Forum Disciples, Disciples 3 on
 
Forum Disciples, Disciples 3  Najlepsze forum poświęcone rewelacyjnej serii gry Disciples
 FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Regulamin  Zaloguj  Rejestracja   Chat [0]   Discipedia  Download 

Poprzedni temat «» Następny temat
Powracam w glorii. Chyba...
Autor Wiadomość
Fergard 
Rycerz piekieł
Już nie emo półdemon



Wiek: 24
Dołączył: 31 Maj 2009
Posty: 188
Skąd: Czy to ważne?
Wysłany: 2010-06-05, 20:56   Powracam w glorii. Chyba...

Ekhem...

Kiedyś pisałem, że wystawiam swój ostatni pomnik grafomanii. Sądzę jednak, że zrobiłem do tego czasu jakiś tam "improvement" i mogę wrzucić coś innego.
Tak więc, opowiadanie to miało traktować o jednej z miejscowości w Gminie Wieliszew. Kiedy teraz to czytam dochodzę do wniosku, że oddaliłem się od tematu. Mocno.
Anyway, enjoy and break all my pride in comments.
P.S Możliwe przekłamania artystyczne.

O Nowych Łajskach opowieść

Rozdział 1

- Nigdy nie sądziłem, że dożyję tego historycznego momentu… - Stwierdził Samuel Phantom, zastępca Przewodniczącego Rady do Spraw Ekonomiczno – Gospodarczych. – Minęło dokładnie pięćdziesiąt lat od dwudziestego drugiego grudnia roku pańskiego dwa tysiące dwanaście. Dzień, w Którym Szatan zstąpił na Ziemię, wraz ze swoimi sługami…
- Proszę, nie używaj oficjalnej nazwy – Odparł nieco zaniepokojony mężczyzna o szlachetnych rysach i niezwykle szpiczastych uszach. Na oko nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat: Młody, krzepki, blond włosy, z kosmykami opadającymi aż do czwartego kręgu. – Wiesz, że Pan Widelfortz dość nerwowo reaguje na te słowa.
- Pan Widelfortz jest ostatnią osobą, która mnie obchodzi – Odparł bez wahania stary, wpatrując się w środek Sali. Miejsce, gdzie za chwilę pojawi się Edgar Leon Widelfortz, fanatyczny wyznawca zamierającego już Kościoła Katolickiego. Durny syn nieodżałowanego Widelfortza Seniora, którego to w zeszłym roku zabrała gruźlica. Spoglądający na inne rasy z góry, wypacykowany arystokrata, który po raz e-nty zamiast przedstawić problem, zbluzga tylko członków Rady i odejdzie, skarżąc się jeszcze na zbytnią opieszałość Przewodniczącego Failure’a. Najbardziej – rzecz jasna – dostanie się Phantomowi oraz drugiemu człowiekowi zasiadającemu w Radzie, chwilowo nieobecnemu Adeonowi Falcontetowi. „Jesteście tylko żałosnymi, słabymi duszami, które sprzymierzyły się z demonami. To, że Szatan zwyciężył, nie znaczy, że wy jesteście bezkarni… i tak dalej, i tak dalej…”, pomyślał Samuel, powtarzając słowa, jakimi przywita ich Widelfortz. Normalnie Rada wyśmiałaby go, a potem wynajęłaby jakiegoś najemnika, by uciszył nadętego szlachcica. Było w czym wybierać: Allistair Rasmunsen i jego walnięty partner, Murphy „TurboJet” Greenblade. Był Leo Bonhart, bezuczuciowa maszyna do zabijania. Było Blackwater, organizacja stworzona po to, by zrzeszać napędzanych gotówką wojowników. Można było nawet wynająć Orków z Syberii. Był jednak jeden zasadniczy problem. Widelfortz odziedziczył po swoim ojcu wielką firmę, firmę produkującą bardzo potrzebne w tych czasach uzbrojenie. Broń biała, palna, maszyny, amunicja. Niestety, straż nieustannie ochraniająca Widelfortza była zbyt głupia, by dać się omamić czarom bądź dać przekupić, była też zbyt lojalna względem swego chlebodawcy, wreszcie – Każdy z nich był wyrośniętym, trzymetrowym mutantem uzbrojonym w coś, co rozmiarami mogło przypominać znak drogowy. „Pieprzony hipokryta…”, pomyślał stary, zastanawiając się nad rzeczami, jakie popełnił Widelfortz. Obrażenie przywódcy mniejszości krasnoludzkiej i gnomiej w Europie Wschodniej. Obrażenie przywódcy mniejszości gnollej w Europie Zachodniej. Wylanie ponczu na wodza Klanu Czarnej Zbroi podczas rozmów pokojowych. No i najważniejszy, najpoważniejszy argument, który bez dwóch zdań dyskredytował arystokratę w oczach Samuela. Po(wg politologów usprawiedliwionym) nieudanym napadzie plemienia Czarnej Zbroi na graniczące z Uralem(Przechrzczonym na Kariatyd) miejscowości, Widelfortz wykonał pokazową egzekucję. Dorwał mniejszości orkowe graniczące z niegdysiejszymi terenami Grecji, po czym po pseudoprocesie wynajęci przez niego najemnicy zamordowali bez mrugnięcia okiem dwa tysiące orków, orczyc i eee… orczątek? Wśród najemników znajdował się Bonhart. „Jaka by to była rozkoszna ironia, gdyby sukinsyn zaszlachtował sukinsyna…”, pomyślał z rozkoszą Phantom, uśmiechając się mimowolnie. Niestety prawda była brutalna – Chwilowo Widelfortz był nieosiągalny. Stary zaczął rozmyślać. Miał dwadzieścia jeden lat, gdy nastąpił rzekomy koniec świata. Jednakże zamiast zapowiadanych meteorów, trzęsień ziemi itd. Pojawiły się… inne rasy. Nagle otworzyły się portale, wirujące plamy energii. Wysypały się z nich istoty, o których racjonalista Phantom nigdy by nie pomyślał: Elfy o wspaniałych rysach i szpiczastych uszach, krępe i brodate krasnoludy, brzydkie i długouche gobliny, zielonoskóre orki, przypominające humanoidalnych psowatych gnolle i wiele innych. Oprócz ras rozumnych pojawiły się też bestie, nieznane ludzkiej biologii: Smoki, brane najpierw za brakujące ogniwo ewolucji gadów; przypominające ogromne drzewa enty czy podobne do mieszanki centaura z pająkiem dridery. Wreszcie zaczęły dziać się rzeczy brane za cuda bądź przekleństwa: Cały kontynent północnoamerykański