Forum Disciples, Disciples 3
Najlepsze forum poświęcone rewelacyjnej serii gry Disciples

Brama - Brama

Pyriel - 2007-01-03, 15:39
Temat postu: Brama
Stajesz przed murami miasta i słyszysz gwar wydostający się ze znajdującej się tuż za bramą tawerny.
- Kim jesteś wędrowcze i cóż sprowadza Cię do mego miasta.
-Twego?? -odpowiadasz
Widząc tego starca siedzącego na gołej ziemi opartego plecami o mur. Starzec siedział patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem i nawet na chwilę nie skierował go na ciebie. Wyglądał jak martwy, przeczyły temu jedynie słowa i dłoń raz zaciskająca to rozluźniająca uścisk na rękojeści miecza.
Twego miasta - myślisz - wątpie byś potrafił władać chociaż tym mieczem.
Nim ta myśl opuściła Twą głowe zdążyłeś poczuć zimno stali ostrza kontrastujące z ciepłem Twej własnej krwi. W jednej cwili zrozumiałeś jak bardzo pozory mogą mylić, i że twa głowa wcale nie jest tam mocno uczepiona szyi oraz jak łatwo możesz ją stracić.
- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?

Pyriel - 2007-02-14, 12:37

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-Przepuść mnie starcze.
Strażnik przycisnął mocniej ostrze do szyi przybysza i zamarł. posoka wypływająca z ranytylko pozornie był krwią, spływając powoli po klindze miecza zaczęła się pienić i wżerać w nią niczym kwas. Obcy złapał ręką ostrze rozcinając ją i dokańczając dzieła zniszczenia miecza zalewając go swą krwią.
-Potępiony?!-powiedział do siebie starzec . Nie wydawał się przestraszony, a nawet ździwiony, jego twarz wyrażała tylko jedno: nie można mnie zaskoczyć ae ja Ciebie...
-Chcesz znać moją historię? Słuchaj więc.
Jestem... byłem dumnym Elfem, nie jakimś pajacem biegającym po lasach z patykiem w ręce lecz prawdziwym silnym Drovem. Jednym z niewielu prawdziwych mrocznych, a nie kukiełek stworzonych przez Mortis. Po rozbiciu mego klanu podczas walki Araela i Tha'emala... tak wiem, nie wiesz o czym mówie było to bowiem daleko z tąd, rzekłbym nawet w innym świecie. Wielka bitwa, ostateczna walka nocy i dnia, mroku i jasmości dwojga bogów, braci.
Widziałem coś czego nie można opisać, coś czego nie wolno widzieć śmiertelnym. Ujżałem umierającego boga.
Potem gdy się ocknolem leżałem w lesie, miejscu którego nie pamiętałem w którym nigdy nie byłem. Włucząc se natrafiłem na oddział Elfów. nadal miałem swoją broń więc postanowiłem podzielić los swego boga, uprzedzono mnie jednak, oddział został zaatakowany przez krasnoludy. Odparto ich ja jednak przybadkiem zostałem trafiony bełtem. Obudziłem się gdy opatrywała mnie piekna Sylfida Ma'ene. Zmierzali połączyc się z armią by zaatakować miasto ludzi Temperance.
Tak to była pi ękna masakra, poraz pierwszy widziałem ludzi. Słabe przerażone istoty, które tak łatwo zabić.
Miałeś tam może rodzine starcze?-
zapytał smiechając się pokazując szreg równych zębów z wyraźnie zaznaczonymi kłami.
Starzec nawet nie zmienił wyrazu twarzy, nadal kierował wzrok na poszczerbiony miecz i przesuwał palcem po klindze t w góre to w dół.
- W każdym razie poniosło mnie gdy wraz z dwoma towarzyszami wtargnelismy do głównej świątyni miasta. Zobaczyłem tam modlącą się kapłanke młodą i piękna, mówiłem do niej jednak ona nie odpowiadała. denerwowało mnie to, nie czułem od niej strachu lecz moc.
Byłą silna nie to co inni ludzie miałe moc, moc od jej boga, którego ja nie miałem. Chwyciłem ją i rzyciłem na ołtarz w taki sposób iż jej klatkę piersiową przekił stojacy na nim krzyż. Krew na ołtarzu poświęconym życiu wystąpiłem przeciw największemu z waszych bogów i zostałem przez niego wyklęty. Żyłem nie sięgała mie więc moc Mortis, a sowa Galleana przypominał mi troche Tha'emala jednak ten bóg był szalony i nie był tym który mnie stworzył.
Myślałem że jestem sam, myliłem sie. Czyn którego się dopuściłem zwrócił na mnie uwagę innego boga. Podobnego mi, wyklętego Bethrezena. Powoli nasycał mnie swą mocą i przemieniał przemieniajac w to czym teraz jestem. Nie czuje strachu ani bólu, nie mam sumienia i nie mogę umrzeć.
Jak myślisz starcze to kara czy nagroda??

Starzec przestał jeździć palcem po klindze i spojrzał na przybysza
-Ena ela anur ke'a
Miecz rozbłysnął błękitnym śwatłem króre oprzygasając odsłoniło błyszczące pozbawione najmniejszej rysy ostrze.
-Przekleństwa stają się błogostwieństwami, a błogosławieństwa przeklęstwami. Wszystko osądzi czas- mówiąc to schował miecz do pochwy jednocześnie przepuszczając przybysza.
-Kim więc jesteś Drovem czy demonem?
-Jestem Pyriel jeden z czterech, którzy- resztę wypowiedzi zagłuszył chałas dochdzący z otwartych drzwi karczmy, przez które przed chwilą wyrzucono pijanego krasnoluda.
Starzec jednak usłyszał. Wyraz jego twarzy cały czas nieruchomy przybrał bardzo nieprzyjemny wyraz.
(...)

Bao Dur - 2007-02-15, 09:42

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Czy naprawdę tego chcesz starcze? Możesz tego nie zrozumieć...
- Wiele już widziałem i słyszałem, niewiele jest już rzeczy, które mogą mnie zadziwić.
- Jak tak bardzo nalegasz...
Zacznę krótko od siebie... Jestem adeptem klasztoru ShaoLin. Nie żadnym łysym mnichem, który musi czyścić obory swym owieczkom... o nie... byłem na nauce u jednego z tamtejszych mistrzów walk. Wszystko szło w najlepsze, dni mijały szybko lecz wtedy... nastąpiła katastrofa. jak wiesz starcze klasztory budowane są w niedostępnych dla zwykłych śmiertelników górach. I właśnie tego dnia było trzęsienie ziemi. Jednak nie to jest przyczyną tej tragedii. Owe trzęsienie doprowadziło to do kilku przesunięć tektonicznych gór, zniszczenia niektórych jaskiń oraz spowodowało zawalenie się jednej strony murów klasztornych. Z jednego nowo powstałego przejścia wyskoczyło kilkanaście wielkich, dzikich Olbrzymów Górskich. Wykorzystali oni dziurę w murze i wdarli się na dziedziniec. Wielki Mistrz Klasztoru, wraz z oddziałem, szybko przeszedł do natarcia. Cóż to była za krwawa walka... walczyliśmy dzielnie i do końca. Na miejsce jednego zabitego olbrzyma pojawiało się dwóch... sam już nie wiem ilu ich zabiłem... pięciu?...lecz nic nie moze trwać wiecznie i Olbrzymy widząc, że nie uda im się przebić, porwali ciała swych zabitych towarzyszy i zaczęli uciekać... bitwa skończona, wygraliśmi... ale czy na pewno? Poległo wielu moich przyjaciół, w tym mój... mistrz. Nie wiem czy rozumiesz to starcze, ale między uczniem a nauczycielem rodzi się nierozerwalna więź. Później dowiedziałem się, że to on zabił króla Olbrzymów i to też przeważyło na naszą korzyść. Wykonując jego ostatnią wolę udałem się z misją zwiadowczą do tej krainy - Nevendaar. Moim celem jest rozpoznać jaka sytuacja tu panuje i jakie są stosunki między rasami. Do tego miasta zawitałem z powodu noclegu - w lesie o tej porze nie jest już bezpiecznie. Czy pozwolisz więc starcze przenocować tu podróżnemu?
- Możesz wejść, tylko pilnuj się. Do zobaczenia.
Tak podróżny wkroczył do miasta. Gdy oddalił się wystarczająco od bramy rzekł do siebie:
- Nawet nie wiesz ile razy się jeszcze spotkamy... to miasto posłuży mi jako baza do moich dalszych działań...

Rond - 2007-03-29, 14:11

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Widzę, że nie przepuścisz mnie bez zapoznania się z ma historią. A więc słuchaj. - wziąłem głęboki oddech i zacząłem snuć opowieść. - Pochodzę z odległych krain, gdzie zwykły człowiek nie wytrzymał by jednej nocy. Mróz, wilki, niedźwiedzie... Aby przetrwać, potrzeba znajomości, sprawnego władania orężem i schronienia. Ja byłem zagubiony. Po tygodniu wędrówki było mi już zimno, nie miałem co jeść. Spotkałem się jednak z wspaniałym krasnoludem - przedstawicielem mojej rasy. Zaprosił on mnie do swego domu, domu wielu krasnoludów. Zaprosił mnie do Klanu Kopalni Niebios. Poczułem się zaszczycony. Przez dwa, może trzy lata żyłem jak każdy Krasnolud. Posiadałem już młot wykuty z twardego kamieniaƒ. Kolczuga była lekka, lecz bardzo twarda. Sądzę, że nawet za dziesięć stuleci żaden człowiek nie będzie nosił takiej kolczugi, jaką ja nosiłem. Znudziłem się tym. Potrzebowałem przygody. Zebrałem ze sobą parę bułaków, trochę wilczego mięsa i wyruszyłem o świcie. Po dwóch dniach wędrówki dotarłem tutaj... Ostrzegałem Ciebie, że moja historia będzie nudna dla człowieka, wręcz niezrozumiała. Teraz, jak sądzę, mogę przejść do miasta...

R'edoa Yevonea - 2007-05-29, 13:42

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- A jakiej opowieści możesz się spodziewać po takiej młodej kobiecie którą jestem?
- Nie jesteś młodą, a już na pewno kobietą. Przynajmniej ludzką.
Wielkie, ciemne oczy spojrzały z uwagą na starca.
- Widzę, że moja opowieść to warunek nie tylko przejścia, ale i życia. Dobrze więc. Jestem R'edoa i to imię musi ci wystarczyć, bo elfy nie udzielają ludziom swoich nazwisk. Należę do Grabieżców z Czarnej Puszczy i wśród nich mówią na mnie R'edoa Srebrna Struna, bo używam tylko srebrnej cięciwy i srebrnych strzał. Blizny, które widzisz na moich ramionach to pamiątki po setkach zabitych przeze mnie Nieumarłych. Byłam dowódcą drugiej stanicy przy obrzeżach Czarnej Puszczy, ale w nagrodę za moje zasługi, Illumielle, królowa wszystkich elfów, potomkini mitycznej Taladrielle Lillem sygnowała mnie na dowódcę oddziału terenowego. Ja i moi podwładni mamy zamiar w "twoim" mieście spotkać się z paroma ważnymi osobami, powymieniać się informacjami, i rozejrzeć po targu. Wystarczy ci co powiedziałam?
- Nie wyglądasz na pokojowego ambasadora, elfko.
- I wcale nim nie jestem. Niewiele mi trzeba, żeby podnieść rękę na kogokolwiek, a szczególnie na ludzi.
- Wiele istot masz na sumieniu...
- Wciąż czekają następne -elfka uśmiechnęła się szeroko, aż zza bladych warg wychynęły zęby leśnego drapieżnika -mojemu zastępcy, Jona'athowi, musiały już ścierpnąć palce na cięciwie. A strzała to najszybsza, najcichsza i najcelniejsza śmierć, jaką mogę ci zagwarantować... ale wolę oszczędzać strzały, a ty zasługujesz na uczciwy pojedynek.
- Chcesz mi rzucić wyzwanie, elfko?
- Skąd. W uczciwej walce jeden na jednego, na pewno bym przegrała. Ale... w wojskach Czarnej Puszczy na pewno znajdą się tacy, co z chęcią zmierzą się z takim fechmistrzem jak ty.
- Długo tu nie zobaczę żadnego elfa prócz ciebie i twojej drużyny. Wejdź do miasta, elfko... -starcowi zabłysły oczy, kiedy rozmówczyni zaśmiała się chrapliwym, nieprzyjemnym śmiechem
- Zaręczam ci, że za niedługi czas zobaczysz taką elficką armię, o jakiej nie śniła żadna istota w "twoim" mieście, dziwny starcze.
Człowiek opuścił miecz. Elfka skinęła mu krótko głową i odeszła w kierunku tawerny, a jej podwładni w milczeniu, nie czekając na rozkaz, podążyli jej śladem.

Nagash ep Shogu - 2007-06-02, 16:45

Światło księżyca zalewało mętnymi falami pusty trakt prowadzący do jedynej bramy, przez którą można było przekroczyć mury miasta. U samej bramy przycupnęła nieruchoma, odcinająca się wyraźnie na tle szaro-srebrzystych murów, sylwetka otulona w ciszę i mrok. Zdawać by się mogło, że to jeden z tych kamiennych gargulców, które niby to symbolizować mają demony, mające stać na straży miasta, albo kamienna stella, będąca dla przejeżdżających kupców jasnym znakiem, że w mieście tym znajduje się działająca waga i obowiązuje całotygodniowe prawo składu, którego złamanie wiązało się dla kupców z poważnymi sankcjami materialnymi, czasem nawet osobistymi, w zależności od humoru ławników i wykładni prawa miejskiego…

Tymczasem mroczna, nieruchoma sylwetka, będąca istotą żywą, z uwagą wpatrywała się w oświetlony trakt, na którym poczęły snuć się strużki ciemnej, ciężkiej mgły…

W delikatnych promieniach Luny można było idealnie dostrzec, ja strużki wpierw powoli, potem coraz szybciej wypełzały z okolicznych pól na zakurzony trakt. Gdy znalazły się już blisko siebie, zaczęły obłędny taniec, przenikając się przez siebie, wijąc wokół swych towarzyszek, wlewając w nie i wylewając, raz cienkie, niczym strużki kropli deszczu na szybie, raz potężne, niczym konary starego dębu, w końcu poczęły zlewać się w jeden wieli kłąb mrocznej mgły, który urósł na tyle, że mógł pomieścić w sobie postawnego mężczyznę.

Kłąb owego mrocznego oparu zbliżał się w kierunku ciemnej sylwetki, gdy był już o rzut kamieniem od niej, z jego głębi wynurzyła się postać odziana w ciężki, czarny płaszcz i takiej barwy kapelusz z szerokim rondem, przyozdobiony pysznym pióropuszem z piór jakiegoś egzotycznego ptaka. Na szyi kołysał się dostojnie gruby, złoty łańcuch z uczepionym amuletem wyobrażającym głowę Tancerki. Rzec by można było, że to jakiś arystokrata, lecz tacy nie chadzają sami, w mroku nocy i bynajmniej nie pojawiają się z nikąd, otoczeni lepkim, cuchnącym mrokiem.

Sylwetka nawet nie drgnęła. Twarz starca, którą była w istocie, nawet nie poruszyła się, jego puste oczy patrzyły bez wyrazu gdzieś w dal, ponad przybyszem.

- Czuć od ciebie odór rozkładu, przybyszu. Nie sądź, że zdołasz go zakamuflować tym słodkawym zapachem mandragory.

Przybysz uśmiechnął się tylko ustami, szerokie rondo rzucało cień na górną część jego twarzy. Zgiął się przed starcem w głębokim ukłonie i zrywając kapelusz z głowy zamiótł fantazyjnie białym pióropuszem ziemię, w geście powitania.

- Nim wejdziesz do mego miasta, musisz opowiedzieć swą historię. Takie jest prawo. Wybieraj zatem, albo odchodzisz z niczym, albo oddając maleńką część siebie wchodzisz przez bramę na spotkanie swego przeznaczenia. I nie sądź, że mam przy sobie tylko stal, znajdzie się i srebro, specjalnie dla ciebie.

Ustny uśmiech przybysza wykrzywił się w ironii.

- Dziwne to czasy nastały, że rządcy grodu, miast nocą w adamaszkach i jedwabiu spać, obmacując pod nieobecność małżonki niedomyte pacholę z kuchni i śnić o wydatnych cyckach Cesarzowej, siedzą pod murami swego miasta i niczym ostatnie ciecie sprawdzają gości przybywających w pokoju do ich włości.
- Waż na słowa, nieumarły przybyszu i przestrzegaj prawa.
- Spokojnie, mości grododzierżco, toć umęczonego podróżą... człeka... nie godzi się traktować groźbą. Ale wy także mi coś opowiecie. Zatem spełniając dworne etykiety i zadośćuczyniąc prawu miejscowemu, w tym jakże sposobnym ku temu miejscu – szyderstwo w głosie przybysza nabrało na mocy – ogłaszam waści, iż jestem grafem Nagashem ep Shogu, mającym przyjemność bycia członkiem Loży Arcywampirów, a jednocześnie koronerem Sądu Supremacji Mortis, a także właścicielem Cytadeli Eshar na Cmentarzyskach Równin Nevendaar.
- Ep Shogu? Ponoć zagryźli ostatniego z waszego rodu w jego własnej jaskini.
- Ponoć krasnoludy posiadają korę mózgową i nawet czasem jej używają.
- Jeśli jesteś na służbie Mortis, to nic mi do spraw bogini, w którą wierzysz.

Arcywampir żachnął się.

- Jaka wiara, panie? Wierzy się w coś, co nie można potwierdzić empirycznie, wiara zakłada zaufanie naszemu przeczuciu i ryzyko, że jest ono nietrafne, ja zaś służę Mortis, która jest faktem empirycznie poznawalnym, zatem nie obrażaj mnie. Nie wierze w Mortis, ja wierzę JEJ. Wiara jest właściwa wam, ludziom, którzy łudzicie się istnieniem Wszechojca. Jakoś nie słyszałem, aby wasz bóg pomógł wam w rzezi, jaką sobie na ludzkim gatunku urządziły elfiątka.
- Teologiczne dysputy mnie nie interesują, lordzie.
- Oczywiście, panie, lepiej porozmawiać o tym co trapi biednego arcywampira przy szklanicy wina lub dekoktu z mandragory – parsknął Nagash.

Starzec poruszył się niezauważenie.

- Wino? Likier z mandragory? Nie jesteś prawdziwym ep Shogu, żaden z nich nie tknąłby niczego, co nie miałoby w sobie choć odrobinę hemoglobiny.

Lord błyskawicznie znalazł się przed starcu, złapał go za poły płaszcza i błysnął przed oczyma długimi, śnieżnobiałymi kłami.

- Oczywiście, że nie jestem tym ep Shogu! Chcesz historii?! Słuchaj, waść! Prawdziwy Nagash używał mnie jako rezerwowego antałka, na wypadek kaca albo do popicia przy posiłku, nigdy nie wysysał mnie do czysta, zawsze zostawiał te parę kropel krwi i pewien okres czasu, by szpik kostny jako tako zregenerował moje ubytki w hemoglobinie. Pewnego dnia jednak zapadł w długi letarg, na tyle długi, bym zregenerował się, dopadł go w posłaniu i wyssał do czysta, następnie spaliłem jego zwłoki i przejąłem imię, status, wszystko. Za jego czasów ep Shogu to była banda zblazowanej elity arcywampirów upijająca się krwią, teraz jest wszechwładna, dzięki mi. Spełniłem prawo, grododzierżco, teraz twoja kolej i nawet nie próbuj użyć tego srebrnego pyłu, który trzymasz w sakwie przy pasie, nim zdechnę w konwulsjach, zdążę wytoczyć z ciebie wiadro krwi.

Przybysz puścił poły płaszcza starca i oddalił się o parę kroków.

- Od pewnego czasu śledzę bandę dzikich elfów, wiem, że przywlekli się do twego grodu. Czy wciąż tam są?

Starzec spojrzał ponuro na arcywampira.

- Koroner. Nie zginął u nas żaden nekromanta, ani nikt z sług Gildii Nekromantów, czy kapłanów Mortis. Zjawiacie się tylko po to, by stwierdzić zgon i ustalić co było jego przyczyną.
- Słusznie wnioskujesz, grododzierżco, ręczę ci, że tylko po to tutaj przybyłem: stwierdzić zgon i ustalić jego przyczynę, a to, czy on nastąpił, czy dopiero nastąpi... Żadnemu z ludzi znajdujących się w środku miasta nic nie grozi – głos nieumarłego, gardłowy i ironiczny, stawał się coraz bardziej nieprzyjemny.
- Elfy są wciąż w mieście.

Nagash uśmiechnął się, ukazując pełny garnitur uzębienie, wraz ze swymi imponującymi kłami.

- Wielkie, dzięki panie.

Głęboko ukłonił się i ponownie zamiótł pióropuszem ziemię.

- Cóż elfiątka, wraz ze swą pyskatą przywódczynią R’edoa… sprawiedliwość nadchodzi.

Przybysz w mgnieniu oka zamienił się z powrotem w kłąb mrocznej mgły, która z impetem popłynęła w stronę murów miejskich. Uderzając w nie z ogromną prędkością, rozbryzgła się na tysiące cienkich strużek, które cichutko, powoli przepełzły za posrebrzone światłem księżyca obwarowania miejskie…

MachaK - 2007-06-03, 17:50

Beanshee zdziwiła się, że starzec nie uciekł z przerażeniem na jej widok.
-Więc kim jesteś?-rzekł starzec, niecierpliwie tuptając nogą
MachaK nie odpowiedziała, wiedziała, że jej widok zapowiada śmierć.
-Wiem czym jesteś i jestem odporny na te diabelskie sztuczki- powiedział dziad-gadaj do jasnej xxxxxxxx kim jesteś?!
MachaK swym upiornym głosem rzekła-byłam MachaK. Mój mąż mnie zdradzał więc postanowiłam go zabić, jednak on zabił mnie. Teraz wałęsam się po świecie roznosząc śmierć. Jestem smutna z tego powodu, ale to jest mój obowiązek. Najgorsze jest to, że nie mam żadnych przełożonych i sama muszę decydować co robić. Ty mi nie pomożesz.
Rzekła i poszła dalej, nie zwracając uwagi na ściany...

>>Postaram sięjak najszybciej zmienić, aby pokazać nowy charakter mojej postaci<<

Kazgah - 2007-06-28, 00:57

W blasku księżyca widać było poruszający się cień. W pewnym momencie stanął przed bramą, zastanawiając się
nad czymś. Naglę usłyszał ryk. Odwrócił się i ujrzał kilka potworów. Przy dobrym świetle można było zauważyć podobieństwa do ludzi, może i kiedyś byli nimi.
Postać wyszeptała kilka słów, dwie najbliższe bestie wrzasnęły i wybuchły.
Jeden z potworów miał ze sobą prymitywną włócznie i szarżował. Wędrowiec za późno zareagował i oręż przebił się przez ramię.
Lekko rozdrażniony, przetrzymał broń i wypowiedział słowa w palącym w gardle języku.
Istota zaczynała się topić, pozostawiając jedynie kości.
Ostatni z atakujących zaczynał uciekać. Mag wyciągnął z kieszeni szczyptę tajemniczego proszku i zaczął tkać zaklęcie, wymawiając ostatnie słowa wskazał na potwora.
Cztery świetliste pociski poleciały w stronę uciekiniera, zabijając go natychmiast.
Wyciągnął z ramienia włócznie i popatrzył na ranę, była dość głęboka. Zdrową ręką wyciągnął flakonik z płynem. Wypił jego zawartość i rana odniesiona w walce zagoiła się.
Wędrowiec wyczuł obecność obserwatora. Chyba nie ma sensu dalszego ukrywania się? - powiedział. Z pobliskiego drzewa wyszła jakaś osoba.
Przy bliższej obserwacji, okazuje się być człowiekiem w sędziwym wieku. Nie często spotyka się takich magów jak ty- oznajmił starzec.
Czarodziej po chwili zastanowienie powiedział. Mimo twego wyglądu, wyczuwam u ciebie ogromną moc. Czym jesteś?
Na to człowiek wyszczerzył zęby uznając to jako komplement. Każdy ma jakiś sekret, nieprawdaż?
Gdzie jest wejście do miasta?- spytał wędrowiec.
Starzec podszedł do muru i dotknął dłonią ścianę. Po kilku uderzeniach serca, brama się pojawiła.
Gdy czarodziej miał ruszyć, starzec zatrzymał go. Czego szukasz w tym mieście? - zapytał
Coś co utraciłem dawno temu i zamierzam odszukać. Od jak dawna pilnujesz tej bramy?
Od kiedy sięgam pamięcią- rzekł starszy mężczyzna. Poczym wyciągnął z sakiewki szary klucz i otworzył bramę.
Witaj w moim mieście, może znajdziesz to co chcesz.
Mężczyzna chciał go o coś jeszcze spytać, lecz rozmyślił się po chwili i wyruszył w stronę miasta.

Wilk - 2007-07-10, 16:40

Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- widzę że nie jesteś zwykłym starcem.
- czemu tak sądzisz przybyszu?
- choćby twój miecz został wykonany z Mithrilu, a te runy wyglądają na krasnoludzkie, czuje moc którą został zaklęty.
- widzę że nie jesteś zwykłym wędrowcem nieznajomy, nie jesteś także człowiekiem.
- tak masz racje, jestem Elfem i nazywam się Wilk.
- skąd pochodzisz?
- Przybywam ze Srebrnego lasu, jestem kapitanem Elfiego komanda Podlegam bezpośrednio samej królowej Illumielle następczyni wspaniałej Taladrielle Lillem, na jej rozkaz tropimy i niszczymy każdego Demona który stanie na naszej drodze.
- więc co tutaj robisz w mieście nie powinieneś patrolować swoich lasów?
- Muszę się spotkać z pewnym informatorem w mieście, podobno w tych okolicach skrywa się potężny demon, więcej ci nie mogę powiedzieć starcze.
- Rozumiem, ale gdzie są twoi towarzysze?
- Czekają w ukryciu za miastem, żeby nie zwracać na nas uwagi, zbyt wiele magicznych istot może spłoszyć naszą ofiarę.
- nie wiem czy ta opowieść mi wystarczy.
- musi ci wystarczyć jeżeli nie chcesz mieć strzały w plecach.
- jesteś przebiegły Elfie ale musisz się jeszcze wiele nauczyć, teraz cię przepuszczę ale następnym razem nie będzie tak łatwo.
- Przekonamy się starcze
Starzec schował swój miecz i odsunął sie na bok szepcząc
- jeszcze się spotkamy Elfi łowco.

