczołowicie cyferblat pokryty alkmaarskimi znakami.
Wytworzony przez wyklętą inkwizytorskimi bullami magię artefakt rozkosznie nie pasował do wnętrza komnaty hierofanty Palhatara, które zastygło w dawnych, lepszych czasach.
Czerna pokiwał siwiuteńką głową, prześlizgnął wzrokiem po widzianych setki razy przedmiotach, meblach, gobelinach. Wątpił, by istniało jeszcze jedno takie miejsce, gdzie można by podziwiać nieme świadectwa niegdysiejszej wielkości Imperium… Misterne, piękne, uszlachetnione zębem czasu, korników i pleśni.
Referendarz kichnął potężnie, smarknął w obszerny rękaw szaty. Jakby na to nie spojrzeć otaczały go zakurzone graty, przez które tylko alergii się nabawił. Artefakty wielkiego Imperium! Gówno prawda…
- Nie mamlaj Czerna po nosem, tylko pokazuj co tam wyczynia umiłowany syn kościoła.
Czerna. Kiedyś, na początku, chciało mu się jeszcze dodawać zgodne z naukami kościoła „bracie”. Teraz, po tylu latach wytrwałej służby, zwraca się do niego po imieniu. Jak do lokaja.
Referendarz smarknął przeciągle, jakby sobie pięty chciał odszlamić. Podwinął obszerne rękawy, podrapał się po pokrytej szczeciną brodzie i uderzył w palcami w cyferblat. Uwielbiał obsługiwać alkmaarski skaner, miało to w sobie coś z gry na instrumencie.
Przed wiekowym obliczem Palhatara wykwitł mieniący się barwami kwadrat. Niektóre z nich poczęły układać się w zarys sylwetki d’Ezena.
- Pieprzony d’Ezen, inkwizytorska mać… - mlasnął bezzębnymi dziąsłami referendarz, cały czas biegając palcami po cyferblacie.

***

Dźwięk rozdzieranej skóry nieodmiennie kojarzył się wielkiemu inkwizytorowi
z bitwą na poduchy, którą urządził sobie swego czasu wraz z ośmioma dziwkami w lupanarze babci Emmy.
Ach, lupanar Emmy i tamtejsze murwy! Mógł długouchom wybaczyć puszczenie burdelu z dymem, takie rzeczy się zdarzają podczas rebelii. Ale za spalenie zamtuza wraz
z przybytkiem Iskilliat d’Ezen miał do elfów uraz wybitnie osobisty.
Tymczasem torturowany znowu zawył przeciągle.
D’Ezen rzucił oprawcy zmęczone spojrzenie. Katowskie wzruszenie ramion było aż nad to wymowne.
- Jak człek się nie przyłoży, to nawet się nie wysra – mruknął biorąc do ręki rozgrzany pogrzebacz. Jeszcze nikt nie oparł się penetracji rzyci przy pomocy rozpalonego do czerwoności pogrzebacza. Szkoda tylko, że kaci to w większości konserwatywne chłopy
i wszelkie tego typu idee oprotestowują jako naruszające sztukę, ba, perwersyjne wręcz.
Torturowany tym razem zakwiczał jak nigdy dotąd. No i oczywiście zaczął gadać.

Balwierze. Kto by pomyślał, że za tymi wszystkimi zgonami kryją się pokrętni medykowie. Iskiliat wciągnął w płuca nocne powietrze. Rzeczy, których dowiedział się podczas ostatniego przesłuchania nie mieściły mu się w głowie. Cała sekta świeckich medyków oddająca swe usługi Mortis! Balwierze i jeszcze jedni, cyrulicy, czy jakoś tak.
Pod kopytami konnego oddziału inkwizycji załomotał głucho bruk głównej ulicy, zapiszczały szczury uciekające do obiecujących bezpieczeństwo rynsztoków.
Iskilliat zatrzymał wierzchowca, rzucił chrapliwy rozkaz. Oddział błyskawicznie
z konnego zamienił się na spieszony. Nie brzęknął żaden miecz, nie zarżał ani jeden koń. Pełen profesjonalizm.
Przed nimi wznosiło się okazałe gmaszysko, w którego podziemiach d’Ezen spodziewał się znaleźć zdrajców. Cyrulików i balwierzy. Jeszcze jeden gwóźdź do trumny Imperium.
- Wyrwę go i rozbiję w pył – syknął przez zaciśnięte zęby.
Żołnierze inkwizycji zaczęli okrążać budynek.