zatonął, martwi zaczęli wstawać z grobów(Niekoniecznie dbając przy tym o swoją aparycję). Wraz z dziwnymi przybyszami pojawiły się dwie rzeczy: Magia oraz niezgoda. Potraktowani jako najeźdźcy nieludzie spotkali się z oporem. W wyniku tego rozpoczęła się Trzecia Wojna Światowa, trwająca osiem lat. Wielki konflikt zrodzony przez takich idiotów jak Widelfortz, który pochłonął setki tysięcy istnień. Potem jednak nastąpiła stabilizacja. Zarówno ludzkość, jak i pozostałe rasy rozumne szybko zrozumiały, że armageddon może być tylko kwestią czasu. Odbudowa, postęp, dobrobyt. Te trzy hasła towarzyszyły następnemu dwudziestoleciu. I choć świat nigdy już nie był taki sam, to nie był też bynajmniej gorszy. Nieludzie wnieśli do ludzkich miast odrobinę swojej techniki, a także magię, która to stawała się coraz bardziej rozpowszechnioną nowinką. Telefony, ekrany, sprzęt AGD, nawet pojazdy szły do lamusa w konfrontacji ze Sztuką(Jak przyjęło się nazywać magię). Magia pomagała też w odbijaniu świata z łapsk istot o destrukcyjnych zapędach. Na przykład, na dotychczas niezdobytej Antarktydzie osiadło Lodowe Królestwo pod berłem cesarzowej Amail – As, władczyni nieumarłych. Inny kandydat do tego tytułu, Nehr’zul, rezydował wraz ze swoją armią i świtą na terenach Arktyki w niesławnym Lodowym Tronie. Ameryka Południowa stała się siedliskiem demonów i diabłów. Swoje spiski knuła Unia Podziemna, skryta w tunelach głęboko pod sawanną afrykańską. Wreszcie plemiona zielonoskórych z Azji oraz łupieżcze ataki gnolli z Afryki. Było przed czym się bronić, oj było.
Tymczasem Rada w liczbie dziewięciu osób(Jednej nie było) czekała, aż hologram Widelfortza pojawi się na środku Sali. Nie czekali zbyt długo. Jeden błysk i między stołami pojawiła się sylwetka niskiego mężczyzny o małych, paciorkowatych oczkach oraz krótko ostrzyżonych włosach. Hologram pokłonił im się, po czym odchrząknął.
- Panowie… - Zaczął oficjalnym tonem. – Przybywam z bardzo ważną sprawą.
- Na tyle ważną, by rozłączać nas z pierwszą linią obrony broniącą rozpaczliwie linii brzegowej Portugalii i potrzebującej zaopatrzenia? – Zełgał gładko Phantom. Arystokrata spiorunował go wzrokiem.
- Tak, ważną, Panie Samuelu – Odparł powoli Widelfortz. Odwrócił się do pozostałych członków Rady, ignorując starego. – Mam nadzieję, że znają Państwo rozkład miejscowości otaczających Strefę B?
- Znamy – Potwierdziło coś, co wyglądało jak humanoidalny szczur o brązowym umaszczeniu. – Istnieje tam tak zwana Gmina Wieliszew, złożona z czternastu miejscowości. Wg oficjalnych informacji, najstarsza z nich, zwana Wieliszewem, może pochwalić się 750 – letnią historią.
- Obawiam się, że oficjalne informacje są mocno nieaktualne – Przez twarz Widelfortza przemknął cień kwaśnego uśmiechu. – Ostatnie wieści ze strony GMZ mówią, iż Łajski, czyli jedna z miejscowości Gminy została zniszczona około osiem lat po zakończeniu Trzeciej Wojny. Prawdopodobną przyczyną były łupieżcze najazdy Orków.
- Mamy tylko pytanie… - Oznajmił długowłosy blondyn, mierząc arystokratę spojrzeniem swych bystrych oczu. – Po co otrzymujemy te błahe informacje?
- Proszę jeszcze wstrzymać się z sądem. Gwarantuję, to może Szanowną Radę zainteresować… - Widelfortz odchrząknął, po czym zaczął mówić dalej. – Wedle ostatnich zarządzeń Resortu do Spraw Socjalno – Społecznych, każde skupisko miejscowości oznaczone jako gmina musi zawierać dokładnie czternaście miejscowości. Gmina Wieliszew ma obecnie dwa tygodnie na postawienie Nowych Łajsk albo na mocy prawa ponad dziesięciu tysięcy ludzi zostanie przesiedlonych.
- A od kiedy to Pana Widelfortza interesują potrzeby innych? – Zapytał Samuel podejrzliwie. Szlachcic odpowiedział mu przeciągłym spojrzeniem, po czym kontynuował przemowę.
- Tam, gdzie znajdowały się Stare Łajski, odkryto bogate złoża Osmium, metalu, który jest aktualnie wykorzystywany do produkcji najlepszych zbroi i tarcz. To kwestia biznesu, Szanowna Rado. Pytanie tylko, jak dużo możecie na tym zyskać… - Widelfortz umilkł, Rada milczała. – Zgodnie z przepisami potrzebuję waszej zgody na działania gospodarcze, które mogą przynieść korzyści ogółowi Narodów Zjednoczonych. Oczywiście 25% dochodu udanej operacji przejdzie na konto Rady. Wymagam jednak kilku rzeczy.
- Mianowicie? – Szczur, będący ewidentnie Przewodniczącym o znamiennym nazwisku Failure przygładził wąsiki.
- Rada opłaci najemników do ochrony robotników i specjalistów, którzy zajmą się wydobyciem i umacnianiem Nowych Łajsk, których wynagrodzenie pokryje Rada.
- Czy te środki obrony nie są przesadzone?
- Zapomniałem dodać, że złoże Osmium znajduje się cztery kilometry od centrum Strefy B? – Zapytał retorycznie Widelfortz. Entuzjazm członków Rady opadł błyskawicznie.
- Możliwość działania potwierdzona – Oznajmił Failure. – Jednakże, chcemy 40% i nie mniej. Strefa B jest według rankingów Fergarda Stratoavisa szóstym najbardziej niebezpiecznym miejscem na tej planecie. Do tej roboty potrzebni są profesjonaliści z GMZ, a oni mało nie biorą.
- Niech stracę – Mruknął Widelfortz pojednawczo. – Cieszy mnie to, że się dogadaliśmy. – Jeden Phantom nie podzielał entuzjazmu pozostałych członków Rady. „Nie chodzi o Osmium. Ten wypacykowany chłoptaś ma tam coś jeszcze na boku…”, pomyślał, mierząc wzrokiem zadowoloną z siebie sylwetkę Edgara Leona Widelfortza.