Allemon - 2007-07-20, 21:14

- Jestem stary i nie jestem już tak cierpliwy jak kiedyś.Czy teraz opowiesz mi swoją historię wędrowcze?

- Dobrze starcze, tylko zejdę z konia. Zacząć od początku?

- Tylko to mnie interesuje. Mamy czas.

- W porządku będzie od początku, ale krótko bo to nie jest zawiła opowieść.
Nazywam się Allemon.Urodziłem się w jednym z wielu podgórskich miast, granicznych między terytorium Imperium, a terytorium Górskich Klanów. Zazwyczaj czuję się rojalistą, więc jako młodzieniec zostałem łucznikiem i z czasem awansowałem, aż na zabójcę. Niestety ... upadek dotarł aż do mojego miasta, wraz z dwójką innych rojalistów opuściliśmy miasto.

- Kim byli twoi towarzysze ?

- Elf wychowany wśród ludzi którego życie zagnało prawie w góry i jeden z ludzkich górali Vladyslav. Podróżują za mną do dzisiaj. Zabawili teraz dłużej w przydrożnej gospodzie.

- Twoja opowieść znużyła mnie - rzekł starzec i przymknął oczy - powiedz mi jeszcze co cię sprawdza do mojego miasta.

Zaświeciły się oczy przybysza.

- Jest to dla mnie przystanek by odpocząć w tutejszej tawernie i posłuchać plotek. Nasz cel to spotkanie się z Roginem, sądzę, że się znajdzie się jakieś odpowiednie stanowisko dla mnie i dla moich kompanów - odparł pobrzękując złotem w sakiewce.

- Z Roginem? Z tym opętańcem?

- O to już ma głębsze dno. Jeszcze tu wrócę, z przyjemnością się koło ciebie zatrzymam.

- Mimo iż nie wróżysz według mnie czegoś dobrego, bo poznaje szablę inkwizycji wejdziesz do mojego miasta już nie takich przepuszczałem.

- To się jeszcze okażę. Nie takich przepuszczałeś? To dobrze zasięgnę u nich języka.

- W porządku możesz przekroczyć bramę.

Eldehast - 2007-10-06, 10:04

- hhh..nie przepuścisssssszz mnie bez tej hisssstorii ?

Nieumarły smok wziął glęboki wdech , rozgległa się mgła jego oddechu.

- Ssssskoro musssszę to prossssze słuchaj ! Ale żadnych ssssprzeciwów po tym co powiem,bo pożałujesz,pamiętak jakby to było wczoraj,no bo było wczoraj,byłem jednym z najlepssssssych okazów zielonych ssssssmoków,kiedy oni zaatakowali,wszyscy uciekli,ale mnie przygniotły głazy,dzielnie walczyłem,z demonami,jednakże ich było za dużo,umarłem,byłem w drodzę do piekła,aby powstać jako...sssam nie wiem bo nigdy nie widziałem,piekielnego sssssmoka,w tej chwili mortisss przechwyciła mnie,i powstałem jako ten sssmoczy licz z którym rozmawiasz,niedługo mortisss opęta mnie,bo na razie mam swoją wolę...

Smoczy lisz zabłyszczał bardzo lekko,bo jego łusek już prawie nie było,po chwili opętał go czerwony dym i stał się pod władaniem mortis.

- Czassss wypełnić wole mortissss !

Smoczy licz wleciał bez pozwolenia do miasta,na dzielnice nieumarłych


Wiem że oklepane :P

Vogel - 2007-10-07, 14:34
Temat postu: Vogel u bram
- Stój :!: - Mężczyzna zatrzymał się tym, który krzyczał był oparty o mur starzec zdający się ledwo utrzymujący miecz w dłoni – Kim jesteś i czego szukasz w moim mieście :?:
- Twoim :?: - Przybysz zbliżył się do starca - Jestem nikim, zwykłym przejezdnym.
- Widywałem już takich jak Ty. Po obaleniu hrabiego Crawleya, gdy wypuszczano więzionych przez inkwizycję więźniów wielu ich przekroczyło ta bramę.
- Mylisz się starcze.
- Czyżby widzę Twoje dłonie, które jeszcze tydzień temu miażdżyły kajdany. Może i jestem stary, ale daje mi to też pewne przywileje, dużo wiem i umiem powiązać ze sobą fakty.
– Starzec odwrócił wzrok od obcego i skierował na jego wierzchowca – Widzę też, że zapewne niedługo tam powrócisz.
Mężczyzna nie podążył za jego wzrokiem dobrze wiedział, co przykuło jego uwagę. Pegaz boczący się na nowego jeźdźca i przytroczona do łęku zbroja pokryta rdzą, która po przyjrzeniu okazywała się zaschłą krwią.
- Nie wrócę tam, o czym przekonał się już właściciel tego Pegaza – Obcy ściągnął z głowy kaptur i zmrużył oczy nadal nadwrażliwe na promienie słońca tak obce Imperialnym lochom. – Nazywam się Vogel a to skąd przybywam jest moją sprawą Przybyłem tu, bo potrzebuje kowala i strawy, a nie by tracić czas na rozmowy z niedołężnymi… - Przerwał czując zimny dotyk stali na karku. Miecz, który jeszcze przed chwilą zdawał się jedyną podporą umożliwiającą starcowi utrzymanie na nogach teraz była pewnie trzymana w wyciągniętej dłoni.
- I medyka ten opatrunek nie jest najlepszej jakości – Przesunął mieczem po prowizorycznym opatrunku na szyi Vogela, po czym opuścił oręż – Wyglądasz jak człowiek jednak Twoje rysy i oczy…
- Musiałeś widzieć już takich jak ja starcze, w tych czasach takich jak ja dzieci wojny roją się rynsztoki miast i wisielcze drzewa. Jestem pół elfem pół człowiekiem, człowiekiem teraz jeżeli pozwolisz zajmę się tym po co tu przybyłem.

Gaderic - 2008-02-27, 22:19

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Nie doceniłem cię. Poważny błąd z mojej strony, zdarza mi się rzadko, ale jak widać rzadko, to ciągle zbyt często.
Uśmiecham się, delikatna sieć zmarszczek wokół ust i oczu, sprawia że moja twarz wygląda staro. Tajemniczy strażnik nie odpowiedział, nie wykonał najdrobniejszego ruchu.
- Pytasz o moją historię? Nie sądzę by była dla ciebie ciekawa. Zapewne, jest to warunek wstępu…
- Powiedziałem ci że nie jestem cierpliwy! Opowiesz mi ją, lub zginiesz.
- Skoro tak stawiasz sprawę- szybkim ruchem odbijam jego ostrze pikowana rękawicą, jednocześnie kopiąc w kolano. Starzec przyklęka z głośnym stęknięciem.
- Teraz ty mnie nie doceniłeś. To że jestem krasnoludem nie znaczy, że możesz mi grozić, a tym bardziej lekceważyć. Skoro starość nie nauczyła cię cierpliwości, nic zapewne nie jest w stanie tego dokonać.
Inni strażnicy widząc zdarzenie podbiegają by pomóc swojemu towarzyszowi. Lecz ten zatrzymuje ich skinięciem reki. Patrząc mi teraz prosto w oczy mówi:
- Wybacz, panie krasnoludzie. Ale wkraczając do miast imperium nie oczekuj otwartych ramion, zwłaszcza straży. Nasza gościnność mocno ostatnio osłabła.
Starzec podnosi się z wyuczonym trudem i chowa wyciągnięty do tej pory miecz.
- Tak, zdecydowanie czasy w jakich przyszło nam żyć nie sprzyjają podróżą – odpowiadam gładząc ręką po brodzie – Dobrze wiec. Opowiem ci o sobie. Jestem Gaderic, z klanu Samotnej sosny. Pochodzę z wschodnich gór masywu lodołamacza.
- Skąd do nas idziesz? Uczęszczanie traktów samemu jest głupie.
- Idę z M’og na Hal. Miasta kamiennych wrót, nieopodal granicy z Imperium. Nie idę sam, wszyscy głupcy dawno już zginęli w moim klanie. Wraz ze mną podróżuje jeszcze trójka- dwóch mężczyźni i kobieta. Dotrą tu za godzinę.
- Choć żyje już długo, nigdy nie widziałem krasnoludzkiej kobiety.
- Starość to rzecz względna. Sądzę że widok jakiegokolwiek krasnoluda w tych stronach jest teraz dość rzadki.
- Owszem. Nawet wasi kupcy ostatnio tu rzadko docierają. Nie zdradziłeś mi jeszcze celu waszej wizyty.
- Chcę wynająć pokój w karczmie. Nie zabawimy tu długo.
Starzec odwrócił się i patrząc przed siebie powiedział jakby od niechcenia w przestrzeń:
- Możesz wejść. Ty i twoi towarzysze krasnoludzie. Pamiętaj że to niebezpieczne miasto.
Uśmiech ponownie zagościł na mojej twarzy.
- Bywałem już w ludzkich miastach starcze – Starzec odchodzi chwiejnym krokiem. Nawet nie wiesz w jak wielu. Pamiętam czasy kiedy byłeś młody człowieku. Czasy kiedy wasze miasta nie emanowały brzemieniem drugich wielkich wojen. Choć nie jestem jeszcze w wieku mędrca, pamiętam czasy pokoju. Pamiętam samotne drzewo stojące na szczycie wzgórza na wprost od wejścia do mojego miasta. Drzewo było uparte i silne. Szkoda że mi tej siły zabrakło…
Wspomnienia bladną. Ruszam śmiało przez bramę, wchodząc w tłum który zmierza na miejskie targowisko.

Na swoja obronę powiem że pisane na szybko i bez pomysłu :-P

Saemiel - 2008-05-29, 18:13

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Wędrowiec jak to wędrowiec, patrzył wciąż na krew która płynęła po jego zakurzonym płaszczu. Trzęsły mu się nawet nogi, co by nie mówić, każdego mógł przestraszyć tak nagły atak starca. Podobnie drżały mu ręce, przez co trudno było mu utrzymać rękę na ranie. Chciał już przemówić do starca, ale nagle załkał gwałtownie, nie mógł dobyć z siebie głosu. Starzec jednak był cierpliwy. Stał i spoczywał tak jak zastał go ów wędrowiec.
- A... Aaa... Alee... - Przybysz próbował w końcu coś powiedzieć. Zaczerpnął haust powietrza, jakby nagle z przestrachu zaczęło zbierać mu się na wymioty. A może od widoku krwi? Któż zgadnie - Ale ja nie mam nic do opowiadania.
Starzec na te słowa uśmiechnął się tylko, jak nauczyciel uśmiecha się nad uczniem który próbuję tego nauczyciela przechytrzyć.
- Nie mydlij mi tu oczu tym jąkaniem się, tym trzęsącymi się członkami. No i przede wszystkim tym ciałem.
Konsternacja demona była wielka. Myślał, że jest niewykrywalny. Co prawda nie był sobowtórem, nie potrafił przemienić się w każdego kogo ujrzał. Czy tam prawie każdego, nieważne. Samemu nie potrafił się przemieniać, ale ta sukkuba która podarowała mu ten amulet zapewniała, że nikt w tej postaci, dość młodego, przystojnego podróżnika, nikt nie powinien go w niej poznać. Nie takie sztuczki przeciw komuś takiemu jak Myzrael, ale już jakiś inkwizytor powinien dać zmylić się taką sztuczką. A tutaj bęc, jakiś stary dziad go wykrył i od razu mało mu ręki nie odrąbał. Jeśli uda mu się zbiec do piekła, to tej sukkubie skrzydła z rogami powyrywa. Na razie była to odległa przyszłość, nie wiadomo czy mu się uda.
- Opowiadasz swoją historię czy nie?
Saemiel rozejrzał się po innych podróżnych którzy przekraczali bramę.. Samo chamstwo, ale i tak gdyby powiedział prawdę o sobie to by go na widłach wynieśli. Nie był takim pierwszym lepszym, no ale też nie ma co przesadzać, do samego Bethrezena to jeszcze daleko mu było.
- Spokojnie nikt nie usłyszy. - Jak było nie wierzyć komuś takiemu jak on?
- Skoro tak...

Dzień już się kończył, chłopi wracali z pola po sianokosach. Prawdę mówiąc to większość już wróciła, słońce już dawno zaczęło zachodzić. Można by rzec, że krwawiło uderzając w ziemię gdzieś tam, daleko. Było pięknie, było sielsko, aż chciało się położyć gdzieś na świeżo skoszonym sianie i podziwiać widoki.
Ale łowca czarownic wiedział, że tak dobrze nie ma. Nie przybył tyle drogi, żeby poleżeć. Tylko po jedną czarownicę. Zapukał do drzwi. Mogło to wydać się niepotrzebne, ale każdy ma swoje kaprysy. Po grzecznym zapukaniu do owej kobiety kopnął drzwi by je otworzyć. Rękę trzymał na mieczu, no i skupił się by odeprzeć atak. Jego wyćwiczony umysł, z trudem, ale odparł ów atak. Nie był przemieniony w żabę czy chochlika na usługi. Ostrze miecza przystawił czarownicy
- Klęknij! - Krzyknął. Tamta posłusznie spełnia rozkaz. Kopnął ją z całej siły w głowę. Upadła do tyły. Podszedł do niej. Kopnął ją dokładnie w skroń. Teraz gdy była nieprzytomna, a przynajmniej porządnie oszołomiona zakneblował ją, miał do tego szmatę i kawał sznura. Sznura miał zresztą znacznie więcej, toteż związał jej ręcę z przodu i zwisało jeszcze tyle luźnego sznura, że mógłby spokojnie ciągnąć ją za sobą, choćby po ziemi. Co następnego dnia uczynił.

- Łowca czarownic demonem? Ładnie, ładnie...
- Nie, nie łowca czarownic. - Saemiel zaczął opowiadać inny urywek z jego życia, a starzec słuchał uważnie. Było wyraźnie zainteresowany tym co demon chcę mu opowiedzieć.

Pewna kobieta, której imię później zostało zapomniane, stała niepewnie. Dużo chętniej by usiadła, ale sytuacja na to nie pozwalała.
- Co, myślało się, że z łowcą czarownic ma się do czynienia? Hm? - Ktoś kto był ubrany jak łowca czarownic zapytał kobietę.
- No to masz niespodziankę, to inkwizytor zawitał do twych włości, jaśnie pani. - Zadrwił z wiedźmy. Chociaż zdziwiłby się niepomiernie gdyby wiedział, że wiedźma w głębi duszy cieszy się z jego głupoty. Do prawdy, trudno było jej udawać przerażoną kobietę wysokiego stanu, której zechciało parać się magią demoniczną i to taką nieco wyższą. Nie mogła wytrzymać. Zaczęła biec w stronę okna, a śmiała się przy tym tak, że można by pomyśleć o tym, że rozum gdzieś zapodziała. Inkwizytor próbował ją zatrzymać, wszak jak wypadnie przez okno i sobie kark skręci to nic się z niej nie wydusi. Hierofanty pod ręką nie było, żeby mógł tamtą szybko przywrócić do życia. Ale wiedział, że nie ma szans. Tamta już dopadła do okna. I wprawiła inkwizytora w zdumienie. To był sobowtór! Latać to on za bardzo nie mógł, ale skrzydła na tyle mu pomogły, że sobie nawet kostki nie skręcił, o kręgosłupie nie wspominając.

- Teraz to jestem szczerze zaskoczony. Łowca czarownic który porzucił Wszechojca to jeszcze, ale żeby inkwizytor?
- Prawie Wielki Inkwizytor. Tamtego sobowtóra udało mi się później złapać i przed śmiercią powiedział mi gdzie jest pewna sukkuba. No i sukkubę ścigałem do samego piekła. Tam mnie jednak złapali. Nijak nie mogli mnie złamać, umysł mam twardszy od skóry gargulca. Mogli mnie tylko zabić. A jak widać żyję, choć nie mam się dobrze. - Spojrzał wymownie na ranę którą zadał mu starzec. Tego co robił już jako demon nijak wyjawić nie mógł. Teraz zastanawiał się co starzec z nim zrobi. Zabiję? Odda na przesłuchanie?
- Cóż, ciekawa opowieść. Wchodź. - Zdumienie Saemiela było wręcz niewiarygodnie wielkie. Chyba sam Bethrezen pomógł mu, mimo więzienia które go krępuje. Ale wszedł. Może jakaś pułapka. Ale może spotkał się z czymś czego nie rozumiał. Oby to drugie. Oby to drugie...

Armagedon - 2008-05-29, 22:43

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Eh… Chyba jestem ci to winien…-odpluł krwią atakujący, który zaczął się chwiać… wreszcie wybełkotał słowa- Ja jestem wielkim…
Nie skończył.
Ponieważ pocisk od katapulty rozwalił go doszczętnie.
-Co jest kur…- powiedział starzec, który również nie dokończył z powodu wielkiego ryku:
-ATAAAAKK!!!! NIEUMARLI NADCIĄGAJĄ!!!!
Nagle najbliższe otoczenie się zmieniło – świsty pocisków katapultowych, rumor walących się domów, krzyki ofiar i szczęki broni… całość przypominała paskudny koszmar, który jest jednak jawą.
Jakim cudem nie mogłem zauważyć czegoś takiego?! – Zastanawiał się starzec.
I słusznie – w ciągu kilku sekund ćwierć miasta zostało zniszczone jak gdyby oblężenie trwało przynajmniej godzinę.
Muszę działać! – Powiedział do siebie starzec i czym prędzej pognał ulicami miasta. Minął bank, który wyglądał na nietknięty. Do czasu aż wielka płonąca kula zamieniła bank w stertę odłamków tworząc ogromny rumor i harmider. Starzec słyszał jak dziesiątki ludzi błagają o pomoc. Nie mógł im jednak pomóc…
Starzec biegł dalej… niesamowite, jakim cudem ma taką wytrzymałość. Nagle zobaczył biegnący odział żołnierzy.
To jest moja szansa! – Pomyślał staruch i przyśpieszył.
Nagle zamarł, bo zobaczył coś, co nikt wcześniej nie widział.
Deszcz kości, czaszek i stali… staruszek zapytał siebie po kiego grzyba robią to nieumarli. Odpowiedź dostał wkrótce.
Bo nagle czaszki zaczęły świecić a kości i stal latać – i natychmiastowo łączyć się w szkielety z mieczami! I te martwiaki zaczęły walczyć! Przewaga była niebotyczna – 50 żołnierzy przeciwko 200 czaszkom.
Nie tędy droga! – Pomyślał starzec i zaczął biec w drugą stronę…

***

Oblężenie trwa już 30 minut. W międzyczasie staruch widział jak pada jego ulubiony pub, pobliski sierociniec a nawet widział jak smoki zagłady zniszczyły jego ulubiony burdel i zjadły jego „stałe” partnerki! Ale on był niewzruszony i gnał w swoim tylko kierunku…
Nagle dotarł do pewnego dworu na wzniesieniu.
Wpadł do środka pognał po 400 schodkach i w padł do pokoju na końcu korytarza.
Zauważył tam martwego człowieka – to był jego zastępca, zastępca burmistrza… wyrwał mu róg z jego martwych rąk i spojrzał przez okno.
Tego się obawiał – około 40% miasta legło w gruzach! Teraz mógł zrobić tylko jedno…
Rzucił się do schodów – zauważył wspinających się po schodach zombie. Ale nie z takimi miał do czynienia! Zauważył zombie, który był na samej górze i celnym oraz brutalnym kopniakiem zrzucił go ze schodów. I nastąpił efekt domina – w rezultacie cały ten nieumarły syf leżał w kawałkach u dołu schodów.
Staruszek musiał przyznać, że ten dźwięk staczających zombie przywoływał dawne wspomnienia, kiedy był agentem działającym na terenie krasnoludów, którzy wydawali inny dźwięk, gdy się staczali… niemniej jednak podstarzały burmistrz wybiegł ze swego dworu i ruszył w stronę koszar…

***

Po paru „przygodach” staruszek dotarł do koszar… przed wejściem zastał tam 6 strażników, którzy byli naszpikowani strzałami jak poduszeczki na szpilki.
Szlag! –Krzyknął staruch i dokończył- oby nie…
Nim staruszek dokończył ztaranowal drzwi i wpadł do środka a to, co zobaczył wprawiło go w przerażenie…
1/3 strażników spokojnie spała 1/3 uprawiała hazard a reszta piła w najlepsze…
To pewnie, dlatego że ściany są za grube – pomyślał staruszek- i pomyśleć, że to ja apelowałem za tym by straż się wysypiała… jak to przeżyję to uderzę się młotem w głowę!!
WSTAWAĆ DO KURWY MÓWIĘ!!! WSTAWAĆ!!! OBLĘŻENIE JEST WY PIEPRZENI KRETYNI!!!! –Krzyknął, po czym zadął róg. I zaczął krzyczeć na całe gardło oraz hałasować rogiem. Hałas, jaki robił był tak głośny, że by obudziłby nieumarlych gdyby nie było Mortis… żołnierze z trudem wstali i w pięć minut się przygotowali…
Wreszcie 500 doborowo wyszkolonych żołnierzy i jeden nadgorliwy burmistrz ruszyli naprzeciw armii…

***

Po 45 minutach od początku oblężenia ocalało 30% budowli… 60 % zostało całkowici zniszczonych a reszta jest niewiadomą przez gryzący dym. Bezbronni ludzie schowali się w piwnicach a uzbrojeni odpierali najazdy. I szło im całkiem nieźle…
Odparli już nieumarlych z polowy miasta. Sił dawał im znajomy teren a morale pewien nadgorliwy staruszek z rogiem…
Wydawało się, że zwycięstwo jest bliskie, bo słabną hordy!
Niestety mylili się, bo oddali nadchodzi dowódca armii atakującej ze świtą 25 żołnierzy.
Elita wyglądała niesamowicie – nie było pewności, ale to byli widmowi nieumarli ze swoimi „scyzorykami śmierci”.
Najdziwaczniej zaś wyglądał dowódca – był garbaty miał rozpuszczone długie na ponad łokieć białe włosy oraz świetnie zakonserwowana twarz, która była miała tylko 1 bliznę przecinającą oko… był ubrany w czerwony szato-pancerz i bez wątpienia był groźny…
Ale nasz staruszek był nieustraszony! Zaszarżował go jak gdyby był półbogiem i z całą mocą ciął znad głowy.
Ale dziwaczny martwiak był zwinny – z łatwością ominął jego miecz i lekko pchnął staruszka ręką. Burmistrz stracił równowagę i upadł robią przedtem kilka koziołków. Niepewnie wstał i spojrzał na dowódcę – na twarzy martwiaka zagościł nikły uśmieszek…
Staruch zaatakował znowu i tym razem wykonał szybki poziomy zamach w nadziei, że jest szybszy.
Ale on nie był szybszy… nieumarły odskoczył i jak siła pędu przybliżyła staruszka do martwiaka to ten go odepchnął otwartą dłonią… stare ciało poszybowało na odległość 1 metra i przeszurało na kolejne 4 metry… otrząsnął się i spojrzał na nieumarłego naprawdę wkurzonym wzrokiem, podczas gdy tamten obdarował go raczej serdecznym śmiechem…
Staruch uspokoił się i pomyślał kilka sekund. Potem nagle zaatakował – wyglądało to na kolejny atak od góry, więc ten czerwony zrobił unik… nagle staruch szybkim ruchem zmienił cios na pchnięcie! Tu cię mam! – Pomyślał staruch.
Równie nagle nieumarły wykonał kolejny unik, wsadził rękę pod miecz i dwoma palcami chwycili podważył go a następnie robił ruch jakby chciał go wyrzucić. W międzyczasie druga ręka cofnęła się i walnęła starucha w staw pomiędzy dłonią a ręką oraz jego zakuta w czerwony półpancerz noga kopnęła go w brzuch…
Rezultatem tych działań było odrzucenie starucha na 6 metrów torem parabolicznym a jego miecza w przeciwnym kierunku na 10 metrów wbijając go w czyjąś głowę.
Staruch przeklął siarczyście i spojrzał z nieskrywaną nienawiścią na trupa. A ten zaś… roześmiał się! Najpierw uroczyście a potem szyderczo kończąc na obłąkanym tonie…
Szaleniec! – Pomyślał staruch, po czym chciał sięgnąć po miecz, który leżał samopas obok niego. Nie zdążył, gdy nagle truposz powiedział:
-Przegrałeś!
-to niemożliwe! – Krzyknął burmistrz, po czym spojrzał wokoło siebie. Miał rację… bo zobaczył, że wszyscy wokoło niego już nie żyją a widmowi zaczynają zarzynać jak świnie cywili!
Boże dopomóż mi! – Pomyślał – pomóż mi pokonać tych morderców!
I wtedy stal się cud – jego miecz wrócił do dłoni jak gdyby się teleportował i zyskał płonącą poświatę! A nad jego głową latały archanioły… staruch zrozumiał aluzję – nadludzkim wysiłkiem wstał dobiegł do truposza i wyskoczył na 2 metry by zaatakować znad głowy z nadludzką pomocą!
BRZDĘK!!
Nie nie może być!! – Krzyknął staruch i odleciał staruch na 10 metrów zarywając glebę wyjątkowo boleśnie… patrzył, co się stało i zamarł! Z garbu dowódcy wystawała macka!
Przypatrzył się jej… to była paskudna macka a metalicznym kolorze przypominająca wąż ogrodowy ze olbrzymim kolcem na końcu nasączonym trucizną! (Kto oglądał naruto shippuuden ten wie, co to jest za broń i kto jej używał – od autora) nagle zupełnie niespodziewanie kolejne macki zaczęły się wynurzać?! Truposz wyprostował się… gdy skończył to jego zbroja zaczęła trzeszczeć w jednej sekundzie ujawniła całą swoją budowę… wyglądał teraz jak anioł śmierci…
Wysokość ciała wzrosła do 2 metrów. Sześć macek wystający z pleców na wysokości łopatek. A jego czerwono - czarna zbroja pokryła się ostrzami – zwłaszcza na karwaszach były wielkie przypominające miecze ostrza… całościowo dopełniał dziwny czarny blask wydobywający się z jego pleców… i jeszcze jego paskudny łeb z jego obłąkanym uśmiechem…
Wyglądał jak Armagedon…
Kim jesteś?! –Zapytał staruch… nim mu odpowiedział jedna z jego masek przewierciła uciekającego mieszczanina na wylot i go rozszarpała na drobne krwiste kawałeczki…
CZYM JESTEŚ?! – Wypowiedział staruch a jego głos przypominał ni to jęk ni to krzyk…
Armagedon zwrócił na niego uwagę i odpowiedział:
-Ja? Oh ja… Ja jestem tylko Waszą zagładą!! MUAHAHAHAHAAA!! –Zakończył śmiechem Oprawca.
Staruch wyglądał jeszcze starzej niż zwykle i dygotał jakby był chory… chciał uciekać! Już wstał i chciał uciekać, gdy nagle jedna z macek Armagedona wyłoniła się z podziemi i przebiła jego serce!
Staruszek zalewał się krwią i widać było, że umiera… stracił całą wole i jedyne, co udało mu się zrobić to bełkotać:
- j… jjj… ja… - pozostałe macki poprzeszywały go na wylot a podstarzały burmistrz zdołał ostatkiem życia wybełkotać ostatnie słowo - … p… prz-… przegrałem…
Nagle wszystkie macki naprężyły się w inną stronę i rozerwały nieszczęśnika na części… a jego nieżywa już głowa w dalszym ciągu patrzyła się w tę twarz – twarz oprawcy…

***

Gdy Armagedon skończył się pastwić się nad zwłokami ostatniego obrońcy, kilkoma susami skoczył na najwyższy punkty miasta i zaczął się drzeć:
POSŁUCHAJCIE MOJE SŁUGI!! WYBIJCIE POŁOWĘ NIEDOBITKÓW!! ZOSTAWCIE KILKU UCIEKINIERÓW PRZY PRZEKAZALI NASZE OSTRZEŻENIE A POZOSTAŁYCH WEŹCIE W NIEWOLĘ!!! BĘDZIE UBÓJ!!!! BĘDZIE DZISIAJ RZEŹ!!!!! MUHAHAHAHAHAHAHHAHAHHHAAA!!!!!!
Po czym zeskoczył i zaczął ciąć cywilów na strzępy razem ze swą armią…




(wiem że to amatorszczyzna ale to mój pierwszy tekst tego typu...
do administracji - niczego nie edytować bez konsultacji ze mną ! możecie zmienić przesłanie przez przypadek...)