***

- To mi się podoba, to mi się podoba. Przyjrzyj mu się uważnie, Czerna. On i jemu podobni odrestaurują Imperium.
Referendarz pokiwał głową, bardziej z przyzwyczajenia, niż z przekonania. Sam doskonale pamiętał hańbę, jaką zbrojne ramię kościoła okrył hrabia Flamel Crowley. Nie, nie, jeśli Imperium ma być odrestaurowane, to tylko świeckimi rękoma. Inaczej może być tylko śmieszno i straszno. Właściwie to bardziej śmieszno.
Nagle rozległo się energiczne pukanie. Zasadniczo nie pukanie, a łomotanie, jakby ktoś częstował dębowe drzwi wiodące do komnaty Palhatara solidnymi kopniakami. Czerna wiedział, że na takie ekscesy wobec hierofanty może pozwolić sobie tylko jedna osoba.
- Właź Mer’zob, zawszony kundlu! – warknął dostojnik, obracając się gwałtownie
w fotelu. Czerna wykonał na cyferblacie błyskawiczne staccato, mleczny kwadrat przekazu rozpłynął się w powietrzu. Wychowanek gildii imperialnych zabójców mógłby dzięki alkmaarskiemu skanerowi wzbogacić swoją wiedzę, a nie za to mu kościół płaci. Poza tym nie znosił Merzoba. Jak każdej innej konkurencji.
- Wasza świątobliwość widzę znowu woli poznawać rzeczywistość przy pomocy trupiego grata i jego niestrudzonego operatora.
- Do rzeczy, Mer’zob.
Imperialny zabójca przywołał na swej przystojnej twarzy jeden ze swych czarujących uśmiechów, zupełnie ignorując pogardliwe spojrzenie Czerny.
- Sytuacja w Vożberku posypała się, Alemon nie utrzymał magistratu.
Referendarz spojrzał ukradkiem na Palhatara. Jego usta poruszyły się bezgłośnie. Kocham Legiony mać. Dokładnie to powiedział.
- Mało tego, wasza świątobliwość. Ktoś im powiedział o starym loszku i strzegących go krasnoludzkich runach. Jedną z nich długouchy chciały wyskrobać nożem. Cóż… naruszenie struktury czaru wiążącego mogło skończyć się tylko w jeden sposób.
- To znaczy, że… Kto go ściga?! Czy ktoś go w ogóle ściga?! Na Wszechojca, jeśli ten sobowtór nam ucieknie…
- Spokojnie, wasza świątobliwość. Rogin i jego łowcy są na tropie dzikusów. Mają ze sobą paru chwatów wyspecjalizowanych w łowieniu czarownic i tego typu ścierw.
- Kilku wielkich inkwizytorów łapało tego doppelgangera, a ty mi pieprzysz o Roginie?!
- Ale żaden z nich nie miał do dyspozycji Caspera Stratoavisa.
- Na tym heretyku ciąży ekskomunika, rozesłano za nim list gończy! Wysługiwanie się tym ścierwem… - zaczął piskliwie Czerna.
- Cel uświęca środki. Casper powinien lada dzień ruszyć tropem sobowtóra. I złapie go, albo zdechnie. Bo inaczej osobiście zasrańca dostarczę do najbliższego magistratu. Mam na niego haka.
- Obyś się nie mylił, Mer’zob. Obyś się nie mylił. – mruknął hierofanta.
- Jest jeszcze coś, wasza świątobliwość. Mroczne elfy pojawiły się w Trójkącie.
Referendarz spojrzał zdumiony na hierofantę.
- Miejsce, gdzie ubito Nebirosa… – wyszeptał .
- Spalona ziemia, heretycy, demony… tam nie ma ani jednego nieumarłego, a co dopiero elfa, czy człowieka… czego one tam szukają?
- Dobre pytanie, wasza świątobliwość. Mam nadzieję, że wkrótce na nie uzyskam odpowiedź. Tymczasem wracam do pracy. Niech Wszechojciec was błogosławi.
Dźwięk zamykających się za szpiegiem drzwi stanowił dla referendarza swoiste hasło, nie potrzebował nawet ponaglającego wzroku Palhatara. Alkmaarski skaner zaszumiał cichutko, gdy palce Czerny wystukały na cyferblacie złożoną sekwencję.
_________________

Księżyc świeci, martwiec leci,
Sukieneczką szach, szach,
Panieneczko, czy nie strach?



Nasz wampirek to smakosz i znawca,
przy tym wcale nie żaden oprawca!
Za ssanie kolacji płaci jak w restauracji,
Chyba, że honorowy krwiodawca...

Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok,
Chyba, że honorowy krwiodawca!

 
 
 
Vozu 
Mara
The Deergineer



Wiek: 27
Dołączył: 09 Kwi 2008
Posty: 2265
Skąd: Witchwood
Wysłany: 2010-12-16, 11:30   

W powietrzu rozniosło się przekleństwo wyplute nieudolnym alkmaarskim.

Mogli się byli tego spodziewać. Z mógł, nie wiadomo nawet czy jego „przypadkowa” nieobecność tej przeklętej nocy nie była widomą oznaką świadomości zagrożeń. Rzucenie takiego oskarżenia na głos stanowiłoby oczywiście popis braku jakiegokolwiek rozsądku, niemniej jednak swobodne rozmyślania….

W takich momentach, a właściwie wypadałoby rzec - w tym momencie, albowiem był to pierwszy raz, gdy tak wiele negatywnych czynników go atakowało, C był wdzięczny za obowiązek noszenia masek; nikt nie mógł ujrzeć, jak przez jego twarz przewija się zaskoczenie, strach, gniew, podejrzenia i obrzydzenie, a wszystko to za sprawą jednych wieści.