Rozdział 2

Sześćdziesięcioletni Caterham sunął bezdrożami zrujnowanej Europy Wschodniej.
Trzy istoty należące do organizacji znanej także jako GMZ(Pełna nazwa nigdy nie została ujawniona) jechały w czarnym samochodzie stworzonym do pokonywania wertepów(Czyt. Łaziku), prosto w stronę miejsca, gdzie miały stanąć Nowe Łajski, miejsce niemalże identyczne do Starych Łajsk, zabranych przez Trzecią Wojnę. Jedna z wielu grup, ta jednak wyjątkowa: Bez dowódcy. A przynajmniej bez dowódcy z technicznego punktu widzenia…

Za sterami siedział wielki, barczysty humanoid, umięśniony i czarny niczym węgiel. Z ust wystawały mu dwa małe kły. Stwór(Bo na pewno nie był to człowiek) trzymał w ustach wykałaczkę. Na sobie miał porządnie wyprawione skórzane spodnie i kamizelę, zaś na głowie czapkę podobną do tych, które nosili piloci podczas Drugiej Wojny. Na drugim siedzeniu spoczywały: Trójlufowa strzelba, topór z ostrzem w kształcie rombu, stare dobre Magnum 44 oraz torba z różnymi przyrządami potrzebnymi najemnikowi: Bandażami, kluczem francuskim, butelką wódki itd. Mężczyzna(Co dało się wywnioskować po jego budowie) nucił pod nosem jakąś melodyjkę. Na dwóch tylnich siedzeniach znajdowali się brązowowłosy chłopak(Na oko nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia parę lat) o piwnych oczach i gładkich rysach. Ubrany był niczym przeciętny metalowiec – Czarna koszulka, ćwieki, czarne jeansy i adidasy. Na kolanach trzymał karabin snajperski i co jakiś czas sprawdzał jego stan. Obok niego siedziała humanoidalna psowata. Tak, humanoidalna psowata, z twarzy(pyska?) przypominająca mieszankę lisa i jamnika. Miała na sobie białą koszulkę, jeansy(z obszarpanymi nogawkami i dziurą na puszysty, lisi ogon) oraz szare buty przypominające nieco grube adidasy z kolczastą podeszwą. Przez pierś(Skądinąd niezwykle obfitą) miała przewieszony pas z drobiazgami. Długie, brązowe włosy opadały gładko na futrzane, rude barki, zaś błękitne oczy wyrażały zniecierpliwienie. Istota również trzymała na kolanach broń palną, jednakże biorąc pod uwagę jej datę, ciężko było określić jej zastosowanie: Dość powiedzieć, że osada i czółenko broni były wykonane z lekko próchniejącego już drewna.
- Za jakieś piętnaście minut będziemy tam, gdzie budują tą osadę – Oznajmił kierowca gardłowym głosem. – Z tego, co mi wiadomo, na miejscu znajduje się już ekipa budowlańców oraz dwóch innych najemników.
- Cóż za ironia… – Odparł brązowowłosy. – Widelfortz, najbardziej zagorzały wróg nieludzi wynajmuje ich do obrony swojej własności.
- Najśmieszniejsze jest to, że występujemy przeciwko moim braciom zza Uralu – Dodał czarnoskóry.
- Mogłeś odmówić – Zauważył snajper. – Jest taki przywilej…
- Jestem zbyt stary i zbyt doświadczony, by korzystać z tego przywileju. Powszechnie wiadomo, że tacy członkowie GMZ traktowani są jako „Drugi sort”. A takim zawodnikom płaci się mniej.
- Tia… Śmieszna sprawa: Służymy już w GMZ dwadzieścia lat, a to dopiero nasza dziesiąta misja.
- Rankingi nie dają nam wysokich miejsc.
- Pieprzyć rankingi. Liczy się praktyka.
- A co ze sławnym „Odwrotem Taktycznym”, gdy mieliśmy do wyboru czekać na odsiecz ze strony Brytyjczyków lub dać się zarąbać oddziałowi nieumarłych Nehr’zula? – Zapytał kierowca, uśmiechając się mimowolnie.
- Głosowaliśmy solidarnie – Wybełkotał speszony snajper. – Trzy do jednego. Tylko ty, Grer, głosowałeś przeciw. Nawet Major Scamand…
- Major Scamand nie żyje – Warknął Grer. – Tylko dlatego, że ratował twoje półelfie dupsko, gdy ubzdurałeś sobie, że należy tam wracać – Półelf już miał zamiar zripostować, gdy obu skłóconych uciszyła psowata:
- Panowie, wystarczy tych kłótni! – Oznajmiła zdecydowanie. Obaj momentalnie umilkli.
- Tak jest, Pani Podporucznik – Odparł niemrawo Grer, skupiając się na prowadzeniu. Pani Podporucznik westchnęła z pewną rezygnacją. Kilka razy prosiła obu, by mówili do niej per „Cassandra”. Rezygnując na razie z rozmyślań na ten temat, zapatrzyła się w wypalone krajobrazy.

Stare Łajski miały bogatą historię. Wg oficjalnych kronik, prowadzonych jeszcze przez średniowiecznych, zostały założone w trzynastym bądź czternastym wieku. Były one tylko kolejną wsią, zarządzaną przez kolejnego rycerza. Jednakże w roku 1864 Łajski zostały po raz pierwszy wymienione w dokumentach zaborców, okupujących tereny niegdysiejszej Rzeczpospolitej Polskiej. Rok pański 1897 przyniósł ze sobą nieco przemysłu w te strony: Powstała tu Huta Szkła.
Tak jak cała Polska, tak i Łajski cieszyły się ze zbicia zaborców podczas Pierwszej Wojny i odzyskania niepodległości. Radość jednak nie trwała długo. Rok 1939 przyniósł ze sobą zniszczenia i śmierć, wiele bezcennych zabytków zostało startych na pył. Ale i Druga Wojna przeminęła, wraz z nią przeminęły sny szaleńca. Polską – więc także i Łajskami – rządzili nowi szaleńcy. Mniej bezpośredni, równie wyrachowani. I znowu miejscowość ta stała się jedynie kolejną wioską. Z rokiem 1989 ponownie odzyskała pełną autonomię. Do roku 2012 rosła powoli, spokojnie, bez pośpiechu. Odnaleziono na jej terenach wiele śladów po starożytnych: Naczynia, groby, jamy. W roku 2011 na skraju Łajsk postawiono niesławną tarczę antyrakietową, zaś w czerwcu 2012 skorzystano ze szkolnego boiska podczas rozgrywania meczu w fazie grupowej pomiędzy Niemcami a Polską(Wynik 1:1). Potem jednak przyszła Trzecia Wojna… A Łajski znalazły się na linii ognia. Wiele domów zostało zburzonych, wiele istnień oddało za nie swe życia. Pierwsze dwa lata wojny były wypełnione bólem i rozpaczą. Następne trzy były już spokojniejsze: Pokuszono się o odbudowę ważniejszych miejsc, bowiem linia frontu przesunęła się na tereny niegdysiejszych Zachodnich Niemiec. Potem jednak zacięte walki wróciły na te tereny i tytaniczna praca mieszkańców tamtejszych terenów okazała się być nic nie warta. Najbardziej interesujący okazał się być ostatni tydzień walk. Wtedy to sytuacja polityczno-wojskowa była więcej niż skomplikowana: Część nieludzi zawarła rozejmy z ludźmi, część ludzi z pozostałymi nieludźmi, a między tym wszystkim stały bezbronne tłumy, po obu stronach barykady. Łajski nie były w tym przypadku wyjątkiem. Znana była wszem i wobec potwierdzona informacja, jakoby dwójka dzieci wraz ze swym dziadkiem broniła matki osesków, będącej w stanie błogosławionym. Żyjący do tej pory i obecnie zasiadający w Radzie do Spraw Ekonomiczno – Gospodarczych Adeon Falcontet mógł potwierdzić prawdziwość tej plotki, początkowo branej za dość blady przykład propagandy.
„Co ciekawe…”, mówił Falcontet, „cała czwórka deklarowała, że nie opowiada się po żadnej ze stron, tylko odpowiadała, że broniła swojego kawałka ziemi oraz swojej rodziny”. Gdy oddział pod dowództwem Falconteta zawitał pod progi ich sypiącego się już domu, zobaczył kilkanaście trupów przed progiem. Znaki na mundurach ewidentnie wskazywały na przynależność do Frakcji(Mniej więcej w połowie wojny konflikt ludzie kontra nieludzie zamienił się w konflikt ONS kontra Frakcja). Mało brakowało, a jakiś z żołnierzy Adeona poniósłby śmierć przez przypadkowe postrzelenie ze strony obrońców. W środku znajdowało się dwoje dzieci(Dziewczynka i chłopiec), mężczyzna w zaawansowanym już wieku oraz ciężarna. Pod eskortą przetransportowano ich do najbliższego przyczółku… I tam zaczęło się piekło.