Ebenezer Meshullam - 2008-06-05, 19:43

Oddział wraz z karawaną kupiecką (ok. tysiąca ludzi) zbliżał się do pobliskiego miasta
pod osłoną nocy. Poruszali się dość dyskretnie mimo liczebnego składu. Była to po części
zasługa magii kamuflującej jak i innych specyfików używanych przez członków ekspedycji.
W jej skład wchodzili templariusze – wojownicy, magowie, uczeni, handlarze jak i
Mistrz Zakonu. Zwiadowcy wysłani na rekonesans okolic właśnie wrócili i zdawali relacje:
- Mistrzu! – to miasto nadaje się jako baza wypadowa dla naszej ekspedycji. Nie
wyczuliśmy tam mocnych napięć społeczeństwa, ani zawirowań mana. Samo miasto jest
dość spokojne i w porządku.
- Doskonale, to z pewnością ułatwi nam prace w tych rejonach. Jutro z rana wybieram się na
rozmowę z radnymi i tutejszymi uczonymi, by powiadomić ich o naszych
zamiarach jak i zyskać wsparcie. A teraz wybiorę ludzi z naszego zakonu, którzy sami
pozwiedzają miasto i dowiedzą się czegoś od tutejszej ludności.
Mistrz zwołał do siebie ludzi i zaczął wydawać rozkazy. W końcu padło i na mnie…
- Mieszańcu Ebenezer Meshullam – z szeregu wystąpiła dość wysoka postać odziana
podobnie jak reszta templariuszy – w ubiór z wymieszanymi barwami szarości i czerni, z
którego z zewnątrz dało się rozpoznać obuwie (długie, nie sznurowane do walki), tunika
bojowa z rękawami, na którą był nałożony płaszcz. Na głowę założony był kaftan ochronny
razem z chustą odkrywające twarz - nieco zszarzałe, proporcjonalne ludzkie lico z
niebieskimi oczami i pochmurną miną, bez znaków szczególnych. Za uzbrojenie u wojaka
robiły włócznia uczepiona na plecach oraz schowany do pochwy miecz sterczący przy pasie.
Stanąłem naprzeciw naszemu przywódcy w odległości kilku kroków w oczekiwaniu na
rozkaz.
- Wy także udacie się do tego miasta zdobyć jak najwięcej interesujących nas wieści.
Mistrz podszedł do mnie bliżej i szepną do ucha - Nie martw się żołnierzu , jeszcze
zobaczysz swoją lubą wśród żywych. Odsuną się i poklepał mnie po ramieniu, a
po chwili wrócił na miejsce, gdzie stał wcześniej.
- Tak jest, Wielki Mistrzu! – potwierdziłem rozkaz i wróciłem do kamratów, by za moment
ruszyć z powierzoną mnie misją.
Wybrano jeszcze kilkudziesięciu innych ludzi , z czego część została podzielona na grupy.
Niektórzy wyruszyli w pojedynkę. Chociażby ja.
W czasie, gdy wyznaczeni ludzie ruszyli w stronę miasta reszta ekspedycji rozkładała obóz
w niedaleko rosnącym lesie.


Do miasta prowadziło kilka dróg, a jak donieśli nam zwiadowcy – były tam także i ukryte
przejścia. Jedno z nich jest moim celem. Byłem już prawie na miejscu, kiedy to
spostrzegłem podstarzałą postać znajdującą się tuż przy murze:
- Kim jesteś wędrowcze i cóż sprowadza Cię do mego miasta.
- Twego??
Widząc tego starca siedzącego na gołej ziemi opartego plecami o mur. Starzec siedział
patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem i nawet na chwilę nie skierował go na ciebie.
Wyglądał jak martwy, przeczyły temu jedynie słowa i dłoń raz zaciskająca to rozluźniająca
uścisk na rękojeści miecza.
Twego miasta - myślisz - wątpię byś potrafił władać chociaż tym mieczem.
Nim ta myśl opuściła Twą głowę zdążyłeś poczuć zimno stali ostrza kontrastujące z ciepłem
Twej własnej krwi. W jednej chwili zrozumiałeś jak bardzo pozory mogą mylić, i że twa
głowa wcale nie jest tam mocno uczepiona szyi oraz jak łatwo możesz ją stracić.
- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie
wędrowcze?
Serce zaczęło mi szybciej bić. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Wziąłem głęboki
oddech i przełknąłem ślinę. Zdjąłem okrycie głowy, by nieznajomy nabrał do mnie większej
ufności. Przy plecach dyndał mi teraz dość długi warkocz włosów. Chwila namysłu i
odpowiadam nieznajomemu:
- Nie spodziewałem się tak szybkiej reakcji na moje myśli. By zbytnio nie przedłużać przejdę
do rzeczy. Należę do zakonu templariuszy pod wezwaniem Mortis. Nasz zakon idzie z misją
przez cały Nevendaar i bynajmniej nie mamy w interesie prowadzenia wojen. Nasz główny
cel to pogodzenie zwaśnionych frakcji – bardzo ambitny, ale wbrew pozorom możliwy do
zrealizowania. Jeśli chodzi o mnie to wstąpiłem do zakonu ze względu na moją byłą
ukochaną, która odeszła ze świata żywych siedem miesięcy wstecz. Wypełniając misje
naszego Wielkiego Mistrza mam tym samym szansę na wskrzeszenie jej za moje zasługi dla
sprawy. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie inicjacja, którą przechodzi każdy z
przystępujących do zakonu. Przechodząc przez nią wyzbywamy się ludzkich uczuć, trosk,
zakłopotania i przestajemy lękać się śmierci otrzymując w darze od Mortis nadludzkie
zdolności. I ja tu jestem takim wyjątkiem – nadal operuję uczuciami jak zwykli ludzie.
Mimo tego, że powiedziałem całą prawdę o moim dylemacie naszemu Mistrzowi on
pozwolił mnie na dalszą pracę w zakonie. Jak on sam stwierdził „takich jak Ty
Ebenezernie Meshullam jest niewielu, dlatego wręcz musisz zostać z nami.
Przedstawiciele zakonu, którzy są podobnie utalentowani otrzymują dodatkowe zdolności
od naszej Bogini. Każdy z „mieszańców” ma inną umiejętność, która rozwija się nie tylko
wraz z jego postępami, ale i z jego stanem ducha.” Przerwałem, by przełknąć ślinę i
kontynuować opowieść. Starzec ciągle nasłuchiwał i nie patrzył się na mnie. Wydawałoby
się, jakby czegoś szukał wzrokiem w oddali…
- Do tego miasta przybywam wydobyć informacji od tutejszych mieszkańców odnośnie
„ciekawostek” znajdujących się w tych okolicach. Poza tym..
- Możesz przejść wędrowcze – przerwał - Wysłuchałem twej historii i nie
doszukałem się ani krzty fałszu. A to się ceni.
Starzec odwrócił się w kierunku muru miasta, podszedł doń, wyszukał dłonią przycisku i
tuż po chwili otworzyło się ukryte przejście.
- Dziękuję. Chciałbym jeszcze Ciebie o coś zapytać, magu.
Nieznajomy odwrócił się w moim kierunku i odrzekł:
- Skąd ta pewność, że jestem magiem, a nie dajmy na to – weteranem wojennym?
- A stąd, że tylko istota o tak silnych zdolnościach magicznych jak Ty potrafi niemal
bezbłędnie i niewyczuwalnie dla innych zakamuflować się pod postacią niepozornie
wyglądającego starca, który w dodatku bardzo dobrze umie posługiwać się bronią i czyta w
myślach. Nie wspominając już o wytwarzanej przez Ciebie potężnej aury magicznej, którą
też niemal bezbłędnie ukrywasz.
- Masz rację, Ebenezernie Meshullam. Pozwól jednak, że nie ujawnię mojej prawdziwej
postaci, jak i tajników mojego życia. Powiedzmy, że opiekuję się tym miastem odkąd
sięgam pamięcią. I nie wpuszczam tu osobników, którzy mogliby stwarzać potencjalne
zagrożenie.
- Dobrze, to mi wystarczy. Bywaj magu, niech Mortis ma Twoje kości w opiece.
Powiedziałem i wszedłem przez niedawno otwarte przejście. Niedługo później starzec je
zamkną i wrócił na wartę.
Twój mistrz ma całkowitą rację. Masz niebywałe zdolności, o których istnieniu jeszcze nie
wiesz i nieprędko nauczysz się nimi posługiwać. Powiedział do siebie w myślach i zaczął
telepatycznie informować władze miasta, że nadchodzącego dnia będą spodziewać się gości.

Vozu - 2008-06-24, 14:44

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Krew przestała cieknąć przybyszowi z ranki na szyi. Starzec spojrzał na nieznajomego z niezbyt radosnym grymasem na twarzy.
-A krew gdzie?
-Utrzymywanie sztucznego osocza w ciele jest dość... kłopotliwe ze względu na duże zużycie energii magicznej.-młodzik raczej nie wydawał się skrępowany mieczem przystawionym mu tuz do szyi. Ten został tuz po chwili od niej odsunięty.
Starzec zaczął obchodzić rozmówcę dookoła, bacznie mu się przyglądając. Dość krótkie, gęste włosy, okulary, idealnie przylegające do ciała bogate szaty (sprawiały wrażenie dość obcisłych) zdobne w guzy z białego złota. Kontrastował z tym zwykły podróżny płaszcz, narzucony na plecy. Widać było wyraźnie, iż służy on tylko do ukrycia czegoś, co nieznajomy umieścił na swoich plecach.
-Cień... ale jesteś jakiś inny-staruch dokonywał analizy na głos- przecież większość z was nie może przybrać materialnej powłoki!
-Ja mogę.-kultura przybysza przeżyła śmierć, wyczuwalna była w każdym geście i słowie- na początku to dziwiło także mnie... ale nie tak bardzo jak twoje możliwości..
-Zaskoczony jesteś, że rozpoznałem w tobie zjawę, co? Wielu się już na mnie nacięło, oj, wielu -uśmiechnął się do siebie- ale nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie. –starzec szybko przechodził od rozbawienia do surowego podejścia- mów!
-Imię moje pominę, nie czuje się już z nim związany, a słyszałeś je na pewno... Moja właściwa historia zaczyna się tak naprawdę na krótko przed śmiercią... na bardzo krótko przed nią...
Popełniłem wtedy, jak się dowiedziałem, „straszną zbrodnię”, która wzburzyła całą inkwizycję oraz wszelkich kapłanów... Zapomniałem dodać, urodziłem się w arystokratycznej rodzinie w Imperium.... gdy tylko wykryto mój niecny postępek, który „sam w sobie jest wielką zniewagą dla majestatu Wszechojca, oraz hańba dla mojej rodziny”, spędziłem kilka naprawdę ciekawych tygodni w lochach inkwizycji... Trochę widać po mnie...
Wskazał na swe ciało, niebywale wręcz chude.
-Ran nie widać, postarałem się o to.... Tak więc gdy nie udało się wymusić ode mnie aktu skruchy za tak plugawy czyn, postanowiono, że umrę na stosie... rodzina oczywiście nie chciała mi pomagać próbami przekupstwa, zagroziło by to jej dobremu imieniu, ale byli na tyle mili, że przebłagali Wielkiego Inkwizytora, abym mógł zginąć w tym oto stroju... gawiedź miała uciechę na pewno słyszałeś o tym wydarzeniu...
-Coś obiło mi się o uszy... A taaak, najmłodszy przeniewierca w historii Imperium... To ty?
- W rzeczy samej....
-Słyszałem że popełniłeś naprawdę odrażający występek... mając ledwo 16 wiosen na karku... Co to było?
-Wolałbym nie wspominać... Zwłaszcza że z mojego punktu widzenia trudno to nazwać zbrodnią...
-Niech będzie, kontynuuj.
Zjawa skłoniła się- Oczywiście. Kiedy już popiół po mnie malowniczo rozrzucił wiatr, a tłum się rozszedł, ocknąłem się... chociaż trudno to tak nazwać.... w każdym razie moja świadomość się tam znalazła... Stałem się upiorem, ale nie wiem czy to źle... wyznawcy Wszechojca mnie zamordowali, jestem teraz bardziej niż kiedyś nieufny co do wszelkiej maści wiernych....
-Przecież należysz teraz do Hord, a zatem do wyznawców Mortis, czy nie tak?
-Teoretycznie... w praktyce jestem posłańcem, jednym z najszybszych w całym Nevendaar, a przy tym w odróżnieniu od zwykłych duchów mogę przenosić przedmioty materialne.... więc jestem na wezwanie wszelkich nieumarłych, a gdy nie ma nic do dostarczenia... podróżuję...
-Cień podróżuje? Po co?
-Jak to po co?
-Nie udawaj, że nie rozumiesz, jaki masz w tym cel?!
-Nie mam –nieumarły się uśmiechnął- podróż jest celem samym w sobie... –spojrzał na niebo, zmierzch był blisko- ale teraz nie czas na omawianie mojej filozofii nieżycia... mam wiadomość do dostarczenia...
-W tym mieście? Czyżby kryli się tu jacyś nieumarli?]
Cień potrząsnął głową- to wiadomość do templariusza... dość niezwykłego, powinieneś wiedzieć chyba o kogo chodzi, wyróżniał się z tłumu na pewno....
-Możesz przejść w takim razie.
-Nie będę raczej przechodził... –kolejny uśmiech, także nie ukazywał zębów- już zmrok, teraz mam większą swobodę...
Zrzucił płaszcz i rozprostował czarne, pierzaste skrzydła.
-Żegnaj, starcze.
Przefrunął nad murem, kierując się w okolice centrum miasta.
* * *
Cień siedział na dachu jakiegoś budynku, stojącego tuż naprzeciw karczmy, w której drzwiach zniknął przed chwilą templariusz. Wsparty jedną ręką o dach w drugiej trzymał kielich wypełniony, gęstą, brunatną cieczą.
-Do czego potrzebne ci były te dane, Ebenezerze...? –rzekł do siebie- cóż, ja moją rolę spełniłem, nie powinienem na d tym rozmyślać...
Opróżnił kielich, po czym zaczął wtapiać się w cień, rzucany na dach na którym siedział.
-Mam czas na następną podróż....



(wersja ostatnia i jedynie słuszna mojego alter ego, wybaczcie makabryczny poziom tekstu, jestem niewprawiony... no i nie umiem rzecz jasna:P)

Pete - 2008-08-18, 15:30

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Długouch stanoł na chwilę i popatrzył na starca z pogardą.
- Co z tego bede miał natrętny starcze?
Starzec patrząc na Elfa z uwagą doszedł do wniosku że nie jest on zbyt rozmówny.
- Zobaczysz że w przyszłości nasza znajomość się opłaci...
- Nie sądze
- To porozmawiamy o Tobie mam pokojowe zamiary,wykaszlał starzec.
- Skoro nalegasz,co chcesz wiedzieć ?
- Pragnę poznać Twoją osobę jak jest na prawdę,jak Cię zwą?
- Pete
- Dlaczego przemierzasz niebezpieczne Lasy Nevendaaru?
- To mój dom...
- jak to ?
- Poprostu mieszkam tu odkąd Nieumarli zajeli naszą prowincję na zachodzie.
- Przykra sprawa a Twoi przyjaciele z prowincji gdzie się znajdują?
- Wszycy co dojednogo zostali zabici przez hordy.
- Przykro mi niewiedzieałem.
- To moja wina nie zdążyłem wrócić z łowów ja i mój łuk stwilibyśmy czoło truposzą.
Starzec zauważył że za pleców Pete wystaje Błyszczący łuk.
- Skąd go masz ?
- To dar wodza naszej osady dostałem go bo uznał że zasługuje na coś co trzymał w ręce sam Gallean.
- Interesujące.
Nagle za starcem pojawił się ogromny dziki niedźwiedź Pete w ułamku sekundy złapał za swój łuk i cisnoł w niego śmiercionosną strzałę i powalił nią niedźwiedzia,starzec obrócił się do Elfa,który zniknoł pod jego nie uwagę...

Mongward - 2008-09-15, 21:48

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-Nie groźcie mi, dziadku. I miecz schować też możecie. Kark bez głowy jest nieprzydatny, a głowa bez karku łacno się może zgubić.
-Ha, krasnoludzie, znać, żeście nie tak nieroztropny, jak paru innych. Co z tą historią?
-Widno, "urodził sie i koniec" wam nie starczy, co? W porządku więc, rzeknę wam nieco, ale zajmującej sie historii nie spodziewajcie. Bo i katar mnie dręczy i głodno, i chłodno. Znalazłby się krasnolud w karczmie, chętnie.
-Streszczajcie się, czasu nie staje.
-Co? Czasem nie sta...a tak, racja, już rzekę, jak było.
Na świat mnie wypchła mateczka, ja wiem...ze trzydzieści wiosen nazad? Może więcej...kto by to liczył. Było rożnie, ojciec robił za kowala...nie, nie myślcie sobie, żem jakiś potomek zbrojmistrza jakiego wielkiego...ociec zajmował sie prostą bronią, co to rekrutowi zanadto nie zaciąży, a doświadczony się posłuży. Wiecie...młoty, topory..proste, jak kowalskie, czy drwalskie przyrządy. Jedyny syn byłżem, to i mnie szkolił fachu...stąd z młotem łażę, to konia podkuję, to kosę naprostuję...ot, nic specjalnego, rozumiecie.
O czym to...ach, pomnę już. Było tak ze piętnaście zim minęło, jak mnie ojciec młot dał w rękę, kopa w rzyć i kazał szukać roboty we świecie szerokiem. A no to i szukam. Czym sie param, rzekłem...Ano, kiedy przyszło jednak jezioro jakoweś przepłynąć, nie, nie wpław, przecie, wynikł wypadeczek...widzicie, chciałem naprawić pióro sterowe...no cóż...nie naprawiłem, wywalili mnie za burtę...Dacie przejść, czy chcecie tu usnąć? Rzekłem, że historia moa prosta jak cepa skonstruowanie.
-A idźcie w cholerę, krasnoludzie, spać mi się chce istotnie...



Wersja robocza. Się kiedyś poprawi :p

Ashkael - 2008-09-20, 11:08

-Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś.Czy teraz opowiesz mi swą historię?
-Dobrze starcze opowiem ci mą wspaniałą historię.
-A więc chodzmy tam gdzie nikt nas nie usłyszy
Poszliśmy więc na górę do pokoju staruszka.
-Opowiadaj-powiedział
-Dobrze.
-Więc kiedyś byłem najemnikiem.Pewnego dnia dawno temu pewien Demon z Legionów
Potępionych i wynajął mnie i grupkę najemników magów.Gdy poszliśmy do ich stolicy
podsłuchałem ich niecne plany.Niestety było to bez sensu ponieważ pewien Wyznawca zauważył to i poszedł to zaraportować.Po kilku minutach odwróciłem się i zauważyłem Księcia Demonów który ścisnął mnie i zabrał wgłąb otchłani.Gdy stanąłem przed Askhaelem ich obrońcą stolicy on wydał wyrok by za dwa dni mnie zabić.Wtedy zamknęli mnie w wielkiej celi i...
-I co dalej?
-Przepraszam zaschło mi w gardle.Masz coś do picia?-zapytałem
-Oczywiście mam gin.
-Daj to skończe opowiadać
-Proszę.
-Dziękuję.No więc...zamknęli mnie w celi i postawili na straży Bestie.Ponieważ Bestie są bezrozumne wykorzystałem to i wkurzyłęm ją.Gdy cela się otworzyła ja wymknąłem się z tego piekła i poszedłem ostrzec dostojnych Elfów gdyż Legiony postanowiły zniszczyć ich wszystkich oraz stolicę w sercu lasu.Gdy ich ostrzegłem Elfy zaproponwały mi żebym do nich dołączył.Zgodziłem się porzucając stan najemnika.Po ciężkiej bitwie straty były wielkie lecz pokonaliśmy te plugawe bestie.
Od tamtej pory odbudowujemy i rozwijamy nasz miasto.
-Dziękuje ci bardzo za tą opowieść.
-Nie.To ja dziękuje że spotkałem tak zacnego starca.
I wyszedłem z karczmy idąc w kierunku lasu.

Ansgar Malthe - 2008-09-21, 20:56

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Cóż ... Nie jestem byle wędrowcem. Jestem rodowitym Alkmaarem, posłańcem niosącym słowo samego Kara Umaracha, podróżnikiem prosto z Ras Al Kaimah. Nie doceniłem Cię ... jesteś pierwszym żywym, który zdołał mnie zranić. Nie brak Ci umiejętności i szybkości. - powiedziałem wyrażając szczere uznanie.
- Czy mógłbym poznać cel Twego przybycia, lub chociaż Twe imię ... Templariuszu? - rzekł starzec wyprostowując się dumnie.
- Nie jestem templariuszem. Jestem Ansgar Malthe, niegdyś prosty wojownik, obecnie Mroczny Władca na usługach Mortis, weteran walk z Imperium, najlepszy szermierz jakiego nosiła ta parszywa kraina, od dziecka wykazywałem duże zdolności w posługiwaniu się orężem. Słyszałeś o rzezi krasnoludów nieopodal stolicy Klanów? To moje dzieło. Przynoszę rozkazy dla tutejszego przywódcy Hord ... Grafa Ep Shogu. Czy teraz mogę już przejść? - spytałem.
- Ciekawe ... doprawdy ciekawe ... Tak - możesz przejść. - powiedział starzec.
- Zatem bywaj -
- Bywaj -

Reyned - 2008-09-22, 07:23

Młody człowiek (patrz awatar) podszedł do bramy miasta i spojrzał na starca pod nią siedzącego
- Nowy wędrowiec, opowiesz mi swą historię? – Zapytał starzec skrzeczącym nieco głosem; chłopak przyjrzał mu się jeszcze raz i zauważył nie bylejakie ostrze leżące obok dłoni starego człowieka
- Wybacz, może mi się nie śpieszy, ba, mam nawet za nadto czasu, ale nie mam ochoty na rozmowę z takim staruchem jak ty, a to – wskazał palcem na miecz – umiesz to podnieść?
-Przekonać się chcesz?
-Zgoda jak go uniesiesz i wykonasz prosty wymach opowiem ci wszystko – zaśmiał się rozbawiony sytuacją i nagle ostrze w piękny sposób poleciało w jego stronę, cudem, a może raczej szczęściem i opatrznością swej bogini zdołał zablokować ramieniem ostrze, które dość głęboko się w nie wbiło. Po ramieniu młodzieńca poczęła spływać krew, lecz niewiarygodnie szybko skrzepła – Hehehe nieźle staruszku… - skomentował chłopak, odzew starca był przewidywalny
- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-Jak wiele z niej chcesz usłyszeć?
- Opowiedz jak najwięcej – odrzekł wyciągając jednym ruchem miecz z ręki wędrowca i siadając na swoje miejsce pod murem. Starzec był tak stary jak to miasto, to było widać w jego oczach. Młodzieniec coś mruknął, wyjął z tobołka butelkę, otworzył ją i pociągnąwszy duży łyk zaczął opowiadać:
***********************[*]************************
Na obszernych Dziedzińcach
Płoną Stosy Ofiarne,
które w Przeszłości Obróciły się
by Spopielić tych co Podpalali.
I będą Płonąć, i będą Wyć,
i będą Błagać,
i będą Skomleć,
a Płomienie kąsają ich
i Wbijają się jak Kolce.
Pieką, Syczą, Strzelają wysoko
Podsycane.
Meżadews Akszugor

/10 Listopad 1994 r./
*************************************************
Kolejne stosy płonęły wydzielając ciepło, ciała ofiar pachniały niezbyt przyjemnie. Inkwizytor, który zabił już dość wielu, aby stracić zdrowie psychiczne, recytuje kolejny raz te same słowa z księgi. Ludzie stojący niedaleko słuchają tego, uważając to za słowo Wszechojca…lecz dlaczego jest on nazywany Wszechojcem? – Rozmyślał patrząc na stosy młody jeszcze zabójca – Gallean stworzył elfy, Mortis nieumarłych i morludzi, Wotan krasnoludy…to się kupy nie trzyma, niedość, iż wiara błędna, to wypłata coraz bardziej mierna – czas pewny potrwała jeszcze ceremonia, po czym wszyscy skierowali się do swoich zajęć. Po niedawnej pogadance rozkazano młodzieńcowi pójść do biblioteki i zbadać informacje o demonach. Nie było to dla niego zbyt pasjonujące, lecz jednak postanowił rozkaz wykonać.
*************************************************
Materializm, Chaos, Chciwość, Pożądanie, Brzydota, Okrucieństwo, Zapomnienie, Niechęć, Ignorancja, Ateizm, są głównymi cechami przypisanymi demonom… - ateizm? A Uther to co to było? No, bo mi się wydaje, że bóg…zresztą nieważne – zastanawiał się człek wertując w gospodzie strona po stronie zawartość księgi, czekając na obiad. Gdy wreszcie otrzymał talerz z dziwną breją odszedł do swojego pokoju na poddaszu, talerz postawił na stole, książkę rzucił w kąt złapał za rapier i przeciął obraz przedstawiający Wszechojca na dwie części, w tym momencie się zorientował, iż w pokoju znajduje się ktoś jeszcze, ta osoba okazała się być cieniem…
*****[*]****************************************
-Cień? – Zdziwił się starzec – już jakiś czas temu jeden przyszedł do miasta…
-Ano cień – odrzekł chłopak chowając pustą butelkę z powrotem do tobołka. – i to nie byle jaki cień, powinieneś go znać, co prawda robi za psa na posyłki…ale i tak ma lepszą fuchę niż miałem w imperium, dał mi on niezwykłą propozycję, co bym to udał się do stolicy Hord i poszedł do Ashgana, a lepsze życie rozpocząć będę mógł…w sumie nie miałem czym zaryzykować
- Stąd brzmi jak byś był idiotą szukającym śmierci, lecz…opowiadaj dalej….
***********************************************
Wiele dni podążałem do stolicy Hord, byłem zdziwiony, iż paru mądrzejszych przedstawicieli, którzy mnie rozpoznali nie podnosili na mnie broni, unikałem spotkań z przedstawicielami mej rasy aż wreszcie dotarłem do celu, stolicy Hord, udało mi się prześlizgnąć do Ashgana. Im byłem bliżej tym robiło się łatwiej, aż wreszcie stanąłem przed nim, złożył mi propozycję, warunkiem było zamknięcie duszy we wzmocnionym filakterium, zyskiem wieczne życie, normalna praca, lepsze zarobki, i pewność, iż nie zestarzeję się, ceną obowiązek wykonywania wszystkich poleceń właściciela filakterium. Po całej sprawie Ashgan zawiesił je sobie na szyi o ile można to tak nazwać, po czym wysłał mnie tu portalem, mam być jego oczyma i uszami w tym mieście z powodu jego mieszkańców, idę to właśnie zameldować się u tutejszego głównego wampira….