Ściślej mówiąc, wszystko poza obrzydzeniem; jego źródłem był ten, który je dostarczył - Tha. Odpychający i tak zapachem jak i innymi cechami kojarzący się z istotą półżywą członek konsylium, który w zasadzie nie był medykiem - stąd miast zwykłej litery, jako miano nadano mu jeden ze znaków używanych w dawnym alkmaarze.
Był ku temu i drugi powód, na który składała się zarówno jego trupowatość, jak i powierzone mu zajęcie - Tha kontrolował wszelkie nieumarłe stworzenia jakie powstawały z tego, co przetrwało badania szalonych medyków, sprawując tym samym pieczę nad lochami cyruliczego podziemia oraz funkcję, pokrętnego, tresera. O ile można było uznać jego „fach” za źródło nieprzyjemnego smrodu, tak wyglądająca zza potrzaskanej maski część twarzy, twarzy trupiobladej, obumarłej i straszącej zaropiałym, zaszytym okiem musiała mieć inną genezę.
Najważniejsze jednak było teraz to, z czym przyszedł i na co się mógł przydać - obmierzłość można było zepchnąć na drugi plan.

* * *

Gdyby szczury umiały myśleć w sposób bardziej złożony, zapewne dociekałyby czemu ludzie, wśród ciemności, biegają dokoła dużej, kamiennej nory, do której pozostali zawsze wchodzą od razu, albo przy niej siadają.
Albo, czemu niektóre z nich obserwują tych ludzi. I są zimne. I…

* * *

- Zatem powiadasz, że przyszła po nas inkwizycja, albo inni zbrojni? - próbując opanować drżenie głosu, C postanowił rozjaśnić sobie nieco sytuację.
- Tak. Szczury widziały. - burknął Tha, a dostrzegłszy, po ruchach rozmówcy, zdziwienie wymruczał jeszcze - Moje. Martwe. Rynsztokami chodzą.
Gdyby nie powaga sytuacji, C poczułby zapewne palącą konieczność zwrócenia treści żołądkowej. Był stanowczo za młody i miał za krótki staż, by rozmowa z tym… pariasem nie wpływała na niego negatywnie. Zapanował nad sobą jednak, nie bez nerwowego odkaszlnięcia - tu chodziło o ich życie.
- Coś jeszcze… ważnego?
-Otaczają. Górne wyjścia odcinają. -
na dźwięk tych słów C znowu przeklął, co jednak nie poruszyło jego obmierzłego rozmówcy, który ze względnym spokojem stwierdził tylko - Szykować obronę. Idę. Moje stwory...
Młody medyk skinął tylko głową. Z tego, co było mu wiadomo, Tha wiedział co należy zrobić, by poeksperymentalne abominacje powstrzymały nacierających. Jednakże, jeżeli są tam z nimi inkwizytorzy… to będzie tylko czasowe spowolnienie.

* * *

W podziemiach zapanowało nerwowe poruszenie, gdy medycy szykowali się do obrony swej nory. A właściwie do obrony do momentu w którym będzie się dało uciec. Mimo swych niedawnych podejrzeń wobec Z, C był gotów mu błogosławić w podzięce za pozostawione w archiwach instrukcje dotyczące nagłych wypadków - niedoświadczony medyk dowiedział się z nich wszystkiego, co tylko było mu potrzebne.

Zgodnie z tym, co mu powiedziano, ta część wyników badań specjalnego obiektu, na którym niedawno pracowali, została przekazana już wcześniej zaufanemu z zewnątrz, by dotarły do V.
Co było dla C niezrozumiałe z wielu względów, nie mówiąc już o jego ogólnej niechęci do tego człowieka. Nie popierał specjalnych praw i ustępstw, na jakie Z był wobec niego gotów przystawać, tak samo jak faktu, iż ten „ekscentryk”, jak zwykł go nazywać w myślach, był nazywany jedną z głównych liter alfabetu, mimo iż nie należał w zasadzie do konsylium. Nie podobało mu się także to, jak bardzo dbać musieli o priorytet badania tego nowego obiektu i dostarczania cząstkowych danych z eksperymentów.
Generalnie, C był bardzo zawzięty na tego osobnika, więc wzmianka o konieczności skontaktowania się z nim na wypadek zagrożenia natury podobnej do tego, z jakim musieli się teraz zmagać, jedynie go rozjuszyła.

Na szczęście, zarówno skontaktowanie się z V jak i przygotowanie portalu którym mogliby uciec ze swej nory, zabierając wszystkie istotne dokumenty i sprzęt, spoczywała na barkach grupy trudniącej się, oprócz medycyny, okultyzmem.
Korzystając ze zgromadzonych woluminów i artefaktów, K i jego podopieczni mogli to zrobić, jak sami powiedzieli, w rozsądnym czasie. C miał tylko nadzieję, że ten czas nie jest dłuższy od tego, jaki im wszystkim pozostał.