- Kapitanie Falcontet – Oznajmił jeden z podwładnych Adeona, o wymyślnym nazwisku Ringrensting, wchodząc do biura przełożonego. Na moment zawahał się, jakby obawiając się, że przeszkadza swojemu odrobinę ekscentrycznemu dowódcy.
Nie ulegało wątpliwości, że Adeon Falcontet zaliczał się do grona osób, używając eufemizmu, dziwnych. Nosił się jak harleyowiec, ułożone w nieładzie, krótkie włosy farbował na wściekle czerwono, w walce używał garłacza, będącego przerobioną rakietnicą, słuchał muzyki klasycznej, a w wolnych chwilach usiłował(Od trzech lat bezskutecznie) przejść drugą część „MegaMana”. Ringrensting miał okazję WIELE razy usłyszeć, jak kapitan drze się co i rusz „Pier*****e lasery!” Całkowicie go rozumiał: Kiedyś miał okazję spróbować tej legendarnej gry. W konkluzji przez następne dwadzieścia godzin siedział przed archaicznym NES-em, wykrzykując „Pier*****e lasery!”, dopóki Adeon osobiście nie wygonił go z biura.
Teraz jednak głowę Falconteta zaprzątały inne sprawy, mianowicie: Rodzina, którą znaleźli w na wpół zrujnowanych Łajskach… Kapitan wskazał Ringrenstingowi krzesło, po czym sam zasiadł na swoim.
- Pan Kapitan wzywał mnie do siebie – Stwierdził żołnierz, starając nie patrzeć Adeonowi w oczy. Kryło się w nich coś nieodgadnionego, coś, co przerażało doświadczonego wojaka.
- Owszem, Kapralu – Odparł Falcontet, bawiąc się czymś, co przypominało zwitek papieru. Przez dłuższą chwilę jeszcze milczał, po czym zdecydował się mówić dalej. – Chodzi o tą rodzinę, którą znaleźliśmy w Łajskach. Potrzebuję sprawnego, doświadczonego kierowcy, który da radę przewieźć dwójkę dzieci, starca i ciężarną do jakiegoś szpitala.
- Kapitan ma na myśli kogoś konkretnego?
- Nie baw się ze mną, Morgan. Jasne, że chodzi o Ciebie. Jesteś moim najlepszym żołnierzem i wspaniałym przyjacielem. Nie myślisz chyba, że powierzyłbym ich komuś nieodpowiedzialnemu?
- Oczywiście, że nie… Kapitanie.
- Jak szybko możesz wyruszyć?
- Choćby i zaraz.
- Świetnie. Sposobiłem ich do drogi od jakiegoś czasu. Będę względem Ciebie zobowiązany – Nim Ringrensting zdążył coś powiedzieć, dało się słyszeć ostry ryk, przypominający nieco ryk młota pneumatycznego, stłumione przekleństwo, wrzask umierającego i dziecięcy krzyk. Obaj mężczyźni wypadli z budynku, by ujrzeć przerażający widok: Na dziedzińcu fortu piekliło się dziwne, przypominające nieco mieszankę jaszczurki, pająka i wielkiego ostrza stworzenie, pastwiąc się nad zwłokami starca Stwór poruszał się na czterech, przypominających włócznie odnożach i przykryty był łuskowatą, brązową skórą. Jego głowa(Albo to, co na nią wyglądało) posiadała przedłużenie, przechodzące w kościane ostrze rozmiarów dwuręcznego miecza. Nieco dalej jeden z żołnierzy powstrzymywał od pobiegnięcia w stronę stwora płaczącą dziewczynkę, zaś pozostali wymierzali w potwora. Żaden nie był skory do pociągnięcia za spust.
- Nie strzelać! – Ryknął Adeon, dobywając pałasza zza pasa. Potwór wydawał nic sobie nie robić z pokrzykiwań mężczyzny, tylko wodził po innych wzrokiem swych małych, żółtych oczu, warcząc skrzekliwie. Ringrensting nie był zaskoczony zachowaniem stwora: Takouba od urodzenia jest głucha, ma za to wyjątkowo wyostrzony wzrok i dotyk. Stojąc na betonowej płycie potrafi wyczuć jadący po szynach kilometr dalej pociąg, a królika wypatrzy z odległości trzech. Taka ilość nowych zapachów dezorientowała ją i dawała chwilę na przegrupowanie. – Morgan, zabieraj dzieciaki i ich matkę, a żywo.
- Wedle rozkazu – Ringrensting zasalutował, okręcił się na pięcie i pobiegł co sił po swój samochód. Takouba zauważyła to. Ryknęła, po czym zaszarżowała na swoich odnóżach. W drogę wszedł jej Adeon, tnąc pałaszem. Bestia odskoczyła i zawarczała, uważnie obserwując adwersarza. Jej instynkt podpowiadał, że to nie jest jego ofiara. Nie ucieka, chce walczyć. Rozum wziął górę: Gdyby próbowała gonić tamtego, jej przeciwnik mógłby chlasnąć ją przez bok. Warknęła ostrzegawczo, chcąc przegonić intruza. Adeon nie przestraszył się. Zamarkował cios. Takouba wyczuła swoją szansę na wyminięcie przeszkody. Zrobiła to samo, co Falcontet: Zamarkowała cios swoim ostrzem. Człowiek odruchowo zasłonił się, co stwór wykorzystał: Zahaczając Adeona pomknął za biegnącym Ringrenstingiem.
- Zastrzelić bydlaka! – Wrzasnął krwawiący mężczyzna, trzymając się za rozorany bok. Żołnierze otworzyli ogień. Większość nadlatujących kul minęła się ze stworem, inne odbiły się od twardej skóry potwora, który teraz był mało pochłonięty tym, że usiłuje się go zastrzelić. Pochłaniał za to instynkt. Instynkt, mówiący głośno i wyraźnie „Szykuje się uczta!”

Ringrensting dopadł swojego jeepa: Dzieciaki i kobieta byli już na swoich miejscach. „Niech cię cholera, Adeon, jeżeli nie jesteś zbyt sprawny…”, pomyślał, wskakując za kierownicę. Dziewczynka wciąż łkała, zaś jej brat ciągle pytał, co się stało. Usłyszeli wściekły ryk takouby.
- Może trochę trząść – Mruknął Morgan, odpalając wysłużony pojazd. Samochód ruszył, ociężale, za wolno. Takouba uczepiła się tylnej szyby. Jej pazury mogły w każdej chwili przebić szybę.
- Z foteli! – Wrzasnął Ringrensting. Dziewczynka posłusznie rzuciła się na tapicerkę, zaś chłopiec zapytał „Po co?” To były jego ostatnie słowa. Pazur takouby przebił jego głowę na wylot, na tyle daleko, by kobieta i Morgan mogli zauważyć trójpalczasty, ociekający krwią i fragmentami mózgu chłopca pazur. Kończyna powoli cofnęła się. Kobieta wrzasnęła przeraźliwie, Ringrensting darował sobie wrzaski i zaczął jechać zygzakiem, usiłując zrzucić z samochodu potwora. Bezskutecznie: Takouba uczepiła się jeepa niczym przyklejona. Morgan wywinął kolejny zygzak, tym razem skuteczny: Potwór odpadł od samochodu. Żołnierz rzucił okiem w lusterko: Takouba goniła ich, choć dystans między nimi relatywnie się zwiększał. Nagle ciężarna zaczęła krzyczeć. Ringrensting połapał się w zamieszaniu: Zaczynały się skurcze przedporodowe. „Och, no świetnie…”, pomyślał, dociskając pedał gazu.
- Hej, mała! – Zapytał. – Żyjesz tam z tyłu?
- Tak, proszę pana. Ale braciszek chyba śpi.
- Eee… Śpi, powiadasz?
- Tak, i chyba boli go głowa – W normalnych okolicznościach Morgan parsknąłby gorzkim śmiechem, ale to nie były normalne okoliczności: Goniła ich wściekła takouba, a on na pokładzie półżywego jeepa miał rodzącą kobietę, małą dziewczynkę i rozbryzgane zwłoki.
Jak na złość, tuż przed miastem, w którym znajdował się szpital, znajdowały się wertepy pierwszej klasy. Teren górzysty, ciężki do przebycia samochodem. Ale nie mieli wyboru, musieli spróbować.
Silnik zacharczał, zaczynały się kłopoty. Takouba szybko skróciła dystans, ale też miała pewne kłopoty z poruszaniem się po skalistym terenie…
Co działo się potem, Ringrensting pamiętał jak przez mgłę. Jedyne, co obijało mu się przez głowę, to bieg, jęki rodzącej, płacz dziewczynki oraz ryk takouby. Nie było możliwości, by dali radę uciec ostrzogłowemu potworowi. Przeczucia starego żołnierza sprawdziły się – Bestia zastąpiła im drogę, po czym machnęła bronią. Morgan jakoś wyminął uderzenie wraz z kobietą, dziewczynka miała mniej szczęścia. Co prawda, ostrze ledwo ją drasnęło, ale szrama robiła wrażenie: Zaczynała się przy lewym uchu, przechodziła przez usta i kończyła na drugim końcu twarzy. Dziewczynka krzyknęła z bólu i osunęła się na ziemię. Takouba zamierzyła się pazurami na bezbronną ofiarę. Morgan nie miał wiele czasu na kombinowanie. Rzucił się na stwora bez broni, próbując odciągnąć jego uwagę. Bestia warknęła wściekle, próbując zrzucić z siebie natrętnego człowieka. Dziewczynka tymczasem zataczając się, wzięła swoją mamę pod ramię i obie ruszyły powoli w stronę jaśniejącego na horyzoncie budynku szpitala. Ktoś tam wybiegł im na spotkanie mniej więcej w połowie drogi. Wtedy usłyszały odgłos przecinanego ciała i krzyk bólu. Ringrensting poświęcił się, by one mogły spokojnie dotrzeć do celu. Takouba nie biegła za nimi, w spokoju zadowoliła się otrzymanym – może nieco żylastym – posiłkiem.
Niestety, wyprawa nie zakończyła się szczęśliwie: Matka zmarła podczas porodu razem z dzieckiem, w ranę dziewczynki zaś wdała się infekcja. Ogólnie rzecz biorąc, szrama stanowiła fenomen: Nie było jeszcze nikogo, kto przeżył atak ostrzem takouby. Wobec zaistniałej sytuacji, zdecydowano wprowadzić dziewczynę w śpiączkę i wyleczyć bezboleśnie…