-Przejdź.

Pete - 2009-01-08, 07:28

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
- Skoro nalegasz starcze, mam chwilę czasu i mogę z Tobą porozmawiać. Czego byś chciał się dowiedzieć ?
- Czegoś o Tobie, o twoich przygodach -odpowiedział starzec.
- Zwą mnie Pete, jestem Imperialnym, z zawodu Inkwizytorem.
Starzec zmierzył Inkwizytora od stóp do głów, widząc czerwone szaty z detalami zbroi oraz zaczepioną u pasa buławę)
- Co cię sprowadza do mego miasta młodzieńcze?
- Szukam tymczasowego miejsca zamieszkania...
Starzec wybuchł śmiechem i rzekł
- Wy? Inkwizytorzy zamieszkują piękne Magistraty we wschodnich prowincjach królestwa...
- Opowiem Ci coś Starcze...
- Słucham.
- Było nas trzech, dwóch było dopiero po szkoleniu Ja byłem ich mistrzem, trenowaliśmy w pobliskim lesie sztukę uodparniania się na siłę umysłu. Nagle pojawiły się z leśnych cieni różne zmory i kreatury więc chwyciłem za swą buławę, moi dwaj uczniowie również chwycili na swój oręż i jakoś daliśmy radę tym kreaturom. Biegliśmy do swojej twierdzy na zachód stąd i tam zaczął się dramat.
Wieże stały w ogniu, konie leżały wyżarte na żywca przez monstra, poczuliśmy ciężką ciszę i nagle otoczyły nas cztery dziwne monstra krzyczące, że dawno temu między innymi ja posłałem je na stos za życia. Chwyciłem za swą buławę i czekałem aż zaatakują ale o dziwo tego nie zrobili tylko porwali moich uczniów. Jeden z nich został ze mną na dziedzińcu by stoczyć ze mną walkę gdyż te monstrum było dawno temu wysłane na stos za głoszenia nauk heretycznych.
Powaliłem go bez żadnych komplikacji i doszedłem aż tutaj. Mam zamiar zostać tu na noc, a z rana wyruszam dalej na zachód do głównej siedziby zakonu Inkwizycji.
- Przejmująca historia młodzieńcze... możesz nocować u Mnie. To zaszczyt mieć pod swym dachem tak dzielnego Inkwizytora.

-all edits by R'edoa. nie chciało mi się kolorować tych stu dwudziestu błędów.

Maxion - 2009-04-30, 22:05

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
- Skoro nalegasz toteż opowiem, choć mógłbym zgnieść cię, przejmując się niewiele bardziej, niż po zgnieceniu muchy.
- Uważaj na słowa nieumarlaku! Teraz pomyślmy... Nie jesteś człowiekiem, krasnoludem, elfem, ani bestią, a masz po trochu tego wszystkiego.
- Spostrzegawczość to cudowna cecha. Więc już zacznę. Aby opisać me pochodzenie muszę przedstawić ci mych przodków. Lata temu po zakończeniu wojny między krasnoludami i elfami mój prapradziad - krasnolud zadał się z elficą. Tam między elfami wychowywali się moi przodkowie, jednak mój dziadek wyruszył do wielkich miast, gdzie zakochał się w kobiecie. Ich córka została zwerbowana przez nekromantę, przez niego wychowana i od niego przejęła smykałkę do nekromancji. Jednak gdy wszystkie rasy zaatakowały sporą już armię mej matki (gdyż stanowiła potencjalną zagładę dla połowy ras), ta stworzyła jajo, które zostało zapłodnione przez jednego z jej podwładnych - smoka. Jednak moje narodziny odbyły się inaczej niż historia chciała. Smok widząc mnie spalił na miejscu, nie chciał on bowiem mieć belzebuba wśród potomków. Mając zaś za matkę nekromantę odrodzenie się nie było dla mnie problemem i teraz wędruję jako łowca smoków, żyjąc jedynie chęcią zemsty na mym ojcu.
Starzec nie był jakoś szczególnie zaskoczony moją jakże skażoną krwią, wręcz przeciwnie, niezauważalnie wręcz skrzywił twarz, jakby chciał powiedzieć "tak myślałem"

Fergard - 2009-05-31, 22:44

Kolejny wędrowiec pojawił się u bram. Nie zaliczał się do tych zwyczajnych wędrowców, jakich widuje się na drogach. Jego cechą charakterystyczną była płomiennowłosa grzywa przypominająca nieco irokez. Dochodziły do tego dwa rdzawoczerwone miecze i błyszczące krwistą czerwienią oczy. Nie ulegało wątpliwości, że nie był to człowiek. Nie wyglądał też jednak na demona. Zmierzył chłodnym wzrokiem starca siedzącego przy bramie. Nie wyglądał groźnie - Ot, staruszek z mieczem w ręku. "Nie zamierzam się afiszować...", pomyślał nieznajomy, podnosząc rękę. Natychmiast otoczył go cień, czyniąc absolutnie niewidzialnym dla ludzkich oczu. Ledwo jednak minął się ze starcem, poczuł chłodny koniec miecza na swojej szyi. Cień rozwiał się w jednej chwili. Strażnik wykrył go bez najmniejszych problemów.
- Nie ominiesz mnie bez opowiedzenia swojej historii. - Mruknął, kłując go w szyję. Leciutki strumień krwi popłynął z krwi płomiennowłosego, po czym opadł z głośnym kapnięciem na bruk.
- Nie jesteś człowiekiem... - Warknął, dobywając mieczy. Szybko jednak dostał w dłoń i zaprzestał prób kontrataku.
- Jestem stary i nie tak cierpliwy jak kiedyś. Opowiesz mi swoją historię, czy mam cię wyprosić, półdemonie?
- Skąd wiesz, kim jestem?! - Warknął jeszcze głośniej płomiennowłosy.
- Uspokój się. Przemiana w Daevę nie da ci nic, podobnie jak w Xipanticusa czy Heartless. - "Czyta moje myśli, czy co?", pomyślał już lekko panikujący półdemon. - Owszem, czytam twoje myśli.
- Więc równie dobrze możesz przeczytać wszystko z mojej głowy.
- To nie to samo, co kolejna dobrze opowiedziana historia.
- Niech cię szlag, staruchu... Dobrze, jeżeli mogę tu wejść za jedną historyjkę, to opowiem. A więc... Moje imię to Fergard. Zwą mnie także Stratoavisem czy Jaszczurzym Golemem, sam nie wiem, dlaczego. Jestem półdemonem - Ojcem mym był Azjralos, potężny Zgłębiczart i wojownik. Matki nie pamiętam.
- Jeżeli był taki potężny, to dlaczego dał się zabić bandzie podrzędnych demonów? - Parsknął starzec z błyskiem w oku. Fergard popatrzył na niego spode łba.
- Przemierzyłem wiele światów: Nevandaar, Antagarich i Enroth, Axeoth, Ashan, Nieskończone Warstwy Otchłani, Spirę, Antaloor czy nawet takie dziwne światy jak Ziemia. Niegdysiejszy przydomek Kreatora odzwierciedlał moje umiejętności animowania istot z rysunków. Zresztą nigdy się nie rozstaję z pergaminem i piórem. - Półdemon uchylił płaszcza, ukazując schowane za pasem pióro i pergamin. - Wiesz, że mogę zmienić się w demona, wiesz, że mam władzę nad Heartless. Wiesz nawet to, że nie umiem pływać. A teraz bądź łaskaw mnie przepuścić.
- Nie powiedziałeś mi jeszcze jednej rzeczy.
- Niby jakiej?
- Że straciłeś głowę dla pewnej gnollicy i teraz poszukujesz jej po całym świecie.
- Niech cię szlag... - Powtórzył po raz kolejny Stratoavis, popijając Kwaśnej Smoczej - Najmocniejszego trunku z zapasów Pandareńskich Miodowarów. - Tak, to fakt. - Półdemon zlustrował wzrokiem okolicę. - Heh... Nie boicie się ataku tych popaprańców Bethrezeena? - Brew starucha uniosła się lekko.
- Nie paktujesz z Potępieńcami? - Zdziwił się.
- A, jednak jest rzecz, którą mogę cię zagiąć. - Fergard uśmiechnął się lekko. - Demony zniszczyły mi życie, zabiły ojca i porwały miłość. Nie, zdecydowanie ich nie lubię. Choć... Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to mogę z nimi kooperować. Wszystko dla Cassandry. - Płomiennowłosy odetchnął. - Przepuścisz mnie teraz? - Staruch bez słowa ustąpił mu miejsca.

Teraz nic nie będzie już takie samo...

Goar - 2009-06-19, 21:59

-Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?

-Jestem młodym adeptem magii zainspirowanym Czarną Magią, mam na imię Goar.

-A więc opowiedz swoją historię magu Goarze!

-Kiedy miałem 7 lat zmarła moja mama, a gdy miałem 9 lat tata. Niezostało mi wtedy nic jak pujść samotnie w świat. Mimo że byłem tak młody radziłem sobie dość dobrze. Nie glodowałem, ponieważ odziedziczyłem po ojcu talent do władania mieczem i łukiem. Podrużowałem tak 2 lata gdy pewanego chłodnego poranka obudził mnie wysoki, chłodny i wyniosły głos należący do elfa:
"Co tu robi tak mlody i samotny chłopiec? Nie boisz się podrużować samotnie?"
"Moi rodzice zmarli i nie zostało mi nic innego niż podrużowanie poświecie!"
"Ostatnio czuję się dość samotnie więc może mógłbym się przyłączyć do twojej wędrówki... Mógłbym cię bronić i pomagać ci zdobywać jedzenie... Bylbym twoim Przewodnikiem."
Niepozostało mi nic innego jak zaufać nieznajomemu elfowi, i tak bezniego prędzej by mnie rozszarpały wilki albo pomarłbym z braku jedzenia.
"Dobrze zgadzam się."
"A wiec podrużujmy razem... Jestem Sillev!"
"A ja Goar."
Okazalo się że Sillev był bardzo silny i zwinny, z nim nie brakowało mi żywności i nie bałem się nawet niedźwiedzi lub orków.
Ćwiczyliśmy razem walkę i magię (ten elf również znał się doskonale na zaklęciach). I tak mijały kolejne lata. Podrużowaliśmy razem po rozległych równinach Neveendaru ponad 10 lat.
Pewnwj Nocy o pólnocy zostałem brutalnie obudzony przez Sillev'a. Gdy już się przebudziłem caly mokry(oblał mnie lodową wodą która chyba miala zaraz zamarznąć),Sillev wykrzyczał:
"Wstawaj tżeba walczyć!!!"
Podniosłem sie i zobaczyłem przed soba dwa Diabły, Opetanego i Wyznawcę.
"Eee niema co panikować, łatwo będzie to tylko dwa salcesony, kurza łapa i chory psychicznie gostek!"
I zaczeła się walka oczywiście wygraliśmy bez draśnięcia. Nagle pojawił się przed nami Książe i powiedział:
"Z tym sobie nie poradzicie"
I w oddali zauważyliśmy szybującego w naszą stronę Czerwonego Smoka. W maksymalnej sybkości Książe uciekł z pola bitwy, lecz my wiedzieliśmy że nie zdążymy uciec. W koncu demon ma skrzydła. Musielismy walczyć.
Walka była bardzo zażarta i wyrównana. W wyniku muj najleprzy przyjaciel Sillev zginoł dajac mi okazję do zabicia smoka. Nie dano mi czasu na zabranie ciała elfa z tej krwawej równiny. Widać było bardzo szybko poruszającą się wielką armię demonów(ponad 500 oddźałów). W końcu po spojrzeniu w przeciwną stronę zroaumialem że to bitwa miedzy Imperium a Demonami. Z żalem uciekłem z pola bitwy. Nie mogłem należycie pochować ciała swojego najleprzego a zarazem jedynego przyjaciela. Przez 18 lat od tego wydażenia krażyłem samotnie po krainie Neveendar poznajac najskrytrze tajniki wszystkich rodzaji magii. Teraz przyszlem tu przenocować by jutro isc dalej w świat po nową przygodę.

-To była bardzo pasjonująca i wzruszająca historia...

-Mogę przejść?!

Powiedzialem ocierając ukratkiem samotną łzę.

-Och tak, tak...

Klucznik otworzył przedemną brame do tajemniczego miasta...

Eldim - 2009-07-08, 12:04

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Eldim podniósł lekko głowę do góry. Dopiero teraz starzec zauważył jego twarz. Był blady, zaś jego siwe włosy powiewały lekko na dziwnym wietrze, który zerwał się nagle. Oczy lśniły mu czarnym światłem, spojrzał na starca wymownym wzrokiem, po czym naciągnął kaptur jeszcze mocnej na głowę. Jego ręce były dziurawe, w niektórych miejscach zupełnie pozbawione skóry. Widok ten przeraził nieco starca siedzącego przy bramie. Wreszcie jednak tajemniczy przybysz odezwał się.
- Jestem Eldim, nekromanta z Klanu Krwi - rzekł patrząc złowrogim spojrzeniem w kierunku swojego rozmówcy.
- Zdrajcy... Tutaj wasza plaga nie ujrzy schronienia - odparł cicho stary człowiek, po czym delikatnie sięgnął po miecz. Nekromanta widząc to uniósł prawą rękę na wysokość własnej głowy i przywołał do niej płomień, ktory natychmiast zatańczył na jego wpół martwej dłoni. Jego głowa wciąż zwisała w dół, spoglądając w ziemię.
- Nie szukaj zwady starcze, kiedy nie jest ona potrzebna. - dodał Eldim gasząc płomień w swojej ręce - Nie jestem tu, po to, aby kogokolwiek niepokoić.
Siedzący mężczyzna zsunął dłoń z rękojeści miecza, tak samo spokojnie, jak po nią sięgnął, wciąż patrząc w inną stronę. Nie spodziewał się, że Nekromanta będzie tak spokojny, na ogół żaden z nich do takich nie należy.
- Mogę przejść? - spytał spokojnym, lecz mrocznym głosem przybysz.
Starzec przełamując paraliżujący strach spojrzał wreszcie na niego.
- Tak, ale powiedz, po co tu przybyłeś?
Eldim uniósł głowę w górę, najwyżej, jak tylko pozwoliła mu na to jego szyja. Swoimi czarnymi oczami spojrzał ku niebu, które tej nocy było piękne i rozgwieżdżone. Stojąc w skupieniu odezwał się jednak po krótkiej chwili.
- Chcę tylko zaznać spokoju.
- Spokoju? - Stary mężczyzna był wielce zadziwiony tym, co usłyszal z ust Nekromanty.
- Bynajmniej, zapamiętaj, że nie wszystko, co wydaje ci się złe musi takie być.
Dzadyga wstał i otworzył niezdarnie bramę miasta, dając zarazem znak ręką do wejścia.
Nekromanta wsunął się delikatnie do środka i skinął głową starcowi. Za chwilę jego smukła sylwetka rozpłynęła się gdzieś w mroku nieznanego, miasta.

Lievy - 2009-07-08, 14:57

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Jak widzisz jestem człowiekiem. W dzieciństwie zacne krasnoludy znalazły mnie na polowaniu. Byłem obolały, schorowany i bliski śmierci, lecz dobre serca moich przysadzistych przyjaciół nie pozwoliły bym dalej leżał tak porzucony na pastwę losu. Zabrali mnie do królewskiego zamku, gdzie jedna ze służek wielmożnej Yatta Halii wzięła mnie pod swą pieczę. Nieraz ciężko mi było żyć wraz z krasnoludami, bowiem nie jestem z ich gatunku, ale przyjaciele nie pozwalali mi się smucić. W wieku 25 lat w pojedynkę zabiłem gromadę trolli i wzięto mnie do straży królewskiej. Jestem przyjacielem Górskich Klanów i wrogiem ich wrogów.
- Ciekawe rzeczy powiadasz, wręcz neiprawdopodobne. I co Cię sprowadza do naszego miasta?
- Całe życie zastanawia mnie z kąd mam dziwne znamię na plecach i dlaczego czasem tracę świadomość, gdy po kilku godzinach budzę się w zupełnie innym miejscu, często z ranami na ciele, jakbym stoczył ciężką walkę. Podobno w tutejszej świątyni jest kapłan, który jest w stanie mi pomóc. Czy teraz byłbyś łaskaw panie i przepuścił byś mnie?
- Owszem, zważaj jednak na złodziei grasujących w ciemnych zaułkach. Są podstępni i coraz trudniej jest nam wyplemić tą zarazę.
- Dzięki, bywaj.
- Bywaj.

DeathCloud - 2009-07-09, 12:33
Temat postu: Miceus DeathCloud The Purveyor of pestilence
Środek nocy. Z mroku wyłania grupa odzianych w ciemne płaszcze i zakapturzonych postaci. Było dwunastu, po bliższym przyjrzeniu można wywnioskować, że to nie jest jednorodna grupa i pod płaszczami są zarówno magowie jak i wojownicy, jeden z nich szedł wysunięty na przedzie, reszta otaczała osobnika, który, pomimo iż nie wyróżniał się ubiorem od reszty to zdawał się być kimś ważnym.
- Może zdołacie to ukryć przed zwykłymi mieszkańcami, ale ja z łatwością wyczuwam waż odór śmierci, jeśli chcecie to magicznie ukryć to postarajcie się bardziej. Ale nic mi do tego, możecie wejść do mego miasta, ale tylko wtedy, gdy opowiecie, kim jesteście.

Będący na przedzie nekromanta podszedł do starca, odkrył usta i tylko kaptur skrywał w mroku jego oczy, widać było jego młody wiek, ale także szkody, jakie wyrządziły jego ciału moce śmierci.
- Przepuść nas, nie będziemy odpowiadać byle podstarzałemu i oszalałemu strażnikowi.
Mówił to ochrypniętym głosem, ledwie zdążył wymówić te słowa, gdy strażnik znalazł się przy nim i trzymał ostrze miecza dociśnięte do jego szyi. Na twarzy nekromanty było widać zaskoczenie, ale nie strach.

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś.
Gdy reszta już miała się rzucić na strażnika, została powstrzymana gestem osobnika, którego ochraniali. Opuścił z powrotem rękę podnosząc jednocześnie głowę, z osłoniętej kapturem i bandażami twarzy można było dostrzec parę świecących, czerwonych oczu.
- Niech tak będzie, skoro to jedyny warunek wejścia do miasta. A ty jesteś kimś więcej niż tylko podstarzałym strażnikiem miasta.
Podszedł do strażnika, podczas gdy reszta się cofnęła. Mówił głębokim, spokojnym, niemal pozbawionym emocji głosem, jego słowa przechodziły od brzmienia niczym echo do niby szeptu, za każdym słowem zdawało się słyszeć jakby mocno stłumione inne głosy
- Jestem jednym z najwyższych Arcyliszy Mortis i jednym z przywódców Nieumarłych.. Nazywam się Miceus, niektórzy znają mnie jako DeathCloud lub Purveyor of pestilence, ale to tylko nazwy i są bez znaczenia dla mnie.
- Nie spodziewałem się tak wysokiego dostojnika Hord tutaj.
- W rzeczywistości nie jestem tu obecny. Te ciało jest tylko nosicielem mojej esencji, prawdziwe ciało z całą swoją potęgą jest w mojej fortecy na kontynencie, w ten sposób ograniczam ryzyko. Co do hord to nie używam go jako określenie dla naszej zbiorowości, jest przyziemne, pospolite, pasujące do mniej zawansowanych społeczności śmiertelników jak barbarzyńcy czy zielonoskórzy. Wolę używać określenia Plaga, najwspanialszego dzieła natury oprócz samej Śmierci.
- Plaga? Czy to na pewno nie jest dobry powód do dumy?
- Dla śmiertelników może to być złe i wywoływać lęk, bo nie rozumieją tego jak i nie rozumieją samej Śmierci. Nie rozumieją, że Śmierć jak i późniejsze przebudzenie jako Nieumarły sługa wyzwala ich od ograniczeń i pozwala na dalszy rozwój, z nowym spojrzeniem będącym ponad dobrem i złem, ładem i chaosem.
- To brzmi jednak jak mowa złoczyńcy.
- Jestem tego świadom, nie wypieram się tego ze nasze motywy mogą wydać się złe dla zwykłych i ograniczonych śmiertelników, ale tylko do czasu… Powinieneś to chyba zrozumieć, bo sam jesteś ponad tymi podziałami.
- Rozumiem, częściowo. Wciąż jednak nie poznałem twojej historii.
- Moja osobista historia ma małe znaczenie i nie jest niczym ważnym wobec naszej historii, a ją znasz z dziejów Nevendar wczorajszych, dzisiejszych jak i poznasz z jutrzejszych. Więc byłem magiem Alkmaarów na długo zanim nadeszło Nawrócenie i byłem jednym z pierwszych, jaki okrył magię Mortis, byłem jednym z założycieli Jej kultu jak i jednym z pierwszych Liszy. Stulecia przed zesłaniem plagi na Alkmaar i powstaniem naszej Plagi Nieumarłych. Jako wierny i kompetentny sługa Mortis posiadłem kontrolę nad wieloma nieumarłymi cały czas asymilując nowych członków do naszej zbiorowości. Mój umysł i dusza pochłaniały część każdego, kto był wchłaniany przez moją część Plagi. Brałem udziałw każdej kampanii Nieumarłych, jak i będę brać udział w następnych, a te nadejdą, bo zbliża się nowy okres wojen.
-Więc jesteś fanatycznym wyznawcą i sługą Mortis?
- Nie jestem Jej wyznawcą, spełniam Jej wolę i służę Jej rozprowadzając naszą Plagę po świecie, nie można wyznawać tego, co jest rzeczywiste i namacalne a tym jest Plaga Mortis, która w końcu dojdzie do każdego. Nie jestem też fanatycznym sługą, bo to tylko by mnie ograniczało. To koniec historii, więcej dowiesz się z przyszłych wydarzeń.
- A co sprowadza was do mego miasta?
- Nie ważne, nie jest to zagrożenie dla twego miasta.
- Przechodźcie.

Grupa weszła do miasta w podbonym szyku jak w jakim przybyłą i znikła w mrokach uśpionego miasta.

Elendu - 2009-12-21, 14:22

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
Elfka nawet nie drgnęła, jedynie jej oczy rozszerzyły się nieco, nie wiadomo, w zaskoczeniu czy zainteresowaniu. Za plecami starca rozległo się ciche warczenie. Gdy spojrzał przez ramię, mógł dostrzec błysk kłów i rozgniewanych oczu sporej wielkości wilka. Na drobny gest elfki wilk uspokoił się, nadal jednak wpatrywał się z napięciem w starca. Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie.
- Moja historia nie jest czymś, co uprzyjemniłoby ci dzień. Pochodzę z odległej krainy i nie znam tych ziem, moje wspomnienia nie mają z nimi wiele wspólnego. - W jej głosie słychać było jakby nutkę smutku.
- Po co więc tu przybywasz?
- Na prośbę przyjaciela. Przybyłam odszukać go w twych murach.
- Jak długo masz więc zamiar pozostać?
- Tak długo jak będzie trzeba. Nie znam tego świata, nie znam istot w nim mieszkających ani prawideł nim rządzących. Być może, jeśli nauczę się zasad tutejszej gry, zagoszczę u was jako jeden z graczy.
- A on zagości z tobą? - Zapytał starzec, a elfka domyśliła się, że chodzi o jej zwierzęcego przyjaciela.
- A czy kazałbyś mi zostawić tu swoją rękę lub nogę? Czy kazałbyś rozstać się z częścią mnie?
- Czy twoja ręka poczekałaby na ciebie pod bramami?
- Skąd myśl, że on zaczeka? - Uśmiechnęła się drapieżnie, nagły kontrast z dotychczasową łagodnością i dobrocią. Przez głowę przemknęły jej dotychczasowe dowody jego wierności, a także jego niechęć do rozstawania się z nią za wszelką cenę. Starzec spojrzał na nią, po raz pierwszy w jego oczach zagościł cień emocji.
- Cóż za zmiana - mruknął, stał jednak na tyle blisko niej, żeby mogła to dosłyszeć.
- Jestem jak woda - szepnęła głosem, który faktycznie przypominał szept strumienia. - Na co dzień spokojna i łagodna, gdy coś mnie wzburzy mogę być równie zabójcza co najlepsza stal.
- A więc wejdź i znajdź to, po co przybyłaś.
Dziewczyna skinęła lekko głową, nieco zdziwiona swoim i jego zachowaniem. Minęła go bez słowa, kierując się w stronę bramy.