Wśród gonitwy myśli, przypomniał sobie o obiekcie; niestety, będzie trzeba go tu porzucić. Z powodu jego dziwnej właściwości, jaką było periodyczne powracanie do stanu aktywności z czegoś, co z punktu widzenia medycyny było śmiercią, na czas przerwy w badaniach zapieczętowano go w artefakcie przypominającym sarkofag.
Nie byłoby to problemem gdyby nie to, że ów relikt nie nadawał się do przenoszenia, a sama procedura łamania magicznego zamknięcia była na tyle czasochłonna, że nie można sobie było na taki zbytek pozwolić.
Przeżycie było ważniejsze.

Szczury gorączkowo szykowały się do opuszczenia nory.
_________________
 
 
Allemon 
Obrońca Wiary
były inkwizytor



Wiek: 26
Dołączył: 16 Lip 2007
Posty: 545
Skąd: Temperance-Zdrój
Wysłany: 2010-12-18, 20:04   

Powoli wracała świadomość, wraz z nią pojawiał się jednak wielki ból głowy. W nozdrza uderzył swąd dymu. Otwarcie oczu dosadnie ukazało mu, że dzień ten udany nie będzie. Leżenie na pokładzie zwykle nie oznaczało nic dobrego. Przed oczami zauważył buty i poczuł, że ktoś trąca go za ramię.
- Panie Komandorze! Panie Komandorze!
- Ja … tylko uciąłem sobie krótką drzemkę …
- Pan Komandor nawet na łożu śmierci będzie miał poczucie humoru, już panu pomogę wstać.
Jeszcze nigdy Komandor nie czuł się tak niepewnie stojąc na pokładzie. Powoli wyostrzał mu się wzrok, lecz po chwili zaczął tego żałować. Maszt leżał strzaskany, takielunek był w strzępach, po ścianach nadbudówki ciekła krew. Barkentyna przedstawiała żałosny widok.
- Marynarzu, raport.
- Zostaliśmy zaatakowani sir przez magów i łuczników, to dziwne strzały wyglądały na elfie, ale czary z pewnością nie opierały się na manie puszczy. Ważniejszą informacją jest to, że przejmuje pan dowodzenie, sir. Admirał nie żyje.
Te słowa zmroziły mu krew. Tylko Admirał wiedział co znajduje się z ładowni i gdzie mieli to dostarczyć.
- Chodźmy na górę ocenić sytuację.

Sterówka wyglądała jak po przejściu Inkwizycji. Posoka znajdowała się wszędzie. Mundur Admirała zawsze nienagannie śnieżnobiały obecnie był karmazynowy od krwi. Komandor rozejrzał się do około i bezgłośnie poruszał ustami.
- 4 okręty licząc łącznie z tym stępką do góry, co daje nam 6 brakujących jednostek. Cała flotylla rozgromiona w czasie jednej chwili. Podaj mi jakąś dobrą wiadomość.
- Marynarze już otrząsnęli się z szoku i rozpoczęli oględziny okrętu, wiemy od nich że, mamy za dużo wody w zęzach, sir. „Miłosierdzie Inkwizycji” zmierza ku zagładzie, nie ma tu żadnego z okrętów eskorty, na których zaokrętowana była kompania wojska. „Pogromca” właśnie tonie.
- Dziękuję, za raport, to właśnie chciałem usłyszeć. Już wolałbym walczyć szablą z Krakenem.
- Komandorze, rozkazy?
- Dobrze wiesz, że to tylko stopień, moim zadaniem było tylko wykryć i wydobyć to co przewozimy, jestem tu z ramienia Oficjum. Nie znam się na okrętach. Wiem jedno musimy przenieś ładunek na „Nieustraszonego Vogela”, zabrać rozbitków i płynąć dalej nim nas znów te maszkary dopadną. Przekaż rozkazy załodze i znajdź resztę sternika, on ma dokładną mapę tego labiryntu, przy kole sterowym widzę, że zostały same ręce.
Marynarz zasalutował niedbale i odszedł wykonać polecenia. Komandor podszedł do zwłok Admirała i wyciągnął z jego kieszeni kompas oraz pomiętą odpieczętowaną kopertę, wciągnął z niego list i zaczął czytać rozkaz. Nie zauważył kiedy na mostek wszedł oficer wachtowy.
- Panie Komandorze melduje, że załoga jest gotowa do opuszczenia okrętu. Mam też mapę.
- W porządku, zobaczmy, hmm, hmm, hmm niech to! Jedyny port w pobliżu to port oznaczony „Fort Nigdzie 17”; nie wiem jakim cudem uchował się takowy na terytorium Elfów i przy limesie Hord. Niemniej, musimy tam płynąc. Bez remontu okrętów nigdy nie przepłyniemy cieśniny. Podaj mi chorągiewki, muszę poinformować Kapitana Gerickiego, że wchodzimy na jego pokład z ładunkiem.