Tydzień później wojna się skończyła. Łajski zaczęły na powrót zyskiwać mieszkańców, aż w końcu osiem lat później najazdy łupieżcze Orków zza Uralu finalnie wymazały to miejsce z map. Teraz był czas na postawienie nowych, lepszych Łajsk.
Ale Bonhart miał to gdzieś.
Nie interesowało go to, że został wynajęty przez Radę do Spraw Jakichśtam. Nie interesowało go, że znajduje się tutaj prawdziwa żyła Osmium oraz to, że będzie tu mieszkać ponad tysiąc osób.
Interesowały go tylko dwie rzeczy: Zapłata i zabijanie…
_________________
Your hope ends here... And your meaningless existence with it!
 
 
 
Fergard 
Rycerz piekieł
Już nie emo półdemon



Wiek: 24
Dołączył: 31 Maj 2009
Posty: 188
Skąd: Czy to ważne?
Wysłany: 2010-06-06, 18:58   

Ośmielony pozytywnym komentarzem wypluwam do was kolejne dwa rozdziały mojej "tfurczości". Enjoy.

Rozdział 3

- Jesteśmy na miejscu, panie i panowie! – Oznajmił Grer, gasząc silnik Caterhama.
Istotnie, znajdowali się w miejscu, gdzie miały stanąć Nowe Łajski. Dokładnie na gruzach starych.
Póki co nie była to zbyt ciekawie wyglądająca lokacja: Wyglądało to tak, jakby próbowano budować wszystko naraz, bez specjalnego skupiania się na konkretnym obiekcie. Tu coś wyglądało na gotowe, tam ledwo postawiono fundamenty. Ludzie i nieludzie krzątali się przy placykach, usiłując coś postawić, jak widać bezskutecznie.
- Wiem, że dacie radę. Litości, wystarczy współpracować! Ach, kogo ja chcę oszukać… - Mamrotał pod nosem ktoś, kto chyba usiłował nazywać siebie „Naczelnym architektem”. Najemnicy rzucili na niego okiem: Mężczyzna miał krótko ostrzyżone brązowe włosy, był raczej dość niski(Na oko metr siedemdziesiąt), nosił brązowy bezrękawnik przylegający do ciała, jeansy oraz wysłużone adidasy. Przez plecy miał przewieszoną katanę.
- TO są ci budowlańcy? – Parsknął półelf niedyskretnie.
- Stul dziób, Saeros – Warknął Grer z udawaną złością. Tymczasem Cassandra darowała sobie przekomarzanie się z partnerami i podeszła do „architekta”. Ten chyba usłyszał kroki, bowiem odwrócił się. Teraz Pani Podporucznik mogła przyjrzeć mu się dokładniej. Mężczyzna miał okrągłą, rumianą twarz i zielone oczy.
- Mam przyjemność z nadzorcą budowy? – Zapytała Cassandra grzecznie.
- Pani pozwoli spytać, z kim mam przyjemność…? – Odparł równie grzecznie mężczyzna.
- Podporucznik Cassandra Alexis Varena, wysłana z GMZ celem ochrony osób odpowiedzialnych za wznoszenie Nowych Łajsk oraz cywili – Oznajmiła głosem służbistki psowata.
- Marcus Aftermath – Podali sobie ręce. – Jak Pani widzi, nie zaliczam się do specjalnie utalentowanych nadzorców… Wciąż czekamy na specjalistę.
- Czekacie? To znaczy, że jeszcze się nie pojawił?
- Niestety. Mamy za to w nadmiarze najemników. Wy, jeden gość, którego imienia nie pamiętam, no i Bonhart…
- Bonhart – Powtórzyła za Marcusem Cassandra, mrugając parę razy.
- Ano tak. Z tego, co słyszałem z rozmowy Pana Widelfortza oraz wyżej wymienianego, „Nada się Pan idealnie do tej roboty”. Nie mam tylko pojęcia, o co mu mogło chodzić…
- Ja chyba wiem… I wcale mi się to nie podoba… - Odparła zamyślona psowata.
- Może Panią oprowadzić?
- Chętnie. Nie będzie Pan miał nic przeciwko, jeżeli zabiorę ze sobą podwładnych, prawda?
- Oczywiście, że nie. Powinni wiedzieć, jak się poruszać, gdyby nadeszło niebezpieczeństwo – Cassandra skinęła na przekomarzających się Grera i Saerosa. Obaj posłusznie ruszyli za nią. Szczęśliwie ich przewodnik całkiem nieźle orientował się, dokąd powinni pójść.
- Tutaj znajduje się wieżyczka przeciwpancerna. Tam jest kantyna, można przetrącić co nieco. No, a tutaj wasze kwatery – Cassandra przetarła oczy z niedowierzania: „Kwatery” były… Porządne. Mianowicie najemnicy mieli do czynienia z niewielkim, ale całkiem nieźle wyglądającym domkiem parterowym. Budynek był szeroki, choć niski, zbudowany z cegły. Jedno z okien było wybite.
- Załatwiliśmy wam jeden z najlepszych domków – Mruknął Marcus. – Nie jest to wiele, ale…
- Przyjemna odmiana po dwóch latach spania w śpiworach – Zauważył Grer. – Ok, ale odpoczniemy sobie później. Może potrzebujecie pomocy przy budowie? Coś tam nietęgo wam szło.
- Przyda się każda para rąk – Odparł Aftermath, ruszając w stronę rusztowań. – Wreszcie, przyjechali! – Cassandra rzuciła okiem. Faktycznie, na teren Nowych Łajsk wtoczył się niewielki, niemalże kompaktowy van. Był szary i toczył się niczym sflaczała opona.
- Honda Life Step Van – Stwierdził Saeros, wychodzący zza węgła. – Nigdy nie sądziłem, że zobaczę coś takiego toczącego się po bezdrożach, dodatkowo wyładowane robolami.
- Przyjrzyj się jej dokładniej – Odparł Grer. Półelf usłuchał i jakby posmutniał: Opony vana były nabijane niewielkimi kolcami, zaś z sufitu maszyny wystawały wielkie, żelazne rury. – To cacko może mieć nawet dwieście koni. – Saeros zaczął mamrotać coś o „wymądrzających się orkach”, ucichł jednak pod spojrzeniem Cassandry. Tymczasem z samochodu wyskoczył jakiś bliżej niezidentyfikowany osobnik. Miał na sobie czerwoną koszulę z kołnierzykiem, przykrytą brązowym fartuchem, brązowe spodnie z ochraniaczami na kolana, jedną z rąk w gumowej, pomarańczowej rękawicy, kalosze na nogach, wreszcie ciemne okulary i plastikowy kask na głowie. Był mniej więcej tego samego wzrostu, co Marcus. W drugiej ręce trzymał klucz francuski, za pas miał zaś zatkniętą strzelbę.
- Ktoś wzywał Inżyniera z prawdziwego zdarzenia? – Zapytał, podrzucając kluczem. Z vanu wygramoliło się jeszcze trzech innych, podobnie ubranych, co Inżynier. – Tak jak chciał Pan Widelfortz, tak się pojawiliśmy, gotowi do budowlanki.
- Świetnie, żeście się w końcu pojawili – Odparł Marcus z autentyczną szczerością w głosie.
- Bylibyśmy szybciej, ale jakiś baran zablokował nam drogę i trzeba go było nakłonić do… usunięcia się – Mężczyzna uśmiechnął się. – Ok, więc co tu trzeba zrobić? – Jeden z jego towarzyszy wyciągnął listę z kieszeni.
- Ufortyfikować miejscowość, postawić kilka budynków użyteczności publicznej, których brakuje, zadbać o wznowienie poboru Osmium ze złoża oraz otworzyć kopalnię w miejscu wskazanym przez Pana Widelfortza.
- Dodałbym jeszcze jeden element, panowie – Odezwał się ktoś. – Przeżycie. – Wszyscy jak na komendę odwrócili się w stronę głosu. Cassandra zmrużyła oczy.
Głos należał do niezwykle wysokiego, chudego jak szczapa mężczyzny. Miał on siwe, sięgające do żuchwy włosy, białych i długich wąsach oraz… oczy. Pozbawione rzęs, bez brwi, przypominające nieco oczy ryby, dwa jądra ciemności zatopione w oczodołach. Na sobie miał luźną, płócienną koszulę, skórzane spodnie przepasane paskiem ze złotą klamrą, wysokie buty z żelaznymi okuciami oraz pozbawione palców rękawiczki. Do pasa przytroczony miał długi miecz, wyglądający na elfią robotę.
Przed zebranymi stał nie kto inny, jak Leo Bonhart.