Raven - 2009-12-23, 14:40

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Wampir nawet nie drgnął jednak jego płonące oczy zmrużyły się patrząc na tajemniczego starca. Zaskoczył go a tu już samo w sobie było ciekawe. Może warto poświęcić mu nieco więcej uwagi niż mijanym zazwyczaj na ulicach żebrakom?
- Na imię mi Raven, moje nazwisko zostało już dawno zapomniane i pogrzebane wraz ze wspomnieniami jego świetności pod grubą warstwą kurzu. - odpowiedział swoim zimnym głosem nie wyrażającym zbyt wiele emocji po za znudzeniem i jakąś czającą się groza.
- Co cię sprowadza do mojego miasta?
- Mówi się, że zemsta to jeden z największych grzechów ludzkości. Że jest zła.
- A ty wędrowcze? Czy ty jesteś dobry?
- Jeśli zemsta jest zła, to ja nie chcę być dobry. - odpowiedział spokojnie i uniósł głowę patrząc w niebo zupełnie jakby nie przejmując się tym, że ma ostrze przy gardle. W końcu jego przeznaczeniem nie było zginąć tu, pod bramą tego miasta z ręki starca. On znał swoje przeznaczenie już od dawna.
- Wierzysz? - nagle ni stąd ni zowąd zapytał tajemniczy starzec.
- Czy wierzę? - zadrwił wampir - On sam się ode mnie odwrócił. To dlatego jestem teraz tym kim jestem.
- To ty musiałem odwrócić się do Niego plecami. Wybaczy ci...
Na te słowa z bladych ust wampira wydobyło się tylko pogardliwe prychnięcie.
- Wystarczy mi po prostu by nie wchodził mi w drogę. Zarówno On jak i jego wyznawcy. - ruszył odtrącając dłonią miecz od siebie. Minął już starca i zmierzając w stronę tawerny.
- Nie jesteś człowiekiem prawa? - usłyszał za sobą wołanie
- Nie jestem... - mruknął pod nosem, jakby sam do siebie. Człowiek nie mógł tego usłyszeć.

Amsun Thales - 2009-12-26, 02:55

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze? - spytał strażnik. Szybko zlustrował podróżnego. Był niezbyt wysoki, szczupły, okryty szaro-zielonym płaszczem z kapturem opuszczonym na twarz, a przez ramię przewieszony miał długi łuk i kołczan strzał. Wyglądał... na jakiegoś rodzaju myśliwego lub coś w tym guście.
- ... - Przybysz nie odpowiedział. Zwlekał chwilę, lecz gdy poczuł zwiększający się nacisk ostrza na szyi, westchnął i spokojnym ruchem zsunął kaptur. Spod niego ukazały się niezbyt długie, bo sięgające ledwie do ramion czarne włosy z fioletowo pofarbowanymi jakąś substancją końcówkami, a smukłe rysy twarzy mogły wskazywać na elfie pochodzenie, jednak...
- Ostrze nie będzie Ci potrzebne, starcze. - Cichym, melodyjnym głosem odezwał się w końcu przybysz. 'Kolejna rzecz wskazująca na elfie korzenie' przemknęło starcu przez myśl - Nie zamierzałem sprawiać kłopotów, postanowienia nie zmienię.
Coś w tym głosie kazało zaufać swemu właścicielowi, tak więc starzec, choć z początku niechętnie i ostrożnie opuścił ostrze.
- Imię. Imię jakieś masz? - rzucił strażnik.
- Amsun winno wystarczyć. - krótko odparł podróżnik i zamilkł, najwyraźniej czekając na reakcję starca. Ten po chwili znudził się nieustającą ciszą.
- Nadal czekam, aż opowiesz coś o sobie, bym zdecydować mógł, czy cię do miasta wpuścić.
- Wybacz, panie, brak elokwencji z mej strony, jednak nie zwykłem przychodzić do miasta często. Chciałem zatrzymać się na dzień lub dwa, by odpocząć, a później znów ruszyć w drogę.
- A cel jakowy masz w tej podróży? - zainteresował się starzec
- Szukam... pewnej osoby. Nie mogę powiedzieć nic więcej.
Strażnik wzruszył ramionami.
- No to popatrz sobie tylko przez tę bramę, bo nic więcej uczynić dla ciebie nie mogę. Nie mówisz, twoja sprawa, lecz moją sprawą tedy jest przepuszczenie cię. Więc zmywaj się stąd.
Amsun spojrzał na starca kamiennym wzrokiem, po czym odwrócił się i odszedł w stronę rozciągającego się w dali lasu.
- Elfi pomiot... zrozum tu takiego... - mruknął do siebie staruszek.

Gdy nastał zmrok nikt nie zauważył postaci gładko wspinającej się po murze. Szczeliny występujące na nim z rzadka nie były nawet potrzebne, by go pokonać. Osobnik wydał ledwo słyszalne parsknięcie...
- Nie ma dla mnie granic, nie ma też i krat... Przysięgam na płynącą w mych żyłach elfią krew ludzką skalaną, że Cię znajdę... A żyć też trzeba, sakiewki same nie zmienią właściciela...
... i zeskoczył w mrok miasta.

Gozerav - 2010-04-17, 19:22

Powietrze było duszne i ciężkie, a lejący się z nieba żar doskwierał niemiłosiernie wszystkiemu co żywe. Jednak wędrowiec podążający opustoszałym traktem w samą spiekotę południa, nie wydawał się przejmować upałem. Istotnie, nietypowy to był wędrowiec. Twarz i ciało niby ludzkie, lecz na czole, niby korona, sterczały ni to rogi, ni kolce. Włosy białe, krótko obcięte dziwnie współgrały z owym rogatym "diademem". To co jednak nieomylnie wskazywało na pochodzenie wędrowca, to pokrywająca fragmentarycznie jego ramiona i nogi, demoniczna, pancerna skóra. Na jego piersi, dziwne wzory, ni to blizny ni tatuaże, tliły się ognistą barwą, jakby na wpół przestygła lawa płynęła przez ich kształty.
Wokół jego bioder opiętych pasem, powiewała postrzępiona tkanina, niczym rozdarta na pół suknia, a niesymetryczny pancerz pokrywał jego nogi. Z tyłu, dwa wygięte, czarne, skrzyżowane miecze kołysały się lekko, zawieszone nie na wysokości łopatki jak u wielu szermierzy, lecz na wysokości bioder, wraz z pasem.
Podróżnik poruszał się ze swoistą gracją, roztaczając aurę mrocznego majestatu... Który po chwili rozleciał się na kawałki, gdy biegnący obok chochlik, z trudem utrzymujący większą od niego kobzę, rozdziawił swoją paskudną japę.

- Księciuniu? Daleko jeszcze?

- Tak - Odwarknął demon.

- Księciuniu, ale jak daleko?

- Nie mam pojęcia! - Heretyk w końcu wydarł się na swojego sługusa - Trujesz mi **** odkąd wyruszyliśmy! Zapytaj się jeszcze raz a zarobisz tęgiego kopa!

Po swoim wybuchu, demon odetchnął z ulgą na ciszę jaka wreszcie nastała. Powoli zaczynał zatapiać się we własnych myślach gdy...

- Księ...

Chochlik nie zdołał dokończyć, gdy nagle kobza została mu wyrwana z rąk a on sam nagle poszybował dobre kilkanaście metrów w przód, skutkiem mocarnego wykopu jakim poczęstował go jego pan.

- Teraz już trochę bliżej - Oznajmił "księciunio", szczerząc kły w złośliwym uśmiechu.

Po kilku godzinach względnie cichego marszu, w oddali ukazało się miasto.

- Wreszcie... - Mruknął pod nosem białowłosy wędrowiec.

Niestety wejście do miasta nie okazało się tak bezproblemowe jak się spodziewał, i wkrótce znalazł się po niewłaściwej stronie ostrza...

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze? - Zapytał starzec, nie opuszczając broni.

Demon spojrzał na mężczyznę bez strachu i o dziwo, bez gniewu czy irytacji. Raczej z pewnym zaciekawieniem. Po chwili doszedł do wniosku, że skoro jego historia tak bardzo kogoś interesuje, może sobie trochę postrzępić język.

- Więc dobrze starcze - Oznajmił demon cofając się odrobinę, by pozbyć się ostrza na szyi - Jestem Gozerav. Jestem demonem-podróżnikiem...

W tym momencie chochlik wpadł mu w słowo - Ja bym to raczej nazwał włóczęgą albo powsinogą, biorąc pod uwagę dziury do jakich zaglądamy oraz to, że jeszcze przed rokiem zdarzało nam się sypiać w beczkach i papierowych pudłach...

- Zamknij się... - Gozerav wysyczał rzucając chochlikowi mordercze spojrzenie. Nie dostrzegł wówczas, że starzec próbuje powstrzymać chichot.

Uciszywszy gadatliwego sługę, demon odchrząknął i kontynuował - Niegdyś byłem jednym z zaufanych książąt Bethrezena. Miałem rozległe posiadłości i liczne sługi, dowodziłem kohortami które słuchały mnie z bezwzględnym posłuszeństwem jednak... Nigdy nie dane mi było wypróbować moich umiejętności w Nevendaar. Na długo przed pierwszymi Wielkimi Wojnami, w piekle toczyły się pomniejsze boje, między książętami, o władzę i wpływy oraz o łaskę naszego monarchy. Wreszcie i ja przegrałem. Dziwnym zrządzeniem losu uniknąłem śmierci, gdy wrogie zaklęcia posłały mnie i moje oddziały w ogromną rozpadlinę.
Nie wiem jak długo leżałem bez świadomości, gdy jednak się ocknąłem i wydostałem z przepaści, znalazłem moje włości rozgrabione i zniszczone. Nikt też wydawał się mnie nie pamiętać i nie rozpoznawać a jako szczyt wszystkiego, przestałem słyszeć głos Bethrezena. Byłem w piekle niczym cień, aż wreszcie miałem dość. Przeszukałem całe piekielne królestwo wzdłuż i wszerz, aż znalazłem czarnoksiężnika, który potrafiłby mnie wysłać do innego świata. Po kolejnych długich poszukiwaniach udało mi się odzyskać mój ulubiony instrument...
- Z tymi słowami wskazał na trzymaną przez chochlika kobzę.

- Raczej narzędzie tortur - Z pełnym przekonaniem oświadczył chochlik, nie świadomy, że Gozerav poważnie zastanawia się nad uduszeniem go.

Gozerav odetchnął i sprawiał wrażenie jakby grzebał w pamięci. Wreszcie kontynuował.

- Nie pamiętam gdzie trafiłem najpierw, po opuszczeniu piekła. Wiedz jednak starcze, że od tamtej pory zwiedziłem wiele światów, a nawet wiele piekieł o istnieniu których nie miałem pojęcia. Pełniłem wiele funkcji, od najemnego mordercy, do zaciężnego dowódcy wojsk, a nawet jako ochrona ważnych osobistości. Działałem pod komendą wielu ras, choć gniew palił mi trzewia, potrzeba zmuszała do przełknięcia gorzkiej pigułki. Wreszcie przywykłem i do takiego życia. Widziałem niezwykłe dziwy i wiele się nauczyłem oraz poszerzyłem swoje horyzonty. Miedzy innymi, nauczyłem się kryć swój prawdziwy kształt, w tej człekopodobnej postaci. Gdzieś po drodze spotkałem tego oto kurdupla - Rzekł wskazując na chochlika - i zabrałem ze sobą. A właśnie. To małe śmierdzące nazywa się Parch.

Starzec rzucił zaciekawionym okiem na chochlika, który odłożywszy kobzę swojego pana, zajęty był oglądaniem kamieni. Po chwili zwrócił wzrok z powrotem na Gozerava i dał mu znak by kontynuował.

- Może cię to zdziwi starcze, ale jednym z aspektów moich podróży, jest fakt, że przygasła moja nienawiść do śmiertelników. Być może zbyt wiele czasu spędziłem obracając się wśród nich, jednak nie postrzegam was już jako robactwa, które należy wszelkimi sposobami tępić.

Na ten komentarz, starzec uniósł brew ze zdziwieniem ale nic nie powiedział. Wobec tego, demon mówił dalej.

- Z pośród miejsc, które zwiedziłem najlepiej wspominam chyba piekło zwane Labiryntem Amala, lub Amara, zależnie od regionu. Jego władca bardzo przypomina Bethrezena i potrafi docenić tych, którzy wiernie mu służą. Tam dosłużyłem się dość wysokiego stanowiska, choć nie tak znaczącego jak niegdyś, odpowiada mi moja pozycja... Kto wie. Być może lata tułaczki obniżyły moje standardy. W każdym razie teraz, znów mam własną posiadłość i służbę, a nawet udało mi się pozyskać nieco wojsk z rodzinnego piekła. Móje nowe domostwo położone jest w oddalonym zakątku Trzeciej Kalpy. To dobra lokalizacja. Spokojna i pozwala mi się skupić. Została wybrana, przez pana Labiryntu, bym mógł bez zakłóceń układać plany...

- A nie dlatego, że na tym za***** gdzie mieszkamy, nikt nie usłyszy jak grasz, Księciuniu? - Po raz kolejny wtrącił się Parch.

Gozerav obrócił głowę w stronę swojego sługusa - Jeszcze słowo a nakarmię tobą bobry...

Wyraz twarzy demona, gdy mówił przez zaciśnięte zęby, oraz wyraźny tik nerwowy jaki pojawił się w jego oku, sprawiły, że stary strażnik prychnął starając się stłumić śmiech. Po chwili jednak rozbawienie ustąpiło miejsca zdziwieniu, gdy Parch zanurkował za wielki kamulec, krzycząc przeraźliwie.

- Tylko nie bobry!

- O co chodzi z tymi bobrami? - Starzec zapytał drapiąc się w głowę.

Gozerav westchnął i odparł - To osobna, długa historia, ale w największym skrócie, ujmę to tak: Widziałem wiele durnych sekt i kultów. Ale grupa nazywająca siebie Czcicielami Bobrzej Nory, przebiła ich wszystkich. Znasz zasadę, że dostatecznie duża grupa, szczerze wierzących osób, może dać istnienie nowemu bóstwu? No właśnie... Czcicielom udało się powołać do istnienia, pożal się Bethrezenie, bobrzego boga... Koniec końców, do spółki z nieumarłym, z ośmiornicą zamiast głowy i człowiekiem, który ubierał się i zachowywał jak krasnolud, udało nam sie pokonać tego kudłatego szkodnika... Ten z głową jak ośmiornica zatłukł go kamieniem drąc się przy tym "NIECH GINIE!", a ten krasnoludowaty człowiek, chyba wikingami ich nazywali, odtańczył najgłupszy taniec zwycięstwa jaki widziałem.

Starzec pokręcił głową z niedowierzaniem - W życiu nie słyszałem czegoś równie durnego.

Gozerav z rezygnacją machnął tylko ręką - Nie musisz wierzyć. Ja do tej pory z trudem wierzę - Następnie westchnął chyba po raz tysięczny tego dnia i mówił dalej - Na tym mógłbym w zasadzie zakończyć opowieść. Od przeszło roku, mieszkam w Labiryncie Amala, który stał się moim nowym domem i podróżuję po światach, bo przywykłem do tego.

- Co zatem robisz tutaj? - Stary mężczyzna zapytał podejrzliwie.

Twarz Gozerava spoważniała, gdy odpowiedział na pytanie - Wciąż jestem żołnierzem Bethrezena. Przybyłem odwiedzić świat, gdzie walczą jego wojska, w nadziei, ze znów usłyszę jego głos. Zostanę tu jakiś czas, po czym znów ruszę w drogę. Jeżeli mój władca raczy do mnie przemówić w tym czasie, ponownie stanę pod jego sztandarem. Do tego czasu jednak, będę żył po swojemu. To wszystko, co miałem do powiedzenia. Przepuścisz mnie teraz?

Starzec bez słowa machnął ręką pokazując, ze droga wolna. Gozerav zabrał kobzę leżącą na ziemi i wkroczył do miasta nie czekając na Parcha. Strażnik powiódł za nim wzrokiem. Ten demon był jak beczka prochu stojąca blisko ognia. Kiedyś musi wybuchnąć, ale kiedy i z jaką siłą, było nieodgadnione, a on sam był za stary by się nad tym zastanawiać.

Chochlik wysunął się zza kamienia, upewniwszy się, że nigdzie nie ma krwiożerczych bobrów. Spostrzegłszy, ze jest sam, już miał pobiec za swoim panem, gdy nagle zatrzymał się, podniósł kawałek wapiennego kamienia i tak wysoko jak mógł sięgnąć, nabazgrał na murze, koślawymi literami: "ciasto jest kłamstwem". Skończywszy, rzucił jeszcze okiem na swoje "dzieło", po czym pognał za swoim szefem.


Darogan - 2010-05-30, 21:35

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?

*Wzrok tak nieobecny, a przy boku czarny wilk wędrujący…*
Kim jestem… kimś kogo już dawno być na tym padole nie winno.. a mimo coś trzyma mnie wciąż przy życiu.. *Chłodnym spojrzeniem obdarzył po raz pierwszy starcza* Niektórzy zwą mnie wilczym rycerzem.. inni rycerzem czarnej róży..

- Starzec odsuną swe ostrze… postaci przed sobą dokładnie się przyjrzał by upewnić się ze owy wędrowiec ze sobą fałszu nie niesie.. jednak symbol na jego tarczy mówił wiele.. był to łeb czarnego wilka.. „Możesz przejść.. ale bacz na swe czyny.. bo one tu dokładnie ostaną osądzone..”

- Tajemnicy osobnik przeniósł wzrok przed siebie i ruszył.. z towarzyszącym mu wilkiem do miasta…

*Jest wiele legend i opowieści odnośnie „wilczego rycerstwa” lub „ Rycerstwa czarnej róży” chodź czy są prawdziwe nikt do końca nie jest tego pewnym.. stare zapiski jednak mówią o wielkiej bitwie nad doliną Kanekos – gdzie garstka rycerzy z pod tego herbu rozbiła znaczące siły nieumarłych.. służyli wówczas imperium.. Jednak po wojnach zdradziecka szlachta obawiająca się ich wpływów w imperium, uknuła spisek – poddając pod wątpliwość wierność rycerstwa cesarzowi , ten po wysłuchaniu Huberta De Larye, wydał nakaz skonfiskowania majątku rycerstwa a samych rycerzy rozbrojenia.. lub wygnania tych którzy się nie podadzą woli cesarza.. po tych wydarzeniach słuch o nich zaginą.. *

weave - 2010-06-22, 16:10

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Widzę, że nie mam innego wyjścia.
- Śpiesz się nie będe tu więcej stał- z niecierpliwością odrzekł starzec.
- Nazywam się Weave i jetsem demonem. Zostałem wysłany do tego miasta by ...
- Skończ! Zawsze miałem obrzydzenie do was demonów, tym bardziej nie chcę słuchać histori jak się nim stałeś. Z chęcią odciął bym ci tym mieczem głowę, ale zrobię wyjątek, a teraz idż i postaraj się już nie wchodzić mi w drogę .

Fergard - 2010-07-05, 21:41

Elegancko wyglądający mężczyzna zbliżał się na czarnym perszeronie do pilnującego bramy miasta starca. Wyglądem przypominał najemnika bądź tego typu zawadiakę: Na sobie miał skórzany napierśnik, takież spodnie, wysokie buty z żelaznymi podkuciami oraz skórzane rękawice pozbawione palców. Przez plecy przewieszone miał dwa nietypowe, bo rdzawoczerwone miecze, przypominające kształtem swych ostrzy prostokąty.
- Bądź pozdrowiony, starcze - Oznajmił, uśmiechając się ciepło. Ów starzec nie wyglądał jednak na przekonanego marnym kamuflażem półdemona, najemnika oficjalnie hołdującemu sztandarom Bethrezena, a w rzeczywistości wolnej duszy i miecza do wynajęcia, Fergarda Stratoavisa.
- Możesz darować sobie tą maskaradę - Odparł starzec, jednym ruchem zmywając magicznie zamaskowane czerwone oczy, wściekle czerwony irokez oraz cały wdzięk, jaki wcześniej posiadał ów elegant.
- Ach, to ty, co twojego imienia nie mogę spamiętać - Mruknął Fergard, niezadowolony z niepowodzenia swego planu. Ot, dostać się do miasta i zadekować. A tak? Procedura była półdemonowi dobrze znana.
- Historia, bękarcie - Warknął starzec, zaskakująco pewnie trzymając swą dłoń na rękojeści miecza. Stratoavis zaczął zezować na czubek żelastwa przystawionego do jego szyi.
- Niech Ci tam będzie, staruszku. Chcesz historię, będzie historia.
- Mam tylko nadzieję, że nie będzie to odgrzewany kotlet z naszego ostatniego spotkania.
- Nie lubisz żywności podróżnej? - Zażartował półdemon dość odważnie, biorąc pod uwagę, że lekkie cięcie mogło rozpłatać jego gardło na kawałki.
- Nadużywasz mojej cierpliwości, półdemonie.
- Skoro tak bardzo Ci przeszkadzam, pozwól mi wejść do miasta i wszyscy będą...
- Co to, to nie!
- A może jednak?
- Nie ma opcji.
- Może jednak?
- Nie.
- A może...
- Och, zacznij, nim stracę resztki cierpliwości! - Warknął nieco skonsternowany starzec, odsuwając koniuszek miecza od szyi Stratoavisa. Ten odchrząknął, po czym rozpoczął swą przemowę:
- Nazywam się Fergard Stratoavis. Jestem półdemonem, zdążyłeś to pewnie zauważyć. Jestem najemnikiem, który tylko teoretycznie zaprzysiągł wasalstwo Legionom. Nie jestem tym samym... zrozpaczonym osobnikiem, którego poznałeś podczas naszego pierwszego spotkania. Odnalazłem swą lubą, jestem teraz zdrów i pełen życia, zdarza mi się nawet żartować. No, ale nieważne.
- Mojej przeszłości zdradzać nie będę, znasz ją całą. Zdradzę za to, co planuję. Wciąż będę trzymał się Przeklętych, ale tylko dlatego, że nigdzie indziej zwyczajnie mnie nie przyjmą... Choć może? Nie, nie dam się skusić! Trupy nie żyją, krasnale śmierdzą piwskiem, ludzie to nietolerancyjne szuje, a elfy - dzikusy. I tak, mowa ta była tylko na pokaz. Mam paru dobrych znajomych z owych nacji, wszakże nawet najwięksi wrogowie muszą zatrzymać się w tym szaleństwie i czasem porozmawiać przy kufelku dobrego trunku. Ale zaczynam Cię chyba zanudzać...
- Ależ nie, kontynuuj.
- Ma Cassandra w zdrowiu najlepszym się ma, a więc i ja nie muszę pochylać głowy przed nikim tak, jak to drzewiej bywało. Ot, przyjaciele z innych światów, pomagają biednemu półdemonowi. Zapewne słyszałeś o Portalach?
- Och, oczywiście.
- Nie wiem, czy teraz zwyczajnie nie łżesz, ale konsekwencji wyciągać z tego nie będę, prawda? Wiesz więc, że owe chaotyczne siły noszą ich użytkownika na wielkie, czasem ponadświatowe dystanse. Możemy być tu, w Nevandaar, by za chwilę znaleźć się w Enroth. Idąc dalej, trafimy do dziwnego świata zwanego dalej Ziemią, zaś w skrajnych przypadkach można wylądować w dziwnym świecie tak zwanego Czterdziestego Tysiąclecia, w którym wojny toczą się nawet częściej niż tu. Wiesz, czym jest bolter? - Zapytał półdemon ni z tego, ni z owego swego rozmówcę. Twarz starca była nieprzenikniona. Możliwe było, że i o wiedzy niedostępnej nawet dla bóstw tego świata miał wysokie pojęcie i mniemanie. - Tak... Choć mogę wyglądać jak dureń bądź awanturnik w porównaniu z wjeżdżającymi tutaj, zapewniam, że lekceważenie mojej skromnej osoby było błędem wielu person, których ciała użyźniły już Matkę Ziemię. Och, zapewne nie wygrałbym w starciu z tobą czy kimś zawiadującym zaufaniem bądź potęgą któregoś z bóstw, ale mimo wszystko...
- Wystarczy tej gadaniny. Wchodź, zanim się rozmyślę! - Przerwał mu starzec, machając ręką niecierpliwie. Fergard tylko ukłonił się dwornie, dosiadł swojego perszerona i jadąc stępa przekroczył bramy miasta.
"Co to, na brodę Wszechtaty jest bolter?", pomyślał lekko skonfudowany starzec. Och, Stratoavis z pewnością zdziwaczał przez ten czas...