Ponownie spojrzał na rozkaz, jego przesłanie było proste: znaleźć, zapakować i jak najszybciej wywieźć to w bezpieczne miejsce. Podpisany przez Oficjum.
- Dlaczego nie wyczułem nadchodzącego ataku? Kto nas zaatakował?
Opuścić banderę Imperium!
Wątpliwości starły z twarzy Komandora resztki jego tradycyjnego uśmiechu. Musiał się spieszyć. Coś lub ktoś miało wielki apetyt na ładunek.
_________________
Allemon
(-) Z Łaski Wszechojca, Wysoki Komisarz ds. Administracji, Porządku, i Konserwacji Jedynego Słusznego Forum
 
 
 
Fergard 
Rycerz piekieł
Już nie emo półdemon



Wiek: 23
Dołączył: 31 Maj 2009
Posty: 188
Skąd: Czy to ważne?
Wysłany: 2010-12-27, 18:57   

- Merz'ob ma na mnie haka, powiadasz? - Zapytał słodko Casper, wpatrując się w martwe oczy posłańca, który dostarczył mu owe zadanie. - Sądzę, że obaj się mylicie... Niestety, tobie nie będzie dane już tego błędu naprawić - Okularnik zepchnął mężczyznę z miecza jednym kopnięciem, po czym wytarł ostrze o tunikę denata.
- Nie zmienia to faktu, że sobowtór... Hoho, to jest coś, co może być interesujące - Mruknął sam do siebie Stratoavis, zgrabnym cięciem odcinając sakiewkę od paska posłańca i zgarniając ją jednym ruchem. - Tobie nie będzie potrzebna - Powiedział tonem wyjaśnienia, choć doskonale wiedział, że nie ma tu komu czego wyjaśniać. "Ach, te moje przesadzone maniery", mruknął do siebie w myślach, rozwijając mapę.
- Więc Rogin i jego banda przegranych uganiają się za doppelgangerem, co? - Zapytał sam siebie, postępując kilka kroków i przeskakując na trakt. - Z tego, co mi wiadomo, by go zamknąć, trzeba było posłużyć się niezwykle dużymi nakładami sił... Kilku Wielkich Inkwizytorów... Tymczasem oświecona Inkwizycja wysyła za nim bandę łowczych niczym za jakimś niedźwiedziem... Cóż, jeżeli ich poszarpie, nie będę miał nic przeciwko. Ostatecznie, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta... Są osoby, które za łeb tego demona płacą niezwykle hojnie, nie grożąc jednocześnie stosem przy każdej nadarzającej się okazji... No, ale najpierw trzeba ten czarci wypierdek znaleźć - Casper zdjął kapelusz i podrapał się w głowę, skonsternowany. - Hmph, szanowny świętej pamięci posłaniec mógł przynajmniej powiedzieć mi, gdzie jest Rogin i jego grupa... No nic, wyjdzie w praniu...
Ubrany na czarno młodzieniec kroczył przed siebie traktem. Droga szła w szczerym polu, zaś słońce prażyło niemiłosiernie, jedynie nieliczne, coraz bardziej marniejące drzewa usiłowały dawać cień. Ziemia pękała i marniała z każdym krokiem, zaś w nozdrza uderzył zapach stęchłego mchu i rozkopanych grobów.
Cihael ep Eshar zamajaczyła na horyzoncie.
_________________
Your hope ends here... And your meaningless existence with it!
 
 
 
Nagash ep Shogu 
Arcywampir
1st Fiddle of Mortis



Wiek: 31
Dołączył: 03 Lut 2007
Posty: 1907
Skąd: Cihael ep Eshar
Wysłany: 2010-12-29, 19:06   