Cassandra była zaskoczona, widząc tego niesławnego(Bądź sławnego, zależnie od punktu widzenia) łowcę nagród tutaj. Nie chodziło o to, że Bonhart brał udział w rzezi orków, organizowanej przez Widelfortza: On sam odnosił się neutralnie do nieludzi. Bardziej chodziło o długość życia Bonharta, bowiem on sam zarzekał się, że za rok skończy… równo dziewięćset pięćdziesiąt lat. Cassandra nie znała żadnego człowieka, który mógłby żyć tak długo.
Prawdę mówiąc, nie znała NIKOGO, kto mógłby żyć tak długo.
Sam łowca nagród wyglądał na około pięć dziesiątek, ale psowata wiedziała, że to zmyłka: Bonhart był i wciąż jest jednym z najbardziej utalentowanych szermierzy, jakich Ziemia nosiła. W bezpośrednim starciu z Bonhartem nie wytrzymałaby pewnie nawet minuty. Pozostawało jej dziękować w duchu, że stoją po jednej stronie.

Czemu właściwie zgodził się na tą robotę? Bonhart nie chciał odpowiadać na to pytanie.
Był łowcą głów, nie najemnikiem zajmującym się ochroną. Nie ulegało jednak wątpliwości, że jego kunszt szermierczy z pewnością przyda się do obrony przed najazdami. Zapłata była sowita, wreszcie było dużo okazji do zabijania wściekłych barbarzyńców spod Uralu.
Bonhart nie chciał tej roboty. Miał pewne standardy. Do tych standardów zaliczał się między innymi profesjonalizm. Bonhart nie przepadał za szlachtowaniem niewyszkolonych przeciwników, preferował charakterników, którzy mogliby wytrzymać z nim choć minutę. Szczególnie gdy charakterników było kilku. Były takie grupy, ścinane niczym zboże podczas sianokosów przez Bonhartowy miecz: Szczury, Piątka Chaosu, Wysiedleńcy…
Tutaj mieli do czynienia z barbarzyńcami, polegającymi na brutalnej sile i prawdopodobnie nie zniżającej się do noszenia pancerza. Być może znalazłby się jakiś mądrzejszy szermierz, ale Bonhart bardzo w to wątpił. Czemu więc się zgodził? Przyczyna była prosta.
Widelfortz mógł zabić go ponownie. Skinieniem zamienić go w popiół, którym powinien być od dobrych kilkuset lat. Bonhart bowiem raz trafił na lepszego od siebie… I umarł.
Ktoś dał mu szansę. Wskrzesił ledwo po jego śmierci, nim trup łowcy nagród zdążył ostygnąć. Bonhart nie był nieumarłym, bezmyślnym zombi, wampirem czy zjawą.
Był człowiekiem. Wskrzeszonym.
Oczywiście, początkowo naśmiewał się z niepozornie wyglądającego arystokraty, mina mu jednak zrzedła, gdy Widelfortz machnięciem ręki zamienił jego nogę w kość. Spróchniałą, w strzępach… Taką, jaka powinna być teraz. A potem postawił ultimatum: Zgodzi się lub zniknie. Bonhart nie lękał się śmierci, czarnej magii czy czarowników.
Mimo to zgodził się.
Oficjalnie działał na zasadach przeciętnego najemnika: Pracował na swoje wynagrodzenie, wykonując powierzoną mu pracę. Musiał kooperować z wojownikami przydzielonymi przez GMZ, a także jednym wolnym strzelcem i za cenę życia ochraniać cywili bądź budowlańców.
Każda oznaka niesubordynacji była karana. Surowo: Bonhart zdążył się o tym przekonać. Mimo to łowca głów postawił sobie za cel powieszenie łba Widelfortza na ścianie. Niestety, chwilowo był zmuszony współpracować z pozostałymi.
Bonhart nie przepadał za współpracą.