Jeanne Ollivier - 2010-07-06, 21:01

Jasnowłosa, wysoka, krótko obcięta dziewczyna szarpnęła głową do tyłu, aż nierówna, płowa grzywka odsłoniła jej ładne, szaro-niebieskie oczy.
-Zabieraj pan to żelastwo, to pogadamy!
-Ja wyłącznie słucham.
-Noo, tak... jak ci tak zależy... -westchnęła -Widzisz tę drużynę dzielnych wojów bez skazy ni zmazy tam dalej? Chwilowo podróżuję z tą chlubą i śmietanką rycerzy Imperatora. Im się spieszy, mnie nie specjalnie -wyszczerzyła zęby -moja historia jest krótka, choć z lekka skomplikowana. Tylko widzisz, panie, ty tkwisz tu sam jak palec, śmiem zgadywać, że o suchym pysku, a mnie szczerze mówiąc rzyć świerknie w siodle... zaraz, cholera, miałam gdzieś w jukach gorzałkę, siądniemy sobie i pogwarzymy.
-Twoi towarzysze.
-A niech własną chleją.
Rozsiadła się na kamieniu obok starca i podając mu bukłaczek wskazała na grupę jeźdźców majaczących na linii drzew -Więc tak: ten rycerzyna co tak świeci wyglancowaną zbroją po oczach...
-mężczyzna pociągnął długiego łyka, zakasłał i po raz pierwszy odrywając wzrok od swoich słomianych łapci spojrzał we wskazanym kierunku -to mężny obrońca wiary, paladyn królewski, wielki baron
Ezekiel Urbain d'Dupre herbu Dziewica, doradzca wojskowy króla.
-Wielki to pan.
-Ta. Tylko że były. Pan na zamku Modlerto, 40 wiosek i winnice, manufaktury i składy kupieckie, moc majątku... wszystko łajza w kości przegrał. No i skończył jako kurier i eskorta, która ma mnie odstawić przed oblicze jego Imperatorskiej mości. Ci dwaj Łowcy Czarownic to bracia Ola i Jarema, najlepsi uczniowie mojego mistrza, u którego ja sama byłam młodszym tutorem. Bitni a dzielni, to właśnie z nimi biliśmy się wiosną pod Medvą. Jeden pięknie pije, drugi na umór pisze. Są jednymi z najlepszych kandydatów na inkizytorów, tak więc zabrali się ze mną, by studiować w
stolicy. A ten złotowłosy kupidynek to giermek Ezekiela, z obowiązków giermka nie ogarnia, ale nieźle gotuje... hmmm, jego imię może cię trochę zmylić - na chrzcie mu dali Petroniusz, ale z racji wyglądu został Puszkiem.
-Twoją kompanię już znam, młoda damo, ale to nie oni mnie interesują.
-Ach, sacre bleu, niech ci będzie. Jestem Jeanne-Marie Ollivier, młodszy tutor fechtunku w Akademii.
-Nigdy nie spotkałem kobiety-inkwizytora.
-Bo ich nie ma. Ja też nie mam żadnego tytułu, uczę bo umiem, bo wychował mnie stary mistrz Yoshua, który uczył mnie od wczesnego dzieciństwa, walczę od kiedy pamiętam. A czemu opuściłam poco wyjechałam? Za sprawą tej bitwy, o której mówiłam wcześniej... nasz klucz został wcielony do armii jako część IV Dywizji Pieszej, kupa śmiechu była, chorążym mnie zrobili! Sam środek walki, bigos i krwawe pulpety, walczyliśmy w pełnym okrążeniu, to siłą rzeczy ostro nas diabelstwo pocięło, więc, pomyślałam sobie, wszystko pięknie, ale nie mam zamiaru tu ginąć, mus nam się przebić. No to pieprzłam flagę w cholerę, formujemy klin i nogi za pas. Lasek był już blisko, a tutaj nagle zza rzeczki, z prawa, ciągną nowe siły wroga! Srom byłby tedy, spieprzać jak kmiotki w knieję. Przebiliśmy się do dowództwa, powiedzieliśmy, cośmy widzieli, że legiony uderzą z flanki
nowymi siłami. Panowie lordowie pozmieniali szyki i dzięki temu skopaliśmy tyłki tym bethrezeńskim pomiotom. Pogratulowali, odznaczyli, poodsyłali do domów, zdążyłam wrócić do sielskiej rutyny życia w koszarach, a tu przyłazi taki jeden, o, śnięty mściciel, z knajpy mnie wyciąga i do stolicy wiezie... a jeśli chodzi o twoje miasto, to zwyczajnie jest na trasie, tydzień w drodze jesteśmy, zdało by się zejść z siodła, umyć, popić i popasać. To jak będzie? Tylko pamiętaj, kto cię bimbrem częstował!
-Wejdź, młoda damo, wraz ze swoją wesołą kompanią.
-Spili się już, dziady!?



(klucz--inaczej pluton)

Sacrifice - 2010-07-07, 10:58

Młodzieniec, odziany w skórzane ubrania nawet nie spojrzał na człowieka swoimi srebrzystymi oczami i jechał spokojnie w kierunku karczmy.
- A kultura w tych czasach elfów nie obowiązuje?! - Wykrzyczał w jego stronę starzec.
- Powiedz mi, dlaczego mam zwracać uwagę na kogoś twojego pokroju tym bardziej, że nigdy się już nie zobaczymy?
- Jak na tak młodą osobę jesteś dość oziębły, wystarczyło by się chociaż przestawić.
- Moje imię niewielu jest znane. Powiem ci jedynie, że często zwą mnie poświęceniem, ale więcej o tym jak na razie nie powinienem ci mówić. Kiedyś byłem jednym z najwyższych kapłanów Solonielle. Do momentu, zanim stała się bestią. Ona odeszła, a Gallean nas porzucił, nie mam celu w życiu więc zabijam jej nowych pupilków.
- Nieumarłych? Czy to nie jest zbytnio niebezpieczne? Poza tym z tego co mówisz wynika, że jesteś bardzo starym elfem.
- Dawno nie spotkałem truposza, który był na tyle silny by zdążyć do mnie podejść. Tak, jestem dosyć stary, ale kontakt z boginią dało mi pewną władzę nad życiem, przez co nie starzeję się, ale jak widzisz zbytnio odmłodniałem. Tak już jest kiedy nadużywasz mocy należącej do boga. Przynajmniej cały ten okres czasu wykorzystałem na trenowaniu swojej szybkości. – Po tych słowach jego wzrok padł na dwa sztylety znajdujące się przy pasie.
- Pierwszy raz słyszę o kapłanie który jest zabójcą. Ten świat nigdy nie przestanie mnie zadziwiać! Ale dobrze, możesz wejść do miasta, ale nikogo nie prowokuj. Bowiem teraz przyjechało tutaj parę osób, które na pewno byłyby dla ciebie wyzwaniem… A może jednak zdradzisz mi swoje imię?
- Vicroar Hunear. To do następnego razu! W co wątpię…

9999lich9999 - 2010-07-07, 22:18

Nagle zrobiło się ciemno jak w nocy-mimo iż było samo południe.Przed bramą zatrzymał się bardzo stary i rozklekotany wehikuł . Klucznik ze spokojem zapytał pasarzera o godność i pochodzenie. Odpowiedział mu głos przepełniony jadem nienawiści:
-Moje imię cię nic nie obchodzi.Skąd jestem? Z Aklamaaru. Mortis dała mi o wiele lepsze życie, niż może wieść umierający z głodu żebrak, jakim do tej pory byłem.Najpierw pojawiła się zaraza-ludzie umierali na ulicy-a ja w duchu cieszyłem się,że innych dotyka krzywda i cierpienie.Zapanowało mną okrucieństwo.Syciłem się upadkiem innych, aż sam umarłem.Ale ktoś wejrzał na mą nienawiść i usłyszałem głos:"Roznoś zarazę po wszystkich krańcach Ziemi".Zacząłem studiować wiedzę tajemną, pragnąc się stać arcyliszem.To ci powinno wystarczyć. A i jeszcze jedno - trzymaj gębę na kłódkę bo krew się poleje.I pokarz mi wasz cmentarz-potrzebuję kilku ludzi z miejscowych nieboszczyków...

Vogel - 2010-07-07, 22:19

Z mroku wyłoniła się wysoka postać prowadząca za uzdę czarnego jak smoła wierzchowca. Kapelusz o szerokim rondzie nie pozwalał dostrzec nawet fragmentu twarzy wędrowca. Kierował się prosto na otwarta bramę nie rozglądając się na boki spokojnie omijając innych podróżnych. Schodząc każdemu z drogi poruszał się wolniej ale nie był zaczepiany aż do czasu gdy osiągnął wrota.
- Chcesz przejść bez słowa Ptaku :?:
- Poznałeś mnie, mogłem się tego po Tobie spodziewać starcze - Wędrowiec zdjął kapelusz odsłaniając brązowe włosy i smukłą przystojną twarz, nieco nieludzka zdradzającą płynąca w żyłach mieszaną krew. - Już raz opowiadałem Ci moja historię, czyżby pamięć Cię zawodziła :?:
- Od naszego spotkania minął już niemal rok - Nieobecny skierowany w niebyt wzrok starca nie robił już takiego wrażenia - Zmieniłeś się, nie jesteś już zbiegiem, mieszańcem jakich wieszają przy drodze, teraz Ty jesteś katem.
Wędrowiec oparł się o mur i skierował wzrok na punkt prawdopodobnie obrany przez starca, rozpinając płaszcz odsłonił czarno białe szaty i insygnia wielkiego inkwizytora.
- Wracając tu zastanawiałem się czy nadal wypytujesz ludzi o och historię, zamierzałem Cie zwieść choć wiedziałem, że nie zdołam. Nadzieja i ciekawość zawsze były mymi wadami. - Starzec nie podejmował rozmowy ale i nie poganiał - Gdy opuściłem to miasto trafiłem do Verzillinu i wdałem się w bójkę z kimś kto okazał się Inkwizytorem nowego kościoła, taka sekta niedobitków z rebelii Crowleya. Sami mordercy i gwałciciele od razu poczułem się jak w domu. Jak się okazało działali legalnie choć nałożono na nich wiele restrykcji miedzy innymi o karze śmierci decydował ktoś z zewnątrz i powiem Ci staruszku że nawet Ty nie odgadniesz ...
- Lady Ambrielle, było głośno o tym w Imperium.
Starzec nie kontynuował nie zmienił też swojej pozycji.
- Poznałem ja, rzucili mnie pod jej nogi i domagali się pala ale ona od razu dostrzegła przekleństwo mych narodzin. Wyobrażasz to sobie ja który pół życia spędziłem ścigając takich jak ona widziała we mnie tylko elfa, przeklętego długoucha skrzywdzonego wojną. - Zacisnął pieści po chwili jednak się uspokoił i kontynuował. - Ułaskawiła mnie ale nie za darmo, musiałem służyć nowemu kościołowi i donosić jej o wszystkim, o dziwo nikt nie dowiedział się o skażonej krwi, a tych którzy coś podejrzewali pozbywałem się sam. Jestem dobry w tym co robię z Łowcy szybko awansowałem na inkwizytora . Donosiłem o wszystkim co knuli ludzie, nienawidzili jej za to ze musieli się przed nią płaszczyć oni wielcy inkwizytorzy walczący u boku Crowleya korzyli się przed elfką. To było tylko kwestią czasu gdy wybuchną a ja byłem na to gotowy, w jedną noc wszyscy wielcy nowego kościoła zginęli. Utonięcia potracenia wozem czy karczemna bijatyka nic z czym władczynie można było powiązać.
Wyciągnął z kieszeni zwitek papieru po czym wciągnął nosem jego zawartość.
Wkrótce potem otrzymałem nominacje na wielkiego inkwizytora i informacje o włączeniu go do nowej inkwizycji pod pieczą Emrego. Będąc zwolnionym od obowiązków szpiega zajrzałem do archiwów gdzie znalazłem coś co sprawiło, iż do tej pory nie mogłem zaznać spokoju. Tatuaż na Twojej szyi miecz skrzyżowany z rózgą podobną do tych agregacyjnych ziemi. - Starzec po raz pierwszy spojrzał wprost na swego rozmówcę, a w jego martwych oczach pojawił się błysk - Byleś tam i widziałeś co mu zrobili, widziałeś gdy zamykano za nim bramę odpowiedz mi tylko na jego pytanie, jaki naprawdę był, wtedy zanim jeszcze...

- To nie jest bezpieczna wiedza - przerwał mu starzec - zwłaszcza dla kogoś o Twojej profesji. Jeśli jednak chcesz wiedzieć powiem tylko iż nigdy nie widziałem nic piękniejszego. A teraz idź...

luven - 2010-07-27, 21:24

"Nie bójcie się!" - te słowa odbiły się echem w ascetycznych murach klasztornego kościoła, do którego wchodziłem. "Wprawdzie dopuściliście się wielkiego grzechu, nie opuszczajcie jednak Pana, lecz służcie mu z całego serca! Nie odstępujcie od Niego, idąc za marnością, za tym, co nie pomoże i nie ocali, dlatego że jest marnością." Rozglądałem się po słabo oświetlonym wnętrzu, aby dostrzec opata. Dopiero po chwili zobaczyłem habit, nieco różniący się od pozostałych. Jakby bogatszy, o ile tak można mówić o rzeczach mnicha. "Będę wam pokazywał drogę dobrą i prostą." Opat od razu wstał, gdy poczuł moją dłoń na ramieniu. „Bójcie się jedynie Pana, służcie Mu w prawdzie z całego serca”. Po chwili rozmowy zaprosił mnie do swojej celi, wszak kościół nie był najlepszym miejscem do konwersacji, pomijając przeszkadzający pogłos czytania. Cela była skromna, ale pewnie o wiele lepsza od cel zwykłych mnichów. „Spójrzcie, jak wiele wam wyświadczył!”. Opat zgodził się, dokładnie w momencie, w którym umilkło echo z kościelnej nawy. Choć wtedy byłem jeszcze młody, zdążyłem wiele nabroić. Od teraz miałem być skromnym mnichem. Ja, syn kupca prowadzący hulaszczy tryb życia. Niegdyś codziennie z kobietą lekkich obyczajów, odtąd codziennie z modlitwą na ustach. Wcześniej z mieszkiem wypchanym złotem, teraz z sercem wypełnionym pokorą. Od początku wiedziałem, że moim mottem będą słowa, które przywitały mnie w murach tego klasztoru. Jako, że opat był byłym wychowankiem Inkwizycji, nie trudno było się domyśleć w jakim kierunku pójdzie nasze wychowanie. I tak po dwunastu latach, mimo że nie jestem w szeregach inkwizytorów, jestem równie gorliwy, pobożny i skory do pomocy niewiernym, jak nie jeden w Świętym Oficjum.
Maikeru - 2010-07-28, 17:26

...Strażnik mnie pyta:
-Kimże ty jesteś???
-Jestem Maikeru i jestem imperialnym zabójca jak wiesz.
-Bardzo zacne imię,a skąd pochodzisz??
-Z krain nazywanych Częstochową
-a daleko od nas mości panie??-mówi strażnik
-i to bardzo,ale muszę iść do karczmy "Pod zgniłym Bykiem",więc żegnaj
-Żegnaj.
Po tym Nasz bohater poszedł....

pk0 - 2010-09-02, 01:02

Historia strażnika fortecy legionów sięga niepamiętnych czasów, kiedy to Bethrezen (najpiękniejszy z aniołów), obecny przy stworzeniu świata stał po stronie Wielkiego Ojca. Był pomocnikiem boskiego Bethrezena podczas narodzin Nevedaaru. Nie otrzymał mocy stwórczej, lecz otrzymał ważne zadanie: pilnować, by do tego świata nie zakradły się gniew, zło i chciwość. Zazdrośni aniołowie postanowili zemścić się na Bethrezenie, tak więc rozpętali chaos i napawali gniewem mieszkańców Nevedaaru. Zgorszony tym widokiem Wielki Ojciec przykładnie ukarał Bethrezena oraz jego pobratymców odpowiedzialnych za ten plugawy czyn, skazując ich boską klątwą na wieczne potępienie, a stwórcę Nevedaru kazał zniewolić. Sześć tysięcy lat- tyle czasu minęło, nim boska klątwa straciła moc. Przeklęty Strażnik jest teraz wodzem 80 kohort piekielnych, które odpowiedzialne były za odprawienie obrządku i uwolnienie Betrezena. Teraz, kiedy odzyskał wolność za pośrednictwem swego pomiotu, otrzymał zadanie od swojego pana: chronić stolicę Przeklętych Legionów przed wszystkimi szaleńcami, którzy odważą się ją zaatakować. Dostatecznie napiętnowany, nie jest w stanie się sprzeciwić woli Upadłego i nigdy nie opuszcza swej twierdzy. Dzierżąc ognisty miecz, sprawuje rządy wśród Przeklętych.
Książę Bythazar - 2010-10-07, 20:55

Ciemna postac w plaszczu z kapturem i skorzanej odziezy zblizala sie do bram miasta, wydawala sie byc zwyklym, aczkolwiek dobrze zbudowanym czlowiekiem, ale pozory myla... Tuz przed brama, przed wedrowcem stanal stary dziadek z blyszczacymi bialymi wlosami i srebrynym mieczem:
-Kim jestes i czego szukasz w moim miescie?-powiedzial starszy osobnik
-Czemu mialbym ci to powiedziec?Jestem wedrowcem, tyle musisz wiedziec-odpowiedziala postac, po czym ruszyla naprzod, probujac ominac starca.
Nie wiadomo skad, obok starca pojawila sie czworka straznikow zbrojach i mieczami. Jeden z nich odrzekl "Chyba, trzeba nauczyc cie dobrych manier" po czym czworka mezczyzn rzucila sie z hukiem na nieznanego, myslac ze bez problemu go powala. Jednak pozory myla...
Zakapturzona postac rowniez zaatakatowala, jednak bez broni. A przynajmniej bez takiej, jakiej spodziewali by sie straznicy... Spod rekawow skorzanego kaftana wylonily sie rece podobne do ludzkich, jednak pazury bylyby imponujace nawet dla dzikiego niedzwiedzia. Straznicy zaatakowali od przodu i to byl blad... Nieznajomy przecial za pomoca swoich szponow miech pierwszego wroga w 3 kawalki, podzynajac mu przy okazji gardlo. Trzej pozostali zszokowani rzucili sie do ataku w kupie. Wedrowiec manewrowal jednak zrecznie miedzy nimi i cial swoimi pazurami zarowno ich pancerze, miecze jak i ciala... I wtedy w srodek walki rzucil sie dziadek, jego miecz lsnil jak sam ksiezyc, udalo mu sie przeciac dosc silnie szyje wedrowca, jednak ten rozciol jego miecz w pionie na dwie polowki. Przez chwili obaj patrzyli na siebie zaskoczeni, wtedy starszy przerwal cisze, jednoczesnie zalsnil jego miecz skladajac sie w calosc:
-Jedyne czego chce to twojej historii, widze ze jestes silny i nie mam ochoty z toba walczyc, mimo iz bym cie pokonal, zgodzisz sie czy mam ci odciac cala glowe?
-Widze ze nie jestes tym, za kogo cie wzialem-odrzekl wedrowiec wstajac zpowrotem na 2 nogi-Niech bedzie, uslyszysz moja historie, ale wiedz nie byla ona radosna.
A teraz zaczyna sie opowiesc.
Moja historia zaczyna sie w malej wiosce na granicach Imperium, nazywala sie szaronia, wychowywalem sie tam od dziecka. Zwykle bylo spokojnie, moj ojciec byl rolnikiem a moja matka gospodynia, bylem jedynakiem, wiodlo nam sie szczesliwie, nie bylismy bogaci, ale nie bylismy tez biedni. Jednak pewnego dnia to wszystko sie skonczylo... Zostalismy zaatakowani przez cos o czym nawet nie snilismy. Zywe trupy, templariusze, magowie to wszystko wydawalo sie koszmarem, jednak bylo jawa. Ojciec i reszta mezczyzn bronili nas, jednak polegli po kilkunastu sekundach walki. Kobiety zostaly zabite na miejscu, a dzieci ogluszone, a ja z nimi. Gdy sie obudzilem, bylem przkuty do zimnej sciany w celi w dziwnym laboratorium pelnym aparatury alchemicznej. Przed nami stali straznicy, zas przy tej calej aparaturze stary czlowiek.
-Kim jestes, co tu ja robie?-spytalem z lzami w oczach.
-Jestem Fagotus, nekromanta, zas ty wraz z twoimi pobratyncami posluzycie mi za kroliki doswiadczalne, probujemy tu stworzyc wojownikow idealnych, dla naszej bogini, dla Mortis.HAHAHAHA!-wybuch szalonego smiechu u starca, a zarazem placzu u mnie. W wiezieniu spedzilem wiele lat, moi przyjaciele gineli od mikstur i operacji jakie szaleni magowie na nich przeprowadzali. Nie wiem czemu, ale ja bylem ostatni.
-No no, teraz przyszla i kolei na ciebie-powiedzial Fagotus-Nie ukrywam ze szanse na powodzenie tego eksperymentu sa prawie zerowe. Mam nadzieje ze nie bedzie to zbyt bolesne.
Straznicy odkuli mnie od sciany, przy ktorej spedzilem ponad 12 lat. Nastepnie polozyli mnie na stole operacyjnym, nie skuli mnie bowiem i tak nie moglem sie poruszac przez lata bezruchu. Nastepnie zostala mi wstrzyknieta tajemnicza substancja oraz przeprowadzony rytual ktorego nie rozumiale. Jedyne co z tamtego czasu pamietam to bol, okropny bol... Gdy sie obudzilem, bylem zmieniony, moglem bez problemu wstac, moje cialo bylo wypoczete i zywe, ale juz nie takie ludzkie...
-No no, widze ze przyzyles, panowie udalo nam sie-powiedzial nekromanta-Pozwol ze ci wyjasnie co zrobilismy, wstrzyknelismy ci do krwi esencje wilkolaka, ktora zaadaptowalismy w twoim ciele za pomoca magii. Jestes teraz pol Wilkolakiem. Nie boisz sie srebra, twoje pazury i zeby sa ostrzejsze od najostrzejszych mieczy, twoje zmysly sa bystrzejsze od najlepszych mysliwych, zas twoje rany goja sie z szybkoscia niemalze boska, zmeczenie jest ci teraz duzo mniej dokuczliwe, zas sila twoja jest wieksza od olbrzyma. Teraz tylko usuniemy ci pamiec i ...-nie dokonczyl, bowiem zatkalo go gdy jego twor zabil dwoma ciosami jego trzech pomocnikow, oddzielajac ich glowy od cial. W jego oczach nie bylo widac czlowieczenstwa tylko furie i wscieklosc. Straznicy zostali posiekani pazurami tak samo jak pomocnicy oraz, na koncu, sam nekromanta. Ten caly rytual zmienil wtedy moj umysl w umysl zwierzecia, dzikie instynkty kierowaly mna, zniszczylem cale laboratorium i ucieklem, moje instynkty zaprowadzily mnie do puszczy Saborii, jednego z najwiekszych lasow Nevendaar. Tam tez spedzilem kilka nastepnych lat mojego zycia, przebywajac w pokoju z natura i zwierzetami, polowalem jak wilk, zylem jak wilk, jednak bylem silniejszy. Zabijalem mysliwych i zolnierzy ktorzy zaklocali spokoj lasu. Wielu zginelo z mojej reki, nawet gdy mnie zranili, moje rany gonily sie w mgnieniu oka. Az do pewnego dnia...
Ten dzien mial zmienic moje zycie, polowalem jak zwykle na jelenie, gdy z krzakow wystrelily strzaly. Uniknalem ich jednak zaraz potem wylecialy nastepne, a za nimi grupa elfow ubranych w srednie zbroje oraz uzbrojeni w luki i szabelki. Rzucili sie na mnie z bronia sieczna, nie zdolali mnie jednak trafic, a ja zdolalem ich zranic i wytracic im ich bronie, gdy wiekszosc byla na ziemi mialem zamiar dokonczyc moje dzielo, jednak stalo sie cos czego sie nie spodziewalem. Las poruszyl sie, drzewa wysunely swoje galezi i pojmaly mnie unoszac w gore, zas jedna elfa zwiazala mnie zapomoca magicznych wiezow. Miala dlugie blond wlosy, delikatne rysy twarzy i lekka, srebrna zbroje. Inni szykowali sie juz aby mnie zastrzelic, jednak ona powiedziala "Nie, stojcie. Wezmiemy go zywego." glosem jak szum porannej bryzy. Zapakowali mnie na woz ktory stal niedaleko i zawiezli do swojego miasta niedaleko od miejsca gdzie mnie pojmali. Tam dyskutowali wiele o mnie, ta elfka ktora mnie zwiazala chciala aby dali mi szanse i przyjeli mnie do siebie, reszta chciala mnie uwiezic lub zabic. Ona jednak ich przekonala, dali mi szanse, zaczeli mnie uczyc jak jesc sztuccami, jak trzymac miecz, jak pisac czy strzelac z luku, dali mi skurzane ubranie ktore bylo tak zaczarowane ze bylo wytrzymalsze niz zwykla skora i samo sie z czasem regenerowalo. Uczylem sie topornie jednak widac bylo niewielkie postepy, mimo iz moj umysl byl nadal zwierzecy.
Pewnego dnia ta elfka przyszla do mojego namiotu:
-Chodz ze mna, chce ci cos pokazac-powiedziala, poczym wyruszyla a ja za nia. Zwa mnie Irelia-powiedziala po drodze-Jestem dowodca tej jednostki patrolowej, sprawiles nam wiele klopotow, wytropienie cie, bylo wyzwaniem dla naszych najlepszych mysliwych-po czym zamilkla i szlismy dalej, az dotarlismy do pieknego jeziora. Tam sie zatrzymalismy, ona zas podeszla do brzegu i zanurzyla w wodzie swoje stopy.
-To przepiekne miejsce-powiedziala-Nazywa sie Nur'tasori jezioro srebrnych promieni. Kraza legendy, ze jego widok pozwala ukoic ducha. No coz, mi pomaga gdy czuje sie samotna, znudzona zyciem lub zapomniana, czasem mysle ze bylo by lepiej gdybym urodzila sie zolnierzem, lub gdybym zostala porwana i przezyla przygode-powiedziala usmiechajac sie.
-Nie nie bylo by lepiej.
-Kto wie. Zaraz kto to powiedzial-po czym rozejrzala sie zaskoczona w okolo, jednak jedyna osoba jaka zobaczyla bylem ja, stojacy na dwoch nogach, wyprostowany i odmieniony.
-Co sie stalo?
-Nic.-odpowiedzialem.
-Kiedy nauczyles sie mowic?
-Jak bylem dzieckiem.
-Czemu nic nie mowiles?
-Nie bylem soba, bylem zwierzeciem, kierowalem sie instynktami, ktore was juz dawno opuscily.
-Kim jestes? Czemu do ciebie wrocily instynkty?
-Nie chcesz wiedziec.
-Chce.
-Wiec sluchaj, jednak to nie jest radosna historia-I w tym miejscu uslyszala wszystko co ty do tej pory.
-Nie mialam pojecia, ze byles czlowiekiem.
Milczenie.
-Co teraz zamierzasz zrobic, gdy odzyskales swiadomosc?
-Nie wiem. Nie wroce do ludzi, uznaja mnie za bestie i mnie zabija.
-Mam dla ciebie propozycje, za tydzien wyjezdzam z oddzialem do Ognistego Gaiu, stolicy Elfow, jesli chcesz mozesz z nami wyruszyc i potem zdecydowac co zrobisz potem.
Usmiechnalem sie, szczerzac moje kly i powiedzialem:
-Zgoda, dziekuje. Chce jednak wiedziec, czemu mnie uratowalas?
-Sama nie wiem, gdy poraz pierwszy spojrzalam w twoje oczy zdawalo mi sie ze widze bestie, ale rowniez dobrego czlowieka gleboko ukrytego, nie wiem czemu, ale wydawales mi sie znajomy.
-Milczenie. Po czym oboje wyruszylismy spowrotem do obozu, tam zaskoczylem wszystkich jedzac normalnie, zrecznie sztuccami i rozmawiajac z innymi. Przez ten tydzien uczyli mnie juz nie walki czy rzeczy praktycznych, lecz elfickiej filozofii, jezyka, historii i innych nauk. Po czym wyruszylismy.
W czasie podrozy Irelia wydawala sie zmartwiona i zamknieta w sobie, nie wiedzialem czemu. W koncu dotarlismy do bram miasta, byla to najpiekniejsza rzecz jaka widzialem na swiecie, cudowne miasto ze srebra, lsniace jak samo slonce. Gdy straznicy u bram zauwazyli nasz woz wyszli nam na przeciw. Jednak gdy zobaczyli mnie, jadacego na przodzie u boku Irelii przerazili sie i wystrzelili srebrne strzaly we mnie. Mimo iz moglem ich bez problemu uniknac, nie zrobilem tego, aby pokazac ze nie jestem wrogiem. Obie strzaly wbily sie w moja piers jednak nie stracilem rownowagi i wysiadlem z wozu szybkim skokiem. Irelia krzyczala "Stojcie!Stojci!On jest z nami!" po czym wstrzasnieci straznicy staneli jak skamieniali patrzac w moim kierunku. Irelia obrocila sie nie wiedzac co sie dzieje, i zobaczyla ze rowniez wiekszosc oddzialu rowniez patrzy sie na mnie jak slup. Zas ja zlamalem obie strzaly ktore tkwily w moim ciele i za pomoca szponow wyrwalem trzony z mojego ciala, bez najmniejszego dzwieku placzu czy tez krzyku. Wszyscy oprocz Ireli byli oslupieni, ona byla lekko zaskoczona jednak, wiedziala z opowiesci ze srebro mnie nie rani jak normalnego wilkolaka, spojrzala jednak z trwoga na moje rany.
-To nic-Odpowiedzialem.
-Zaraz cie opatrzymy.
-Nie. Nie potrzebuje medycyny.
-Wiec dobrze, wejdzmy do miasta. Po czym wyjasnila w skrocie straznikom ze jestem z nimi i nie zrobie nikomu krzywdy. W czasie gdy Irelia odwiedzala swoja rodzine w miescie, ja zostalem z oddzialem i rozmawialismy o roznych rzeczach.
-Czemu ktos taki jak Irelia jest dowodca oddzialu lowczego?-spytalem Jarona, jednego ze zwiadowcow.
-Nie zawsze tak bylo, urodzila sie szlachcianka, od dziecinstwa byla szkolona w magii i dyplomacji. Jest rowniez bardzo piekna, jak mogles zauwazyc, dlatego wiele waznych osob staralo sie o jej wdzieki, ona jednak zawsze to ignorowala, mowila ze nigdy sie nie zakocha, ze nie potrafi. Jeden z wysokich Radnych, Hör Faron, uporczywie staral sie jednak o nia i w koncu sie jej oswiadczyl, ona jednak odmowila. Faron mial zlamana dume, nie mogl przezyc odmowy, uzyl wszystkich swoich wplywow by zdegradowac Irelie, i tak oto ze szlachcianki stala sie dowodca oddzialu mysliwskiego, zniknela z sal balowych teraz odwiedza tylko rodzine w ognistym gaju.Wiekszosc elfow o tym wie, ale boja sie o tym mowic, ze wzgledu na pozycje Farona, krolowa jednak tego nie wie.
W tym momencie Irelia wrocila, wygladala na zaniepokojona.
-Wilku, musimy sie stawic na zebraniu rady elfow, dzis wieczorem z rozkazu samej krolowej Illumiele. Nie pytaj czemu, nie wiem sama.
-Nie nazywaj mnie wilkiem, moje Imie brzmi Arkathor, takie imie nadaly mi zwierzeta w puszczy.
-Przepraszam, nie wiedzialam.
-To nic, pojdziesz tam ze mna?
-Tak.
Wieczorem poszlismy z Irelia na zebranie, odbywalo sie ono w pieknej sali wyrzlobionej w wielkim debie, na spotkaniu zebrala sie cala elficka Arystokracja jaka byla w danej chwili w stolicy, wszyscy usiedli przy pieknym debowym stole na pieknie rzeznionych bialych krzeslach. Pierwsza zabrala glos krolowa:
-Przybyszu, zebralismy sie tutaj aby omowic kwestie twojej osoby, nie wiemy kim jestes, ale podejrzewamy ze zabiles ponad 25 mysliwych i zwiadowcow w puszczy Saborri, nie wiemy jakie miales ku temu powody jednak chcemy cie wysluchac. Opowiedz nam prosze swoja historie i czemu zabiles naszych ludzi.
I w tym miejscu opowiedzialem to, co ty uslyszales do tej pory, nie wdawajac sie w szczegoly rozmowy nad jeziorem.
-Nie bywale. Pol wilkolak, wiec co chcesz teraz zrobic?-spytala Illumiele.
-Pewnie wroce do puszczy, nic innego mi nie pozostalo.
-Przepraszam Krolowo, ale ciezko mi uwiezyc ze to zwierze bedzie od teraz spokojne. Co bedzie jesli znowu sie zbuntuje i zacznie zabijac naszych mysliwych?-powiedzial Elf w lsniacej srebrnej zbroi.
-Lordzie Fagocie, nie uwazasz ze powinnismy dac mu szanse? Irelia zaufala mu i do tej pory, nie pozalowala.-Odpowiedziala krolowa.
-Dlaczego mialbym jej ufac, nie jest czlonkiem rady, ani nawet arystokratka, zostala zdegradowana, jest tylko dowodca oddzialu zwiadowczego, nie musze sluchac jej argumentow.
Irelia wygladala na smutna, jakby cos w nia uderzylo, zas we mnie obudzilo sie cos co znalem... Z hukiem uderzylem zamknieta piescia w stol rozbijajac go na 3 czesc, moj instynkt sie obudzil, jednak teraz nie dusil mojego czlowieczenstwa; wspolpracowal z nim...
-Masz tuper to mowic Hörze Fagocie- powiedzialem szczerzac moje kly-Ze mnie mozesz drwic, ale Ireli juz zbyt duzo krzywd wyrzadziles, i tym razem nie wyjdziesz z tego bez szwanku.
Wszyscy stali oslupieni wpatrujac sie we mnie, wtedy Fagot rzekl:
-To klamstwo, ta bestia klamie, nie wiem o czym on mowi.
-W jego slowach nie wyczuwam klamstwa-powiedziala krolowa.
-Nie wierzycie mi? Wierzycie temu zwierzeciu? :?:
-Nie potrafie udowodnic ze mowie prawde, jednak wielu wie o tym, ze to on jest odpowiedzialny za degradacje Ireli, a zrobil to dlatego ze odrzucila jego oswiadczyny!
-Klamstwo!-krzyczal Fagot
-Cisza, roztrzygniemy to w jedyny mozliwy sposob, w walce prawdy-powiedziala krolowa-Bedziecie walczyc, majac na sobie amulety prawdy, magia w nich ukryta sprawia ze w walce zawsze wygrywa ten kto mowi prawde.
-Co, czy naprawde musze sie pojedynkowac z ta dziczyzna???-odrzekl Fagor.
-Tak, musisz.
Po chwili zostaly nam dane dwa amulty na szyje z lisciami debu, nie wiedzialem czy dzialaja czy nie, wiedzialem ze musze wygrac i pokonac tego elfa-aroganta. Wystapil on do walki z dluga szabla ze srebra wzmacnianego zlotem. To on ruszyl pierwszy do ataku, szarzujac na mnie, jednak chybil. Ja rowniez jednak chybilem... Walka wygladala jak tanie unikow, do czasu gdy przebilem sie przez jego parade i zadalem gleboki i bolesny cios w zebra. Krew polala sie strumieniami we wszystkich kierunkach.
-To chyba koniec-odrzekla krolowa.
-Jeszcze nie-rzekl Fagot, po czym skierowal na mnie magiczny ogien ze swoich palcow. O dziwo jednak amulet prawdy odbil to i skierowal w niego samego, co go powalilo.
-Mamy zwyciesce-odrzekla krolowa-on mowil prawde. Nieznajomy, zdradz mi prosze twe imie.
-Arkathor, moja pani.
-Arkathorze, dziekuje ci ze wyjawiles mi przestepstwa Höra Fagota, zostanie osadzony, zas Irelia otrzyma zadoscuczynienie i szlachectwo spowrotem. Zas dla ciebie mam propozycje.
-Slucham.
-Dolacz do nas, do Elfow, stan sie czlonkiem naszej spolecznosci. Ludzie cie nie zaakceptuja, ale my tak, jesli sie zgodzisz...
-Zgadzam sie.
-Swietnie wyruszysz do naszego obozu niedaleko cytadeli wampirow. Tam potrzebna jest pomoc, wyrusz jak najszybciej, pro...
Nie zdazyla dokonczyc, wybieglem z hukiem z sali i popedzilem na czterech nogach w pokazanym mi kierunku, ostatnia rzecza jaka widzialem byl usmiech Ireli, mam nadzieje ze ja spotkam jeszcze.
To moja Historia, czy teraz moge wejsc?
-To jedna z dluzszych powiesci jakie slyszalem. Mozesz wejsc. Odpowiedzial starzec. Rana na mojej szyi byla juz prawie zasklepiona gdy wchodzilem do miasta. I tak oto zaczela sie moja historia...