Śpiew ucichł, jakby nożem uciął.
- Rozkaż dobić rannych.
- W imię Bestii, księżno – odrzekła szeptem lakrimia, dając jednocześnie znak kosiarzom.
Głuche jęki dorzynanych elfów rozdzierały jeszcze przez jakąś chwilę mroźną noc, po czym zamilkły. Tylko wicher zawodził nad martwymi ciałami, jakby oburzony dokonaną rzezią.
Cillen Tara była zadowolona. Stojący za nią Cień Polany wręcz przeciwnie.
- Nie powinnaś była tego robić. Nie powinno cię tutaj w ogóle być!
- A ty nie powinnaś się tak do mnie zwracać.
Rian’e wytrzymała spojrzenie księżnej. Już dawno przywykła do jej zmasakrowanego oblicza, z którym obnosiła się jak z misternej roboty naszyjnikiem. Dla niej była to pamiątka, dowód odwagi i gorzkie oskarżenie pod adresem Illumielle. Dla Rian’e ziejąca czernią dziura w miejscu lewego oczodołu nie stanowiła żadnego symbolu.
- Lituhanienn jest tylko o cztery noce drogi od tego miejsca. Na Galleana, w powietrzu czuć morską bryzę niesioną z Nazev! Nie powinno nas tutaj być! Mroczne Elfy w Trójkącie oczekują na ciebie, komando Alby także.
Cillen uniosła prawą brew i to, co zostało z lewej. Rian’e przełknęła ślinę. Do pewnych rzeczy będzie się jednak musiała przyzwyczajać jeszcze długo.
- Alba złapała wyrocznię.
- Chcesz powiedzieć, że ta słodka szczebiotka Milu jest w naszych rękach?
- Tak. A ty narażasz nas na spotkanie z archontką…
- Milcz.
Mroczna elfka gestem nakazała jej podążyć za nią. Milczące szeregi niegdysiejszych elfów rozstępowały się przed ich księżną niczym fale Ma’are Laacri’an przed mitycznym prorokiem Lach’lanem.
- Wiem, że archontka jest blisko – zwróciła się do szpiega, gdy znalazły się na uboczu. - I tylko dlatego sprowadziłam rzeź na Eameer’lis. Wszystko, co znajduje się wokół Nazev jest drogie sercu Lituhanieen. A ja jej serce zamierzam podrzeć w strzępy. Kiedy za cztery dni jej oddział stanie w tym miejscu odnajdzie tylko smutek i płacz po rodzie Eameera. Tego samego, który powinien przyjść z pomocą mojemu plemieniu, gdy nas wyrzynano na przedpolach Temperance! Tego samego, który miast razem z nami stawać w ordynku, czekał aż pierwszy impet kontruderzenia ludzi ugrzęźnie w naszych szeregach! To Lituhanienn jest winna śmierci mojego ludu! Mojej także… Odpowie za to. Klnę się na Głowę Bestii.
Cień Polany westchnęła ciężko. Kierująca się prywatą i negatywnymi emocjami dowódczyni stanowiła zły znak dla powodzenia misji. Nawet jeśli była Cillen Tarą.
- Wykorzystujesz owoce mojej pracy przeciwko naszej sprawie… Nie powinnam ci więcej mówić o tym, czego udało mi się dowiedzieć.
- Nie masz wyjścia. To ja tutaj dowodzę – uśmiechnęła się krzywo mroczna elfka.
Rian’e skrzyżowała ramiona na piersiach, zagryzła dolną wargę.
- Miast mścić się na szlachetnej elfce powinnaś pomyśleć nad wykorzystaniem tego – mruknęła podając księżnej zawiniątko.
- Co to?
- Zawołaj któregoś z twoich rzeźników i lakrimię. Sama zobaczysz.
Cillen odwróciła się w stronę szumiących drzew zagajnika, machnęła ręką. Od szarpanej zimowym wiatrem czarnej ściany oderwała się jakaś sylwetka.
- Przyprowadź Yerome i kosiarza. Byle prędko.
Postać kiwnęła głową, po czym zniknęła. Nie musieli długo czekać na jej powrót.
Rain’e zlustrowała wzrokiem szczupłe sylwetki mrocznych elfów, które zatrzymały się kilka kroków od nich. Kosiarz z nagim, pokiereszowanym torsem, odziany jedynie w szarawary wyglądał koszmarnie. Lakrimia nie prezentowała się lepiej.
- Wiesz jak to działa? – zapytała elfka wręczając zawiniątko Yerome. Mroczna elfka z namaszczeniem rozwinęła je długimi, poranionymi palcami. Spod brudnych szat ukazał się demoniczny talizman z naniesionymi nań elfimi znakami. Lakrimia dokładnie go obejrzała, po czym powiodła błyszczącym od podniecenia wzrokiem po Cillen i Rain’e.
- To Sert’in… - wyszeptała.
- Pokażesz, co potrafi?
- Tak, Cillen Tara…
Lakrimia pocałowała talizman, wyszeptała sekwencję zaklęć, od której artefakt rozjarzył się oślepiającym dla Cillen i kosiarza blaskiem. Nim Rain’e zdążyła mrugnąć blask rozpłynął się w mroku nocy wraz z odzianym w szarawary mrocznym elfem. A raczej z jego doczesną powłoką…
- Niesamowite… Jak… Jak go dostałaś w swoje ręce?
Księżna z podziwem oglądała z każdej strony tego, kto niegdyś był kosiarzem.
- Pierwotnie sądziłam, że wydostanie tego artefaktu z łap dzikich elfów będzie okupione sporym wysiłkiem i śmiercią opiekującego się nim grabieżcy… Ale koniec końców okazało się to dziecinnie łatwe. Dzikus po prostu go zgubił, a że byłam w pobliżu…
Rain’e wzruszyła ramionami. Karmiła się podziwem, który emanował z całej postaci księżnej, bił z zachwyconych oczu lakrimii.
- Ale czy to jedyne, co potrafi? Czy mogę zmienić… efekt jego działania?
- Sama spróbuj, księżno.
Upiorny uśmiech, jaki wykwitł na pokiereszowanej twarzy Cillen Tara przyprawił Rain’e o dreszcze.