- Z pewnością, panie… - Inżynier ukłonił się lekko.
- Bonhart. A wy – Zwrócił się do GMZ – owców. – Wy zostaliście przysłani celem dydaktycznym? Żeby uczyć się od profesjonalistów? – Saeros zauważył, że łowca głów zaakcentował nieznacznie ostatnie słowo.
- Taki z Ciebie profesjonalista, jak z nas baletnice – Warknął nieprzyjemnie Grer. Oczy Bonharta błysnęły, ale on sam nawet nie drgnął.
- Nie spodziewałem się, że zobaczę orka wśród ludzi – Odparł powoli, siląc się na chłodną uprzejmość. – Dodatkowo mutanta. Czyżby zdrajca krwi, odepchnięty ze względu na swoją odmienność?
- Miarkuj słowa, rybiooki! – Warknął czarnoskóry ork, startując do łowcy głów. Nikt nawet nie zdążył zareagować, a koniec miecza Bonharta był przy szyi Grera.
- Normalnie mógłbym zabić cię jednym ruchem… - Wycedził, opuszczając broń. – Ale skoro mamy współpracować, niestosownym byłoby upuszczać Ci krwi.
- Nie wspominając o tym, jakie niezdrowe by to było – Dodał Marcus, siląc się na nędzny żart mający zapewne rozładować atmosferę. Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, zebranych dobiegł rozgorączkowany głos Inżyniera:
- Mamy towarzystwo! – Istotnie, chwilę po Inżynierze odezwał się bęben bongo, głośnością narastający z każdą chwilą. Zebrani ruszyli w stronę głównej bramy, każdy w swoim tempie: GMZ-owcy i Marcus truchtem, Bonhart kroczkiem spacerowym.

Sun był gotowy do wojaczki. Zmiecenie z powierzchni Strefy Poległych tego małego miasteczka pełnego aroganckich ludzi? To nie było nawet wyzwanie. Bractwa Hordy nie zamierzały tolerować obecności ludzi, szczególnie że dziesięć lat temu został podpisany pakt, który głośno i wyraźnie mówił, iż wschodnia część Europy(Odgradzana Wisłą) należy się Bractwom Hordy. ONS NIE MIAŁO prawa stawiać tutaj jakiejkolwiek manufaktury bądź zabudowań większych od pojedynczych. A tutaj nagle znikąd pojawia się ufortyfikowane miasteczko, do tego z kopalniami Osmium pod bokiem! Sun zamierzał zetrzeć miasto na pył, wraz ze wszystkim, co kroczyło, pełzało bądź znajdowało się wewnątrz.
Szczęśliwie oprócz tępych wojaków wykonujących rozkazy, za Sunem podążał ktoś jeszcze. Był to jego nauczyciel, przyjaciel jego ojca – wodza Hordy, troll imieniem Tzu. Tzu nie był w ciemię bity i z łatwością hamował różnorakie głupie pomysły Suna, między innymi sugestię wyruszenia na krucjatę przeciw ludzkości. Teraz jednak argumenty były po stronie młodego i zapalczywego orka: Faktycznie, ludzie postawili swoją osadę wbrew postanowieniom traktatu. Ale Tzu nie był na tyle głupi, by nie przypuszczać, że tak to się skończy: Traktat podpisywany był przez Edgara Leona Widelfortza, jedną z największych szumowin i męt chodzących po świecie. Nikt z ważniejszych osobistości po stronie ONS nie wiedział, że to właśnie Widelfortz stawił się na podpisanie traktatu. „Teraz, jeżeli nie uda mi się odwieźć Suna od ataku na osadę, Widelfortz będzie miał oficjalny pretekst, by wypowiedzieć nam otwartą wojnę…”, rozmyślał troll, jeżdżąc palcem po swoim kle. „Orczyce straszą Widelfortzem swe dzieci… Nic dziwnego, biorąc pod uwagę piekło, jakie zgotował tamtym mniejszościom…”, pomyślał, mrużąc oczy. Sun, mimo iż w gorącej wodzie kąpany, był jednak orkiem honoru. Swe przybycie oznajmił donośnym brzmieniem bębna bongo, zaś do swego sztandaru – Krowiej czaszki na szkarłatnym tle – doczepione miał kilka zielonych gałęzi. Nie zamierzał atakować bez ostrzeżenia. Przynajmniej na razie.

Rozdział 4

- Misja dyplomatyczna – Oznajmił po krótkiej chwili Saeros, odkładając lornetkę. – Do sztandaru mają doczepione zielsko.
- Ilu ich jest? – Zapytał Marcus z pewnym niepokojem.
- Dwudziestu orków, każdy uzbrojony do walki w zwarciu. Jeden troll, jedzie po prawicy ich przywódcy. Wygląda na szamana, ale głowy nie dam. No i główny ork. Przywódca, źle mu z ocząt patrzy. Przy pasie ma jakąś strzelbę.
- Dokładniej rzecz ujmując, niewielkie zagrożenie? – Upewniła się Cassandra.
- To zależy. Jeżeli ich do siebie dopuścimy, to może być z nami krucho.
- Nie zaatakują – Oznajmił nagle Grer. Marcus, Bonhart i Inżynier zmierzyli go podejrzliwymi spojrzeniami.
- A skąd ta suplika? – Zapytał powoli łowca głów.
- Znam tego gościa. To Sun Twardy Łeb. Może odrobinkę przygłupi, ale honorowy jak diabli.
- Dziwne, bardzo dziwne. Najpierw przyjeżdżają najemnicy z GMZ. Zrządzeniem losu jeden z nich jest orkiem. Ale nie koniec na tym. Ledwo ci najemnicy zdążyli się zadomowić, znikąd pojawia się grupka uderzeniowa, złożona w przeważającej większości z orków.
- A skąd ta suplika? – Warknął Grer, opuszczając dłoń na rękojeść topora.
- Panowie, sądzę, że kłótnia naprawdę w niczym nam nie pomoże – Marcus po raz kolejny spróbował załagodzić sytuację. – Póki nie ma zagrożenia z ich strony, skupmy się raczej na tym, czego mogą chcieć.
- Póki co schowajmy broń – Zadecydowała Cassandra, wsuwając rapier z powrotem do pochwy. Wszyscy(Nie wyłączając Bonharta) schowali broń.
- A gdzie jest ten drugi najemnik? – Zapytał Inżynier, nieco zaniepokojony zaistniałą sytuacją. Orkowi parlamentariusze zbliżyli się na tyle, by Cassandra mogła im się dokładniej przyjrzeć.
Cała dwudziestka to były chłopy na schwał. Ich skóra była wręcz przebita potężnymi mięśniami, przy czym każdy z nich miał co najmniej dwa metry wzrostu. Każdy z nich miał na sobie skórzany pancerz, bardziej do dekoracji niż ochrony. Każdy miał obosieczny topór przy pasie, każdy wyglądał na takiego, co z toporem w ręku się urodził. Ich przywódca był nieco mniejszy od swojej świty, ale lepiej uzbrojony i opancerzony. Dodatkowo przy boku miał trolla, noszącego na sobie szatę w kolorze ziemi i z kosturem w ręce.
Cassandra nie wiedziała o szamańskiej magii więcej niż tyle, że potrafi siać spustoszenie bądź czynić cuda – zależnie od tego, kto się nią posługuje. Teraz jednak, czując silną energię emanującą z doradcy herszta, włosy zjeżyły jej się na głowie.