Don Mortus - 2010-11-13, 02:42

Była chłodna i ciemna noc
- Brr, ale ziąb, chyba zaraz się przeziębię albo gorzej - pomyślał głośno starzec , gdy w oddali zauważył rysy jakiejś postaci
- Stać, kto idzie - zawołał, ale tylko wiatr zawył w oddali
- Chyba mi się zdawało, ach starość nie radość - rzekł, narzekając na swoją starość i spuścił wzrok
- Przepuść mnie śmiertelniku jeśli ci życie miłe - usłyszał starzec i momentalnie podniósł wzrok, i ujrzał postać odzianą w czarny płaszcz. Wydawała się być człowiekiem, ale zielone puste oczy i morowe powietrze jakie nagle powstało, potwierdziły to czego starzec się domyślał "Nieumarły"
- A czego szukasz w tym mieście wędrowcze ? - spytał starzec
postać zdjęła kaptur ukazując w pełni swe upiorne oblicze
- wypełniam misję dla mojej Pani
- Mortis znaczy się ? - dopowiedział sobie starzec - Niestety dopóki nie opowiesz mi swej historii nie wkroczysz do miasta - powiedział
- nie mam czasu na bzdury - powiedziało widmo i zaatakowało mieczem, starzec sparował cios własnym mieczem i ugodził upiora
- Słuchaj upiorze,albo stąd odejdziesz, albo sam cię wygnam do ziemi która cie zrodziła
- No dobrze opowiem ci swoją historię - mruknął upiór
-Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze
Nazywam się Don Mortus Urodziłem się w dalekich tobie nieznanych krainach ale życie mnie nie rozpieszczało, bo już w matczynym łonie utraciłem władzę w nogach. Wiele z tego powodu wycierpiałem, ale wsparcie matki dodawało mi otuchy i nadziei. Pewnego dnia jednak po moją matkę przyszła śmierć, co bardzo mną wstrząsnęło, i po pewnym czasie pchnęło na Drogę Nekromancji. Poznałem wiele potężnych zaklęć i w swoich krainach zyskałem przydomek Ducha Zarazy, ale nadal nie potrafiłem wskrzesić swojej matki, Byłem już prawie na granicy załamania, gdy w końcu w pewnej starej księdze odnalazłem to czego szukałem, ale w trakcie wykonywania zaklęcia coś poszło nie tak. Następnego dnia obudziłem się na jakimś pustkowiu w głowie słysząc tajemniczy głos : "Chodż do mnie umarły synu, służ mi a spełnię twe pragnienia ". Z początku myślałem, że wariuję jednak gdy ujrzałem brak swojego odbicia w mętnej wodzie zgodziłem się z tym wewnętrznym glossem i zacząłem robić wszytko w Nadziei na spełnienie mego życzenia, poznałem podobnych do mnie i nazwę pustkowia - Alkmaar jak i nazwę głosu - Mortis i od tej pory spełniam każdy jej rozkaz w nadziei na ostateczne spełnienie mego pragnienia. Czy teraz mogę przejść ?
- Możesz, ale nie licz na spełnienie swego pragnienia _ powiedział ze współczuciem, ale i odrazą do przybysza starzec

PS
Trochę długaśne ale zawsze coś

DeanDun - 2010-11-13, 13:41

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-Jeśli bez tego mnie nie przepuścisz to dobra.Nazywam się DeanDun, ale miałem się nazywać Bernardo.Urodziłem się w bardzo dużym imperialnym mieście i do teraz nie znam tego miasta nazwę.Moi rodzice nazywali się Jonasz i Amanda, byli bardzo posłuszni imperium.Wychowywano i uczono oraz szkolono mnie w imperium.Miałem zostać rycerzem, ale coś się wydarzyło.Po moich 7 urodzinach zaczęły mi wyrastać szpiczaste uszy i stałem się naprawdę szybki oraz zwinny.W wieku 8 lat imperium i moi rodzice dowiedzieli się o tym, że jestem elfem.Odkryli też, że mój pradziadek ze strony matki był elfem i prababcia ze strony ojca także.Pierw rodzice mnie pobili (też ranili nożem), a potem imperium mnie wygnało. Rodzice zostawili mnie gdzieś daleko od tego miasta, w bardzo dziwnym i wielkim lesie.Gdy się obudziłem byłem w bardzo starej i biednej chatce.Rozejrzałem się po tej chatce i zobaczyłem jakąś postać przy stole, czyta książkę "Imperium, gardzić czy chwalić?".Też miał szpiczaste uszy, wiec
prawdopodobniej to był, tak jak ja elf.Wstał i mnie oglądnął, i zaraz powiedział, że znajduje się w stolicy przymierza elfów i jeszcze rzekł, że mam iść do króla tego przymierza.Więc nie traciłem czasu i pobiegłem przed siebie.Gdy już dobiegłem (to było dość daleko) szukałem jakiegoś pięknie i dostojnie wystrojonej sali, chaty.Patrze i niczego takiego nie widzę.Doglądam, aż tu nagle widzę króla w koronie z liści i roślin, wychodzącego z mało dostojnej chatki, a za nim wychodzą centaury i wartownicy(pewnie do ochrony).Pobiegłem od razu do niego, ale strażnicy mnie nie przepuszczają.Więc powiedziałem, że jestem tym wygnanym z imperium, nowym.Wtedy mnie przepuścił.Powiedziałem królowi cała historie
i powiedział, że dużo wycierpiałem i jestem przyjęty.Pierwszą misje miałem taką, że mam szpiegować Legion potępionych i mu powiedzieć co planują.Więc tam pobiegłem i za 3 godziny wróciłem i wszystko opowiedziałem i powiedział, że jestem przyjęty na elfiego złodzieja, tylko najpierw musiałem przejść trening, który trwał 4 lata(miałem ciągle te 8 lat).Po 4 latach, jak miałem już 12 lat zostałem oficjalnie przyjęty na elfickiego złodzieja.Teraz właśnie miałem przejść tą bramę, bo za nią, są rzeczy potrzebne mi do tej drugiej misji.No i tak tu się znalazłem.
-A jakież to są przedmioty - zapytał starzec cichym głosem.
-Nie mogę tego ci zdradzić, bo by mi po powrocie głowę ucięli.Czy teraz mogę przejść?
-Myślę, że już i tak dużo złych rzeczy cię spotkało, młody wędrowcze.Więc myślę, że mogę cię przepuścić.
-Bardzo ci dziękuje miły starcze.Do zobaczenia!!! - Mówiąc DeanDun już biegł w stronę mgły.

Samurai Lum - 2011-02-12, 02:07

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historię wędrowcze?
- Jak sobie chcesz, człeczyno. - mruknął przybysz, którego zniekształcony głos jednoznacznie wskazywał na jego przynależność rasową- nieumarły.
Jego ciało roztaczało odór zębowej próchnicy, nieumiejętnie zamaskowany bliżej nieokreślonymi ziołami. Spod kaptura skórzanej peleryny widać było młodzieńcze, blade lico. Smętnego majestatu twarzy wędrowca dopełniały zapuszczone do połowy szyi kręcone włosy o barwie butwiejącego drewna. Dwa w miarę proste kosmyki całkowicie zasłaniały oczy. Nieumarły nosił zeszmacone i brudne od ziemi spodnie, prostą koszulę utrzymaną w całkiem dobrym stanie, skórzane rękawice z ćwiekami na wysokości knykci i twarde buciory, które ostatni kontakt z szewcem miały najprawdopodobniej przed Pierwszymi Wielkimi Wojnami. Cały ubiór był czarnego koloru. Przez lewe ramię, przybysz miał zawieszoną sfatygowaną torbę, a za nim stał prymitywny wózek, aż uginający się pod ciężarem bojowych toporów, młotów, hełmów i innego żelastwa wyciągniętego z krasnoludzkich trucheł.
- Więc słucham. - lekko ponaglił strażnik.
- Dawno temu byłem człowiekiem i z kaprysu ojca nazwano mnie Samurai Lum, czyli "służący Lumkom". Parę słów wyjaśnienia: Lumkami nazywane są różnokolorowe świetliki, stanowiące naturalne źródło magii na terenie, z którego pochodzę. Mianowicie, urodziłem się w mieście Flittenberg, położonym w odległym świecie Avalon. Owe miasto należało niegdyś do ludzi. Stały niedobór robotników zmusił wielu magów do uprawiania nekromancji, w której Lumków się akurat nie używa. W ten sposób pojawiły się na naszych ziemiach posłuszni nam nieumarli. Zawsze kompletne szkielety służyły za pomywaczy i chłopców na posyłki. Pieczołowicie pozszywane z kilku ciał zombie zastępowały tragarzy i drwali, a duchy robiły za wychowawców i opowiadały, jak to drzewiej bywało...
- Ludzie i nieumarli obok siebie... - przerwał starzec, zwracając uśmiechniętą z niedowierzania twarz w stronę fizjonomii wędrowca - Ale nadal mi nie powiedziałeś, kim jesteś.
- Dopiero zacząłem gadać! - obruszył się obcy. - Daj mi skończyć, a potem opowiem o sobie... bo to długa historia. - rzekł spokojniejszym tonem.
- Mamy dużo czasu, a zaczyna mnie ciekawić twoja opowieść. Teraz mów.
- Wszystko było w jak najlepszym porządku do czasu, gdy królowa Toxana, ta zachłanna ladacznica - ostatnie słowa wycedził przez doskonale zachowane zęby, w bynajmniej nie ukrywanej pogardzie. - kombinowała nad zaklęciem utrzymującym kontrolę nad nieumarłymi. Musiała wtedy oczywiście coś sknocić, bo nie dość, że zombie i szkielety bestialsko mordowały wszystkich na swojej drodze, a duchy przyprawiały o zawał paskudnym śmiechem i upiornym wyciem, to jeszcze sama królowa wpadła w obłęd. Mówiła ponoć, że chce przyspieszyć reformy, że obrała za cel przywrócić utracony na ziemi raj... Jak się być może domyślasz, kompletnie nic nie zrobiła, żeby stłumić rebelię tego paskudztwa. Za to tłumaczyła się, że to konieczność pozbyć się, cytuję, "niedoskonałych poddanych, bez serca do służenia ojczyźnie", czy jak to tam leciało... W każdym bądź razie, jakimś cudem uciekłem z tego piekła, a miałem wtedy dwanaście lat... Długo goniła mnie banda szkieletów z zakrzywionymi mieczami, a ja drżałem jak osika za każdym razem, kiedy przypominałem sobie ich tłum, synchronicznie bębniący tym orężem o tarcze w kształcie wieka trumny. Że też nie wspomnę o innych okropieństwach! Notorycznie nawiedzały mnie senne koszmary. Co więcej, zauważyłem, że od tamtej pory zombie trzymały w każdej ręce sierp, a nawet coraz częściej je widziałem z obciętymi uszami i flakami na wierzchu. Pojawiły się też nieznane mi wcześniej nowe potwory, jak chociażby śmierciorożce czy horpyny. Oba ożywieńce były szybkie jak diabli, ale ten pierwszy na szczęście umiał tylko szarżować i rozrywać nieszczęśnika na strzępy. Sam kiedyś widziałem, jak to bydlę tworzono z martwej chabety. Zaś ta druga na ogół była za życia wiedźmą, która przymusowo wkraczając w życie pośmiertne stawała się bardzo niebezpieczna. Potrafiła bowiem celnie rzucić wszystkimi sześcioma nożami w piersi ofiary i to z zasięgu strzału elfickiego łucznika!
W tym momencie nieumarły głęboko się zamyślił. Milczenie przerwał słuchający jego historii starzec.
- Takie szczegóły o bestiach zostaw na później, jutro też jest dzień. To co było dalej z tą twoją ucieczką?
- Błąkałem się... bez celu... Sam nie wiem, w jaki sposób zaszedłem aż do Nevendaaru... ale trwało to na tyle długo, że zdążyłem, już nie pamiętam jak, dowiedzieć się o zlikwidowaniu problemu avalońskich nieumarłych i ich królowej od siedmiu boleści przez młodego, utalentowanego maga, niejakiego Fatydyksa Ateistę z... A zresztą mniejsza o to skąd był, po prostu on zrobił z nimi porządek.
- I co potem?
- W czasie tułaczki natrafiłem na małe ludzkie miasteczko Niezłomilas. Tam zacząłem nowe życie, łudząc się, że zaznam odtąd spokój, choć strata rodzinnego domu bardzo mnie dotknęła. Los jednakże znów obrócił się przeciw mnie. Jako piętnastoletni wówczas aspirujący na czarodzieja przystojniak zakochałem się w tamtejszej łowczyni. Na imię było jej Alutera, ale ludzie wołali na nią Łajba.
- A czemu akurat "Łajba"? - zaintrygował się starzec.
- Sam nie wiem, może z powodu cechowego znaku jej ojca, bo on zajmował się szkutnictwem. Zaś wracając do tematu, choć Alutera była człowiekiem, Wszechojciec musiał ją obdarzyć iście elficką urodą. Nigdy w życiu nie widziałem tak pięknej kobiety, to było wręcz wcielenie mojego ideału! Zgrabna figura, wzrost równy mojemu, błękitne oczy, wyraźna talia, włosy o barwie przypalonej leszczyny, a te ostatnie długie jak jej uda! Żeby waści jednak nie zanudzić, pominę inne szczegóły jej wdzięków oraz moment pierwszego spotkania. Zatem półtora roku później nastąpiła najboleśniejsza rzecz w moim życiu. Wręczyłem swojej lubej skromny bukiet czerwonych róż. Obdarowana podziękowała mi, a nawet się uśmiechnęła. Za chwilę jednak dodała po cichu "Nie trzeba było..." , co jak ostatni dureń potraktowałem jako wyrażone innymi słowami "nie ma za co". Na początku zareagowałem więc serdecznym śmiechem i krótko ze sobą porozmawialiśmy. Jednak kładąc się do łóżka zrozumiałem prawdziwe znaczenie jej słów. Całą noc nie spałem, tylko płakałem i powtarzałem niczym mantrę: "Alutera, dlaczego?". Nie chciałem pogodzić się z odrzuceniem moich zalotów. Głęboka rozpacz spowodowana nieodwzajemnioną miłością skłoniła mnie do opuszczenia tego miejsca bez pożegnania się z kimkolwiek, przed wschodem słońca.
- Dobrze, że się nie zabiłeś.
- Przynajmniej miałem na tyle silną wolę, by nie wyrwać żywcem własnego serca i nie cisnąć nim w dal! Teraz słuchaj no waść uważnie! Udręczony czarnymi myślami i zmęczony długą podróżą zasnąłem na trawiastej równinie. Doznałem wówczas olśnienia. Śniło mi się, że znów byłem piętnastoletnim przystojniakiem i szedłem do nowo otwartego uniwersytetu w Niezłomilesie. Tam dowiedziałem się, że jeden z wykładów będzie prowadzić Ponury Żniwiarz. Pomyślałem sobie: "Pójdę! Już się nie boję żywych trupów!". Wykład nosił tytuł: "Fizjologia śmierci", a Żniwiarz wypowiadał się na ten temat bardzo ciekawie. Z jego wyglądu zapamiętałem to, że czaszkę miał czarną, natomiast reszta szkieletu była biała, a jego skórzany płaszcz wyglądał tak, jakby został założony na lewą stronę. Pod koniec wykładu, Ponury żniwiarz zadał parę pytań, na które tylko ja odważyłem się odpowiedzieć. Zanim się obudziłem, nieumarły zdążył jeszcze zaproponować mi zawarcie paktu z bezcielesną Mortis. Był już środek dnia, kiedy zorientowałem się, że trawiasta równina zaczęła ustępować suchym pustkowiom. Na horyzoncie majaczyły cmentarzyska, nad którymi górowała potężna cytadela. Próbując ominąć to miejsce szerokim łukiem, spotkałem osobnika w czarnym płaszczu i kapeluszu o rondzie tak szerokim, że nie widziałem jego twarzy. Owa tajemnicza postać przedstawiła się jako hrabia Nagash ep Shogu.
- Nagash ep Shogu? - grododzierżca nie krył zaskoczenia. - Jeżeli to jego szukasz w tym mieście, to radzę ci się streścić. Obawiam się, że możesz go nie zastać w tym miejscu. Chociaż...
- Chociaż co?
- ... od czasu do czasu tutaj wraca. Najczęściej po to, by stwierdzić czyiś zgon.
- Tym razem stwierdzi zgon, nie ruszając się z miejsca. - Samurai Lum zwrócił uśmiechniętą facjatę w stronę wózka z kolekcją własnych "trofeów".
- To na czym skończyłeś... Aha, na spotkaniu z Nagashem.
- Tak. Jakoś udało mi się go przekonać, że przyszedłem w pokojowym celu. Usłyszał też skróconą wersję przed chwilą opowiedzianej przeze mnie historii oraz to, że podejmuję się służby dla Mortis nie tylko po to, aby uwolnić się z zaklętego kręgu gnębiącej mnie rozpaczy. W szczegóły zawarcia paktu nie wnikam. Ważne, że wreszcie mogę bez przeszkód zgłębiać tajniki magii. W zasadzie nie obchodzi mnie fakt, że stałem się tym, czego dawniej się bałem. Mimo to, w głębi serca nadal tlą się we mnie dawne uczucia, przypominając mi, że kiedyś byłem inny niż teraz, że w niezbywalnej części zostało mi trochę człowieczeństwa. Zresztą, po moim wyglądzie stwierdzisz to samo. Mam rację?
- Tak, w zupełności. W zamian za taką historię warto przepuścić cię nawet z tym złomem. - Grododzierżca wskazał palcem wózek przybysza.
- Dziękuję, starcze. Jeżeli Nagash się nie sprzeciwi, to ten "złom" zamienię na coś bardziej... przydatnego.
Przekraczając bramę miasta, Samurai Lum wyszczerzył nienaruszone rozkładem zęby i potarł palcami tak, jakby liczył pieniądze.
- Proszę bardzo. Tylko następnym razem nie mów do mnie "starcze". - odpowiedział strażnik.