***

- Szybciej, szybciej! Musimy to dostarczyć pod mury Ognistego Gaju przed świtem!
- To się Illumielle i reszta elfów zdziwi, haha!
- Zamknij się, Tor’rwal.
Mroczne cienie przemykały chyłkiem przez szumiący las.
- Wierzyć mi się nie chce, że to naprawdę jej łeb.
- To zajrzyj do worka. Ja jej twarz zapamiętałem doskonale z przemowy przed atakiem na Temperance.
Prowadzone przez jelenia stado na widok biegnących postaci czmychnęło w głąb puszczy.
- To ich złamie, mówię ci Niguei’l. Widok oderżniętego od reszty ciała łba wyroczni ich złamie.
- A wtedy zaczniemy się mścić. O tak, Tor’rwal, mścić…
- Zamknąć się obaj! Przed nami Ognisty Gaj…
Kilka chwil później wór z zakrwawioną głową Milu wylądował opodal pierwszej
z szeregu strażnic strzegących wejścia do stolicy Przymierza. Nikt wówczas nie zdawał sobie sprawy, że oto zaczęła się w Nevendaar zupełnie nowa era.
_________________

Księżyc świeci, martwiec leci,
Sukieneczką szach, szach,
Panieneczko, czy nie strach?



Nasz wampirek to smakosz i znawca,
przy tym wcale nie żaden oprawca!
Za ssanie kolacji płaci jak w restauracji,
Chyba, że honorowy krwiodawca...

Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok,
Chyba, że honorowy krwiodawca!

 
 
 
Arosal 
Bandyta



Wiek: 27
Dołączył: 09 Cze 2008
Posty: 873
Skąd: Wolsztyn
Ostrzeżeń:
 3/3/6
Wysłany: 2011-01-01, 17:26   

Morza Nevenaar nie pamiętają już takich sztormów… duchy wygasłej przeszłości szeptały tylko o nienazwanej furii fal, która tysiące lat temu stworzyła lodowy kanion Ein-Minareth. Mówi się, że spomiędzy skostniałych wnęk na środku Anaet wyłoniły się Białe Smoki. Sekretni strażnicy i dawni sojusznicy elfickiej rasy.

Gniew wód powstał na nowo, pośród morskiej kipieli nikt nie mógł ujść z życiem, nie licząc istot, które stanowiły jej nieodłączną część.
- Tharonedzie smoki zdobyły kanion... wystąpiły przeciwko nam! - rozbrzmiał wysoki kobiecy głoś pośród rozszalałych fal.
Wielkie zdziwienie zagościło by w sercu każdego śmiertelnika na widok tak niezwykłej sceny. Na środku wzburzonego morza odbywał się pościg. Grupka szlachetnych elfów uciekała konno… przeskakując z fali na falę, ich wierzchowce za nic miały morską toń. Jedyne zagrożenie mogło nadejść z powietrza. Horda Białych Smoków deptała im po piętach. Śnieżni łowcy co róż wynurzali się spośród rozjarzonych błyskawicami chmur, by uniemożliwić im ucieczkę…
- Athar! gdzie jest ..?! – Zawołał Tharoned, próbując przekrzyczeć ryk dobywający się z piersi gada przelatującego tuż nad nimi. Potężny ogon musnął jedną z fal zalewając uciekających zwałem lodowatej wody. Jasnowłosa elfka ubrana w czarny skórzany płaszcz wskazała przyciskane do piersi zawiniątko.
- Zatem zdrajcy połknęli haczyk..! - krzyknął z nutą entuzjazmu Tharoned.
- Arosal, Athar uważajcie !! – usłyszeli wrzask dobywający się z ust elfa galopującego dwa metry za nimi. Kolejny biały kolos zniżył lot. Ogromne szpony muskały już powierzchnię spienionej wody. Trwało to zaledwie chwile, ułamek sekundy, w grupce uciekających elfów powstała solidna wyrwa. Duża część została strącona z koni. Arosal i Athar w ostatniej chwili wyminęli nacierającego gada.
- Nie dotrzemy… żywi… dlaczego nas atakują?! – zapytała elfka. Mroźna bryza smagała jej drobną twarz, nie pozwalając sklecić zdania.
- To zdrajcy… Smoki przeszły na ich stronę, nie są już neutralne – odpowiedział Arosal, po czym dodał – czy mój syn żyje? – przez chwilę nic nie dało się usłyszeć. Z nieba runął Eryn. Jeden podmuch jego mroźnego oddechu wystarczył by zamienić ich w lodowe posagi i roztrzaskać w drobny mak. Czas zdawał się biec wolniej. Czarne grzywy białych koni powiewały niczym chorągwie, piana zalewała ich strudzone oblicze, tułowiem dotykały rozszalałych wód… Pomiędzy Arosalem i Athar pojawiła się jeszcze jedna osoba. Mokre atramentowe szaty ciasno opinały jej smukła sylwetkę, burza czarnych włosów falowała od wzburzonego wiatru...
Elfy czuły jego obecność, Eryn zniżył lot. Srebrny kolos ryknął z siła, która wygładziła powierzchnię morza w promieni kilku mil. W ostatniej chwili blade dłonie elfki chwyciły za ramiona Tharoneda i Athar…
Sylfida pokonała jego oddech, przeprowadziła ich przez furię starożytnego. Mglista fala zdawała się przenikać przez trójkę elfów…
Reszta uciekających zamarła, nim zmrożone ciała pochłonęła morska toń, roztrzaskały się w pył… ogromny ogon, śmigną z niesamowitą prędkością kładąc kres ich życiu.
- Nayeth … ! - krzyknął Arosal.
-Nic nie mów !– odparła sylfida – Wiem o co chcesz zapytać. Nie czas na rozmowę, królowa jest w niebezpieczeństwie!
 