Sun zmierzył wzrokiem komitet powitalny, który wyszedł im na spotkanie. Dwójkę z nich już znał, byli tu wcześniej: Chudy olbrzym, być może niedożywiony i niski półogr oraz ten bardziej ludzki, z kataną na plecach. Pozostałej czwórki nie potrafił skojarzyć: Psowata, długouch z rozcieńczoną krwią, czarny brat oraz inny człowiek, skryty za czymś, co miało być pewnie pancerzem, a wyglądało na zbiór śmieci ze złomowiska Starego Crusha. Rzucił im nieprzychylne spojrzenie, także orkowi: Będzie się musiał gęsto tłumaczyć.
- Chcę rozmawiać z wodzem tej osady – Oznajmił władczym głosem, przyjmując groźną pozę. Przed jego oblicze wyszedł człowiek z kataną na plecach.
- Wychodzi na to, że ja nim jestem – Odparł. – Czym mogę służyć?
- Szybkim wyniesieniem się – Zapadła cisza. Tzu ukrył twarz w dłoni: Sun nie powinien tak zaczynać.
- Przepraszam… Chyba nie dosłyszałem… - Odparł powoli wódz osady, oglądając się za siebie. Półogr już mierzył miecz w dłoni.
- Więc powtórzę – Warknął Sun, wychodząc przed szereg. – Złamaliście reguły, które sami zawarliście, parszywe pięknisie z ONS! – W szeregach wroga zapanowała konsternacja. Psowata, długouch i ork oglądali się na siebie nerwowo, złomiarz zaczął mamrotać pod nosem coś, co brzmiało jak „O Panie, w co ja się wpakowałem…”, zaś na twarzy ich wodza pojawiło się nieme pytanie. Półogr bez słowa dotknął mieczem ziemi. Wyglądało na to, że jest gotowy do walki i że wie, o czym mowa. – Wysłany przez was przedstawiciel obiecywał solennie, ba! – zarzekał się na łono swojej matki, iż ONS i Bractwa Hordy utrzymają pokój na mocy tych postanowień! Teraz się okazuje, że wasze obietnice są gówno warte!
- Nie chcę przerywać tego ekscytującego monologu, ale… - Zaczął ostrożnie wódz. Sun puścił jego prośbę mimo uszu.
- I jeszcze w żywe oczy mi kłamią, że nie wiedzą, o co biega! Takiej zniewagi nie popuszczę, słyszycie? Nie popuszczę! – Ork zaczął powoli się uspokajać. – Wy, wasze kobiety, dzieci, cały ten majdan, który macie ze sobą… Do zachodu słońca ma tu pozostać tylko ta bielica!
- A co, gdybym Ci teraz poderżnął zielone gardziołko, hm? – Zasyczał półogr, podnosząc miecz.
- Wtedy nim mój trup zdąży ostygnąć, z tego miasta i jego mieszkańców nie pozostanie nic! NIC!!! – Natychmiast poczuł zimne żelazo przy szyi. Zaskakujące, celującym nie był półogr, tylko wódz tej dziwnej, ludzkiej osady, do tej pory sprawiający wrażenie zdezorientowanego.
- Czy to groźba? – Zapytał z kamienną twarzą. Jego lewa ręka… zapłonęła ogniem?
- Zabierz to żelastwo sprzed jego szyi. Błagam… - Poprosił złomiarz. Wódz posłuchał go i odsunął perspektywę śmierci od Suna.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz – Oznajmił spokojnie. – Wiedz jedno. Nie zrobiliśmy niczego złego i nie mamy pojęcia o polityce wielkosalonowej. Kopalnie Osmium nie mają tu nic do rzeczy. Stanie tu co prawda ufortyfikowane miasto, ale miasto, nie twierdza. Rekompensata dla istot i ich rodzin, które straciły swe domy podczas Trzeciej Wojny. To ma być schronienie. Jeżeli zaatakujecie, będziemy się bronić!
- Więc nie zamierzacie składać broni… - Odezwał się nagle Tzu. – Będziemy chyba musieli sięgnąć po tradycyjne środki.
- „Tradycyjne”? – Powtórzył wódz osady, ponownie dobywając katany.
- Ach, nie miałem na myśli walki. Przynajmniej nie zwyczajnej – Troll uśmiechnął się pojednawczo. – W dawnych czasach, gdy ktoś przez przypadek robił coś, o czym nie wiedział, że jest zabronione, dawano mu szansę.
- To znaczy…?
- Jeżeli wytrzymacie ataki Bractwa Hordy przez trzy dni od zachodu słońca, wstrzymamy szturmy na tą osadę i pozwolimy jej żyć w pokoju.
- Co?! – Zdziwił się Sun.
- Nie możesz zaprzeczyć, oni nie wiedzieli o machlojkach Widelfortza – Odparł spokojnie szaman, kątem oka mierząc zebranych. Psowata, długouch i ork byli ewidentnie zaniepokojeni takim obrotem sytuacji, złomiarz modlił się do swojego boga, wódz zmrużył oczy. Jedynie półogr nie wyglądał na zdziwionego, co nie zaskoczyło Tzu. Stary troll wiedział o kontrakcie pomiędzy Widelfortzem a Bonhartem, mimo to postanowił na razie go nie zdradzać.
- Cóż… Chyba możemy tak zrobić… - Mruknął Sun. – Jednakże niech to się tyczy obu stron. Jeżeli uda im się przetrzymać ataki, niech oni nie atakują nas.
- Tak będzie – Odparł wódz, chowając swą broń. – My tymczasem musimy obgadać z panem Widelfortzem szczegóły planu rozbudowy. Do następnego spotkania, mam nadzieję, że nie na polu bitwy – Sun ukłonił się lekko, po czym dał sygnał wojownikom. Odwrócili się i odeszli. „Zobaczymy, czy są na tyle silni, by obronić swoją niewinność…”, pomyślał, rzucając jeszcze przelotne spojrzenie na osadę.

- Domagam się wyjaśnień – Powiedział bardzo niezadowolony z obrotu spraw Marcus, wpatrując się w hologram Widelfortza, widowiskowo zdziwionego wiadomościami przekazanymi przez Aftermatha. W pokoju byli tylko oni.
- To oczywiste: Zostaliście oszukani przez tego wilka w owczej skórze – Odparł bez wahania szlachcic.
- Ciekawe rzeczy opowiadał nam ten wilk. Najważniejsze jest to, że według jego słów, te tereny nie są dla nas dostępne. Co ciekawsze, troll mówił, że to PAN podpisywał traktat głoszący o nienaruszalności granic.
- Bzdura! – Oburzył się Widelfortz. – Jestem ostatnią osobą, która poszłaby na rozmowy dyplomatyczne z nieludźmi!
- A jaką mogę mieć pewność?
- Zapytaj Bonharta. Tak się składa, że może potwierdzić, iż robiłem coś innego – Hologram przez chwilę milczał. – Pojawię się tutaj jutro, by osobiście sprawdzić, jak radzą sobie najemnicy, których wynająłem. Co może Pan o nich teraz powiedzieć?
- Nie mieli jeszcze okazji, by się sprawdzić. Mam nadzieję, że rozlew krwi ograniczy się do minimum.
- Mam nadzieję, że rozlew waszej krwi faktycznie ograniczy się do minimum. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę z sytuacji?
- Nie bardzo rozumiem.
- Wszyscy nieludzie – nie licząc tych z nami sprzymierzonych – na chwilę obecną są naszymi wrogami.
- Naszymi?
- Owszem, naszymi. Był to bowiem twój pomysł, by założyć tą wieś tuż obok wściekłych orków i strefy B. Gdyby nie złoża Osmium w pobliżu, prawdopodobnie nigdy byś nie zyskał swoich Łajsk – Marcus starał się zachować spokój, jednakże przychodziło mu to z najwyższym trudem. – Do zobaczenia jutro po południu. – Połączenie zostało przerwane. Aftermath opadł na krzesło. Czy tak dużo wymagał? Chciał tylko postawić z powrotem Łajski. Miejscowość, z której się wywodził. Pełną ciepłych wspomnień… Odchodzących w przeszłość.
Jutro czekał ich ciężki dzień.
_________________
Your hope ends here... And your meaningless existence with it!
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   

Podobne Tematy
 
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
theme by michaczos.net & UnholyTeam
Tajemnice Antagarichu :: Heroes of Might & Magic 1,2,3,4,5,6 Forum