 
R'edoa Yevonea 
Naczelna Terrorystka
Róża Kurhanów



Wiek: 29
Dołączyła: 28 Maj 2007
Posty: 1557
Skąd: Ner'eeye Maha
Wysłany: 2011-02-02, 19:51   

Cei'ne nagle, jak niesiony wichurą liść znalazła się tuż przed dziobem Se'eteo Aln, Władcy Przestworzy dosiadanego przez Lituhanienn. Dookoła jej rozwianych włosów tańczyła maleńkie iskierki magii.
-Straszysz mi wierzchowca -mruknęła archontka, mocno ściągając wodze
-Musimy się cofnąć, pójdziemy inną drogą. -na te słowa, wypowiedziane twardo i z pełną mocą, Lituhanienn zmarszczyła brwi. Cei'ne miała może autorytet nawet wśród szlachetnych elfów, może i zasłużony, ale nie oznaczało to wcale, że Lituhanienn da sobą rozkazywać.
-Nie -odpowiedziała -pójdziemy przez Białe Jary. Eameer spodziewa się nas i nie chcę, by czekał dłużej, niż jest to potrzebne.
Cei'ne zamknęła na moment oczy i westchnęła -Nie pójdziemy przez Białe Jary, Lituhanienn. W ogóle.
-Cei'ne -głos Lituhanienn zawibrował, zagroził ukrytą magią. Itared odruchowo cofnął się, tak jak włócznicy i ogniści strzelcy. -Staram się cię zrozumieć i z tobą współpracować. Nie pomagasz mi. Byłaś na zwiadzie, powiedz mi co zobaczyłaś, a nie rozkazuj mi, bo nie jestem twoją służką.
Driada długo patrzyła jej w oczy, w końcu odwróciła wzrok i spojrzała za siebie, w las, spowity jeszcze wilgotną, poranną mgłą -Chodź zatem, Teria, i zobacz sama.

*

To dzikie elfy zwykły okazywać żałobę, to dzikie elfki i driady padały na kolana i zanosiły się szlochem, orając paznokciami twarze i piersi, to dzicy elfowie w porywach żalu zrywali z włosów i uszu ozdoby, ciskając je wraz z dzierżonym orężem na ziemię. Cei'ne przywykła do tych niemal teatralnych zachowań, napatrzyła się na nie wystarczająco - po śmierci Cillen Tary i Tora'acha niemal całe opanowane przez elfy Temperance spłynęło łzami. Cei'ne sama była dziką elfką. Po Lituhanienn spodziewała się nie więcej, niż po dzikiej córce Tora'acha, wyjącej, poskręcanej w spazmach płaczu u stóp ojcowskiego katafalku.

Tym bardziej zdziwiła się, widząc jej pusty, nieodgadniony wyraz twarzy.

Białe Jary nie były dużą strefą - ot, mała dolina, pełna brzóz i białych wapiennych skał od których wzięła się ich nazwa - a pałacyk klanu Eameer’lis nie był wcale dużą budowlą - miłą dla oka, choć nie tak imponującą jak białe pałace Nazev.
Krew prędko wsiąkła w wapienie, nadając im brzydkiej, brunatnej barwy. Połamane i poranione ostrzami brzozy płakały jasną, pachnącą żywicą. Bezwładne ciała, miękkie i wiotkie jak stosy szmat leżały - wszędzie. W którą stronę Cei'ne nie odwróciła by oczu, napotykała ten sam widok. W ciszy, której nie mącił zaśpiew żadnego ptaka, ani szelest żadnego zwierzęcia, cichy szept Lituhanienn wydawał się grzmieć, odbijając się echem od skał i pni drzew.
-Miałaś rację, lady Cei'ne -powiedziała cicho, nawet nie patrząc na ciało przez które przestąpiła -rzeczywiście nie było sensu nadkładać drogi.
Itared niepewnie spojrzał to na swoją panią, to na driadę -I... co teraz?
Lituhanienn odwróciła się, gwałtowny ruch wzburzył jej biały płaszcz. Itared, wbrew sobie, drgnął.
-Teraz -powiedziała równie spokojnie i równie zimno -jedziemy prosto do Ognistego Gaju. I nie zatrzymujemy się po drodze ani na chwilę.
_________________

 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   

Podobne Tematy
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
theme by michaczos.net & UnholyTeam
Tajemnice Antagarichu :: Heroes of Might & Magic 1,2,3,4,5,6 Forum