Pośmiertny - 2011-03-14, 15:57

przed starcem stanęła postać w czarnym płaszczu i zawołał: Domina est Mortis -Nieumarły? - postać odrzekła: Jeśli ci życie zejdź mi z drogi śmiertelniku, lub mortisss cię zniszczy -Ha, a to dobre udajesz upiora i myślisz że cię przepuszczę? - Wtem postać odrzuciła kaptur, a wzrokowi starca ukazała się na pół zgnita i zakrwawiona twarz - A więc naprawdę nieumarły - Tak, a teraz odsuń się, bo ma pani cię zmiażdży - Najpierw powiedz mi czego chcesz - To nie twoja sssprawa, sstarcze, ulegnij lub giń - No dobra przechodź, lecz wiedz że jutro będzie tędy przejeżdżać karawana inkwizytorów - Czy ty chcesz mnie wystraszyć ? - Nie ale nie będę cię ukrywać przed paladynami, a więc przechodzisz czy nie?
Waskos - 2011-03-16, 10:14

Starzec uważnie obejrzał przybysza. Był wysoki i silnie umięśniony, czubek głowy wyłysiały, od wysokości uszu opadały długie, przetłuszczone, rude włosy, jego twarz zdobiły okazałe wąsy. Czujne oko starca odgadło, że przybysz liczy około pięćdziesięciu wiosen, jednak zdrowia i kondycji mógł mu pozazdrościć niejeden młodzian. Przy pasie przybysza zwisał długi i szeroki miecz, starzec dobrze odgadł, że niewielu ludzi, a nawet żołnierzy, będzie w stanie go uradzić, a co dopiero walczyć.
- Witaj przybyszu, jeżeli chcesz wejść do miasta, musisz opowiedzieć swoją historię.
- Czy męczysz tak każdego, który chce wejść do tawerny i napić się piwa po męczącym dniu.
- Tak.
- *przybysz mruknął gniewnie* Więc chyba nie mam wyboru.
- Nie, nie masz. Najpierw zdradź swoje imię
- Ehh... Niech będzie, ludzie zwą mnie Waskos.
- Jesteś panie rycerzem?
- nie.
- Więc najemnikiem.
- Nie.
- Więc skąd masz...
- Nie przerywaj, dziadu, to się dowiesz.
- Milczę jak grób.
- Urodziłem się Hagorze, miejscowości u podnóży Północnych Gór. Me miasto utrzymywało się głównie z handlu z krasnoludami i z chowu owiec. Jednak nie tylko krasnoludy przybywały do nas z gór, zielonoskórzy i barbarzyńcy często mieli chrapkę na naszą żywność, na nasze złoto i na nasze baby. Od najmłodszych lat, jak każdy w naszym mieście, musiałem zapoznać się z wojennym rzemiosłem. Brak dobrego wyszkolenia i zaopatrzenia powodował, że większość smarkaczy zaciągniętych do straży nie żyłą zbyt długo. Ja pewnie podzieliłbym ich los gdyby nie mój przyjaciel i nauczyciel Credo Kadrek. Credo był krasnoludzkim najemnikiem ochraniającym kupieckie karawany, poznaliśmy się, gdy ocaliłem jego sakiewkę od kradzieży. Credo mnie polubił, zaczął mnie szkolić. Krasnoludzkie wyszkolenie bojowe uczyniło ze mnie najlepszego strażnika.
Gdy wybuchły pierwsze wielkie wojny zostałem zwerbowany do chorągwi rycerza Bandalora. To była dobra kompania, niejednokrotnie gromiliśmy kohorty Bethrezena. Niestety, jeden jedyny raz zostaliśmy zaskoczeni. Demony zabiły... nie, one ROZSZARPAŁY wielu moich kamratów. Tych, którzy przeżyli, poddali heretyckim rytuałom. po których zasilali ich szeregi jako berserkerzy i antypaladyni. Ja jako jedyny zachowałem swój umysł, udało mi się uciec. Jednak imperialne przygłupy, to znaczy rycerze, dbają tylko o ten śmieszny honor, nie obchodziło ich jakie informacje przynoszę, dla nich byłem tylko śmierdzącym dezerterem. Do końca wojny traktowano mnie jak śmiecia.
Po wojnie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, dostałem propozycję dobrze płatnej pracy dla inkwizycji, zgodziłem się. Inkwizytorzy dowiedzieli się, że udało mi się oprzeć sztuczkom heretyków, czarownic i sukubów, miałem uczyć łowców czarownic i inkwizytorów tej sztuki. W oczach Imperium wciąż byłem dezerterem, ba zdrajcą nawet, więc moje szkolenia były trzymane przez inkwizycję w wielkim sekrecie. Po moich szkoleniach, nie chwaląc się, skuteczność łowców czarownic i inkwizytorów znacząco wzrosła, niestety wszystko układało się zbyt dobrze. Moja praca u inkwizycji zakończyła się gdy moim uczniem został członek znanej i wpływowej rodziny Crowleyów, Flamel. Jego ciało dobrze znosiło trening, jednak umysł gorzej. Przypuszczam, że mógł on cierpieć na jakąś chorobę umysłową, tak czy siak nie byłby w stanie oprzeć się silniejszym urokom. Jednak trenowałem go dalej, nalegało na to święte oficjum, a jego rodzina dobrze płaciła. Teraz widzę, że powinienem to zakończyć gdy miałem okazję, gdybym to zrobił może Flamel nigdy by nie doprowadził tylu ludzi od obłędu, może los wielu dobrych inkwizytorów i zwykłych ludzi byłby inny, może by nadal żyli, może... W każdym razie gdy święte oficjum zamierzało uczynić Flamela wielkim inkwizytorem nie kryłem sprzeciwu, tłumaczyłem im, że on nie da rady, że jest na to zbyt słaby. Wtedy jednak zrozumiałem, święte oficjum doskonale wiedziało, że Flomel się nie nadaje, jednak uczynienie kogoś z potężnej rodziny szlacheckiej wielkiego inkwizytora wzmocniłoby prestiż i wpływy inkwizycji, kimś takim był Flamel. Moje zbyt głośne wypowiadanie się na ten temat było nieprzyjemne dla tych drani z oficjum, nie czekałem aż mnie spalą na stosie, uciekłem.
Przed długim ramieniem inkwizycji ocaliła mnie lady Ambrielle, nie wiem jak się omnie dowiedziała i chyba nie chce wiedzieć. Przedstawiła mi propozycję nie do odrzucenia, w zamian za ochronę miałem szkolić jej szpiegów i zabójców w podobny sposób jak inkwizytorów, w gildii zabójców Ambrielle nie przeszkadzała mi przynajmniej żadna chędożona polityka. Gdy Emry został królem a Ambrielle królową, mogłem wreszcie wyjść z cienia. Szpiedzy Ambrielle, po moim szkoleniu, znacząco przyczynili się do sukcesu nowej pary królewskiej, w nagrodę za zasługi, król i królowa ogłosili dla mnie amnestię. Znowu wstąpiłem do armii, tym razem miałem szkolić rycerzy króla Emryego. Powiem to bez fałszywej skromności, byłem najlepszym mistrzem miecza jakiego koszary imperium widziały, to pod moimi skrzydłami rozwinął się sir Allemon z Lochlester. Był dobrym uczniem, jego umiejętności przewyższyły wkrótce nawet moje, ba nawet król nie mógł się z nim mierzyć! Szkoda, że nie udało mi się wybić mu z głowy tego głupiego poczucia honoru.
Gdy wybuchła wojna z elfami postanowiłem prowadzić wojnę partyzancką: atakowałem na konwoje, kradłem dokumenty oraz porywałem i przesłuchiwałem elfich dowódców. Niestety przegraliśmy wojnę, król Emry zniknął, a moja duma, si Allemon, poległ. Postanowiłem robić to, co mi wychodziło najlepiej, szkoliłem innych, tym razem chłopów. Pewnie spytasz dlaczego, otóż dlatego, że kiedyś Imperium poprowadzi kontrofensywę, a wtedy ja, jeżeli dożyję, rozpocznę powstanie z dobrze przeszkolonymi ludźmi. Kiedy to nastąpi, z przeklętych długouchów nie będzie co zbierać.
- Czego więc szukasz w karczmie?
- Odpoczynku, piwa i bab
- A jeżeli nie dożyjesz powstania?
- Wyszkoliłem i przygotowałem moich następców, jeżeli będzie to potrzebne, toni wyszkolą własnych, a oni kolejnych. Mówię ci starcze, te chędożone elfie lasy spłoną! Mogę wejść?
- Wchodź.

Demoness - 2011-08-01, 19:52

Była chłodna i ciemna noc. Ulicę oświetlała tylko łuna wyłaniającego się zza chmur księżyca. Strażnik ujrzał nadchodzącą postać. Po sylwetce poznał, że to kobieta. Ale co kobieta robi tu po zmroku? Starzec zaniepokoił się, ale gdy dotknął klingi miecza schowanego za pasem od razu odzyskał czujność.
- Kim jesteś dziewczyno?
- Demoness, a kim by innym? - zaśmiała się kobieta szyderczo.
- Nic mi to nie mówi. Powiedz coś o sobie.
- O mnie? Jestem demonicą zesłaną przez Bethrezena. Muszę wykonać jego rozkaz. Jestem też sukkubą. I twoim koszmarem. Przepuść mnie starcze, albo spotka cię śmierć.
- Myślisz, że jeśli będziesz mi grozić, to przejdziesz? - Strażnik wyjął miecz i przejechał palcem po ostrzu. - Nie mam nic do ciebie, demonico. Lepiej strzeż się Imperialnych. Ci ludzie nie mają zaufania do kogoś takiego jak ty, a wiedz, że chcieliby mieć cię w swoich łapach inkwizytorzy. Przejdź, ale pamiętaj, że cię ostrzgałem.
Demoness uśmiechnęła się pogardliwie i ominęła starca, kierując się do mista. Za nią potoczył się zapach cynamonu zmieszanego z krwią i odorem, jaki wydzielają demony.
- Można go ukryć, ale wolę pozostać naturalna - odparła, po czym odeszła.
Po chwili strażnik usłyszał głośny chichot i odłos łamanych kości. Nie zamierzał patrzeć na to, co zostało z tego biednego człowieka, który wszedł jej w drogę. Dobrze, że on, strażnik, miał odpowiednie umiejętności i wysoką rangę. Jego nie mogła zaatakować...

Raga - 2011-08-02, 13:21

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Nie masz widać szacunku do starszych dziadku.
Lat mam dużo więcej niż ty, a blizn więcej niż lat.
Widziałem i doświadczyłem w życiu tyle, że jestem pogodzony ze swoją śmiercią, więc twoja groźba na mnie nie działa.
Gdybyś tylko grzecznie poprosił, chętnie opowiedział bym Ci kilka historii z mojego życia, ale teraz nie mamy o czym rozmawiać.
W przeciwieństwie do ciebie z wiekiem nauczyłem sie cierpliwości i spokoju, za to kiedy wpadam w szał bitewny to uwalniam cały gniew jaki zbieram między walkami. To że odciąłeś kawałek mojej brody, której nikt nie ma prawa dotykać bez mojej zgody, właśnie wypełniło czarę mojej złości po brzegi.
Ostrze mojego topora, które czujesz na swojej pachwinie, zagłębi się na tyle w twoim ciele zanim zginę, że żaden medyk czy kapłan Cię nie odratuje.
Nie mam dla ciebie czasu gówniarzu więc decyduj się czy mnie przepuszczasz, czy nie.

Asuda - 2011-11-12, 00:18

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Mężczyzna jednak nie powiedział nic, zamarł w bez ruchu..
-Hej , chyba nie zamierzasz tak tutaj stać?
Mężczyzna nadal milczał...
-A niech to.. -po tych słowach starzec, w kilka chwil znalazł się przed ciemnowłosym, szarżując nań z mieczem.
Zatrzymał się jednak w ostatniej z wielu chwil, wpatrując się w oczy przybysza rzekł z cicha..
- Nie jesteś człowiekiem... Wielu przybyszy przechodzi przez bramy tego miasta, lecz każdy z nich dzieli się ze mną swymi wspomnieniami... Ty zaś...
- Tak, nie mam historii którą mógłbym się z tobą podzielić głupcze...
Starzec upuścił miecz i upadł na kolana, w oczach przybysza zobaczył bowiem cierpiącą spowitą w płomieniach upadłą duszę. Bał się interpretować obrazy w swym umyśle, były bowiem przesączone krwią i łkaniem wszelakich żyjących istot.
Wydusił z siebie :
-Potępiony... Wejdź proszę, a pozostaw mą duszę w stanie w jakim była nim ujrzała twój ból...
-Nie człowieku, chciałeś mej historii, spójrz mi w oczy raz jeszcze i przekonaj się jak wiele okropnych wspomnień mogło by się tam mieścić gdyby nie przelany we mnie smutek mego Pana... Gdyby nie ty, i twoja rasa, nie było by mnie tu... Każdy z twoich braci, każdy z osobna i wszyscy razem do kupy wzięci, poczujecie spotęgowane o stokroć cierpienie jakim zostałem napełniony!
Starzec jednak wstał niewzruszony atakiem demona spojrzały na agresora i rzekł.
-Haha, marna potęga, co Ci po twym bólu skoro sekundy dzielą twą krtań od mojego ostrza...
-Jestem Asuda, dziadziu... I przyznam nie doceniłem Cię...
-A wystarczyło tylko zaspokoić mą ciekawość przed tym nim an Ciebie ruszyłem. Odejdź więc kreaturo bez historii, odejdź i wróć kiedy będziesz miał coś do powiedzenia.
Demon ruszył przed siebie, uśmiechając się zawistnie. Szepcząc pod nosem:
-Niby tylko stary Dziadzio... hehe...

Mathias - 2011-12-06, 22:48

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Chwilę się wahnąłem, lecz ostatecznie uznałem, że nie zaszkodzi uchylić rąbka tajemnicy.
- Zwą mnie Mathias. Jestem wojownikiem. Ma historia bardzo tragiczna i skomplikowana. Co chciałbyś wiedzieć?
- No więc... - zaczął starzec. - Skąd przybywasz?
- Z daleka. Moje państwo to żadne z tych, które znacie.
- Rozumiem, że niewiele wiesz o naszych obyczajach. A więc... tutaj nie udziela się niejednoznacznych odpowiedzi. Chyba nie chcesz, aby ktoś wziął Cię za demona, co?
- Jestem człowiekiem, takim samym jak i Ty. Taka odpowiedź musi Ci wystarczyć, przyjacielu.
- Hola, hola! Zanim Cię wpuszczę, muszę wiedzieć nieco więcej o tym, co porabiałeś, zanim tu przyszedłeś?
- No cóż... służyłem różnym sprawom istotnym z punktu widzenia mego sumienia. Zrobiłem wiele dla moich licznych ojczyzn. Lecz w tej chwili zostałem porzucony przez wszystkich. Najlepsi przyjaciele okazali podłymi zdrajcami, którzy zniszczyli wszystko, co tak pieczołowicie przygotowywałem przez większość mego nieszczęsnego żywota. Inni zginęli bądź uciekli.
- A dlaczego przybyłeś akurat tu?
- Bo to jedyna kraina, w której jeszcze nie żąda się mej głowy.
- Zatem jesteś przestępcą!
- Raczej przegranym swego losu.
- Nie mogę Cię wpuścić po tym, czego się dowiedziałem. Jeszcze bym miał kłopoty z powodu Twoich wybryków!
- Posłuchaj starcze - zniecierpliwiłem się. - Pomyśl logicznie: czy gdybym miał złe intencje, zdradziłbym Ci to wszystko?
- Hmm....
- Poza tym chyba nie zdajesz sobie sprawy z pewnej kwestii...
- Jakiej?
- Jeśli bym zechciał, zabiłbym Cię bez żadnego problemu. Jesteś niedołężnym dziadkiem, a ja TYM - wskazałem na mój piękny miecz - DESTYNAT. - wyprowadziłem z tego świata więcej ludzi, niż kiedykolwiek spotkałeś lub zdołasz spotkać. Zważ więc na to, czy potrzebne Ci kłopoty ze mną.
Stary oniemiał i zbladł. W Jego oczach pojawiło się prawdziwe przerażenie. W końcu niepewnym głosem, jąkając się, powiedział:
- Dddobrze... wchodź, skurrrczybyku! I... nie chcę mieć... z Tobą... więcej do czynnnienia!
- Dziękuję, przyjacielu. Jesteś dobrym człowiekiem.
Mężczyzna usunął mi się z drogi, a ja wszedłem.

Souler - 2012-01-02, 23:41

Wędrowiec w czarnym płaszczu pewnym krokiem zmierzał w stronę bramy. Miał całkowicie otwarty umysł i wyczuwał wszystkie żywe stworzenia w promieniu kilkunastu metrów. Wiedział że za chwilę podejdzie do niego stary jegomość. Wędrowiec z łatwością mógł uniknąć spotkania ze starcem, ale z jakiegoś powodu nie zrobił tego. Po chwili usłyszał głos starszego mężczyzny.
-A ty dokąd wędrowcze ? Jeśli chcesz wejść do miasta musisz się przedstawić i opowiedzieć swoją historię !
-Doprawdy starcze ? Cóż nie wiem dlaczego to robię, ale dobrze. Opowiem ci moją historię. Nie obiecuję jednak że ją zrozumiesz. Nie mam jako takiego imienia, ale garstka ludzi którym udało przeżyć się spotkanie ze mną mówi na mnie Souler. Jestem synem z nieprawego łoża, pewnego bogatego barona który już nie żyje. Moja matka była służką w pałacu owego barona. Gdy mój Ojczulek dowiedział się że matka urodziła bękarta kazał ją natychmiast ściąć. Ja zaś zostałem odesłany do sierocińca dla biednych dzieci. Tam powiedziano mi prawdę o moich rodzicach. Miałem wtedy 15 lat. Kiedy tylko się dowiedziałem uciekłem z sierocińca, po czym dzięki sprytowi dostałem się do przybocznej straży mojego Ojca. Pewnej nocy zakatowałem go we śnie. Musiałem uciekać z dworu Ojca. Nie wiedząc co ze sobą zrobić postanowiłem zasmakować zawodu najemnika. Przez kilka lat walczyłem dla tego kto najwięcej płacił. Przez pewien czas służyłem nawet w armii demonów, ale uciekłem kiedy chcieli mnie opętać. W moim fachu znalazłem kilku przyjaciół, jednak wszyscy zostali wymordowani przez moich wrogów. Przez kolejny rok mściłem się krwawię na wszystkich którzy przyczynili się do śmierci moich towarzyszy. Po tej zemście byłem jednym z najbardziej poszukiwanych łotrów w Imperium. Uciekłem jednak w miejsce do którego bali zapuścić się ludzie, czyli na ziemie elfów. Przez kilka tygodni błąkałem się po puszczy nękany przez dzikie zwierzęta i równie dzikie elfy. W końcu dotarłem do centrum puszczy gdzie stał dziwny świecący głaz. Z zaciekawienia podszedłem do niego i dotknąłem. Właśnie wtedy się zmieniłem. Poznałem naturę mojego istnienia i zobaczyłem co się stanie z tym światem jeśli nic nie zrobię. Od tamtej pory postawiłem sobie cel. Zostałem strażnikiem równowagi tego świata. Wędruje po całym świecie pilnując by cienka nić równowagi nie została przerwana. Od kiedy dotknąłem kamienia w puszczy elfów, przestałem się starzeć, stałem się bardziej sprawny fizycznie i potrafię doskonale posługiwać się magią. Nie wiem kim jestem. Nie jestem już człowiekiem, ale nie jestem też demonem, krasnoludem, elfem ani nieumarłym. Nie jestem bogiem. Jestem łącznikiem między światem boskim i śmiertelnym. Nie wiem za kim się opowiem w konflikcie wszystkich pięciu ras. Wiem jednak że kiedy to zrobię będę musiał doprowadzić do tego by rasa za którą się opowiem zdominowała cały Nevendaar. Bo tylko tak da się zachować równowagę tego świata. To tyle starcze. - powiedział wędrowiec, po czym przeszedł przez bramę nie zostając zatrzymanym przez starego człowieka który w zadumie wpatrywał się w niebo.

ryu15 - 2012-08-13, 03:31
Temat postu: ała, pisanie boli
- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Przybysz zwymiotował. Posoka cieknąca z jego ust była niewątpliwie na wpół przetrawionym posiłkiem. Obcy złapał ręką podbrzusza pochylając się i dokończył dzieła zalania ziemi wymiocinami.
- Pijany? - powiedział do siebie starzec. Nie wydawał się przestraszony, a nawet zdziwiony. Wielu gości tego sortu wałęsało się o tej porze tu i tam.
- Ugh... - zabełkotał biedaczyna - ja.. jestem... normalnym... yyy...
- Nie jesteś normalny, a już na pewno trzeźwy... przynajmniej na razie
Wielkie, nieprzytomne oczy spojrzały z roztargnieniem na starca.
- Ahhhh... to przez tę cholerną wiwernę, ich trucizna tak na mnie działa. - powiedział, pociągając nosem mężczyzna.
- Moja rodzina (smark) znana jest z poskramiania i ujeżdżania wiwern.
- Pozwól, że Ci przerwę, mówisz o tych przerośniętych, latających jaszczurkach, które czasami umierają od trucizny swoich własnych wydzielin? - spytał strażnik, jak gdyby pytał o całkowicie trywialny szczegół.
- Tak, (smark) zabójczo jadowite bestie, ale o dziwo łatwe w tresurze i sympatyczne względem wszystkiego co nie zginie w ciągu paru minut obcowania z nimi. - młodzieniec potwierdził całkowicie trywialny szczegół.
- W każdym razie, przez pokolenia, członkowie naszej rodziny uodpornili się do pewnego stopnia na truciznę tych stworzeń, ale kto zbliża się do nich bez specjalnego zabezpieczenia, kim by nie był, sam prosi się o zgubę. - podkreślił rzeczowym tonem, trzęsąc się, specjalista od spraw BHP wiwern. Nawet w ciemności było widać, że nie nosił żadnego specjalnego zabezpieczenia.
- Nie mogę powiedzieć, że mnie bardzo zaintrygowałeś, ale może zechcesz uczynić swoją opowieść trochę bardziej spójną? - zachęcił głos, który do tej pory nie zmienił ani razu barwy ani tonu, jakby nic już nie mogło go zadziwić. "Co Cię obchodzi kim jestem ty stary, spróchniały cie..." - nim ta myśl ukształtowała się do końca w głowie przybysza, ten zdążył poczuć na swojej twarzy zimny wzrok kontrastujący z niewzruszonym głosem strażnika.
- Możemy wrócić do grożenia mieczem, zuchwalcze.
- Wybaczcie, ale po co ta cała szopka? Wszelkie formalności i dokumenty miał załatwić i dostarczyć mój poseł wysłany przed trzema dniami.
- Każdy musi opowiedzieć się przede mną osobiście, zanim postawi stopę w tym Mieście - odburknął stary.
- Ehhhh... Więcej biedy niż pożytku napytasz sobie Panie z takiego utrudniania ludziom życia. Ale niech wam będzie. Nazywam się Hanzi Rahedgard XV i zajmuję się budowaniem mostów.
- A dlaczegóż to członek słynnego rodu hodowców wiwern i to ten którego przezywają "Czerwonym Smokiem" miałby trudzić się budowlanką w Moim Mieście? - Na dźwięk znajomego tytułu i przypływem wspomnień łączących się z nim Hanzi drgnął wyraźniej.
- Pewne wydarzenia skłoniły mnie do obrania tej drogi. Nie żałuję tego, że zamiast latać na walącym zgniłym truchłem gadzie, ważę na szali życie innych ludzi, wysyłam ich na chwałę, albo na śmierć, łączę, dzielę, tworzę i niszczę, na przekór siłom natury, ludzi i bogów. Takie jest teraz moje przeznaczenie, jak i każdego Mistrza Mostów. - mówiąc to, przybysz stanął bliżej światła latarni. Wzrostem i posturą nie różnił się od przeciętnego dorosłego człowieka. Nosił szarą, wypłowiałą marynarkę. Szyję miał ukrytą w długim szalu ubrudzonym plamami wymiocin. Jego długie, szatynowe włosy nosiły ślady postępującej siwizny, a białe tęczówki oczu były całe skąpane we krwi.

Cisza trwała przez około minutę
- Starcze, słuchasz mnie w ogóle?
- Co? Chyba się zdrzemnąłem... a idź do diabła, zaczynasz mnie nudzić. Jestem już stary i nie tak cierpliwy jak kiedyś...

Mężczyzna, zwany w pewnych stronach smokiem zataczał się jeszcze lekko odchodząc w głąb miasta. Starzec, ciągle tkwiący w tej samej pozycji od zeszłej nocy, a prawdopodobnie także wielu poprzednich, jedynie lekkim drżeniem powiek i błyszczeniem bystrych oczu zdradzał oznaki przemyśleń: "Mosty... nikt tu od paruset lat nie wpadł na takie szaleństwo. Mana - Dar bogów, jaki tkwi w każdym pojedynczym lądzie i wyspie jest jak kłąb wybuchowej energii. Apostołowie tłuką się nawzajem o każdy, nawet najmniejszy kawałek, a gdyby tak je połączyć... czy to klucz do potęgi, czy do zguby?"

W tym samym czasie aspirujący Mistrz Mostów myślał sobie "Każdy nowy ląd to pokłady magii na wagę kopalni złota taaaak? Będę bogaty...APSIK". Myśli o łatwym sukcesie, nowych możliwościach i interesach prawie odwróciły jego uwagę od głośnego łopotania skrzydeł, których dźwięk z każdą chwilą stawał się donośniejszy. Hanzi uniósł głowę do góry i zobaczył coś co przypominało wielkiego, zniekształconego nietoperza. Na widok swojego pana stwór zaskrzeczał cicho, powodując jednocześnie, że dur zatrutego powietrza zleciał na ziemię. Pod brukiem ustało wszelkie życie na głębokość 3 metrów. Obiekt tego szczególnego afektu zasłonił twarz rękawem i z trudem powstrzymał falę konwulsji, po czym ryknął głośno "KRAAASSSS!" Wiwerna przestała zataczać koło i zawarczała gardłowo, na co młodzieniec ponowił rozkaz "KRAS UX!". Jaszczur uderzył dwa razy swoimi błonami, unosząc się wysoko w powietrze, po czym odleciał z głośnym, skrzekliwym sykiem. Ciszę jaka nastała przerwał paskudny kaszel, charknięcie i splunięcie.
-Twoja taka sama... - rzucił za potworem znawca Starej Gadziej Mowy.

Dariusz - 2012-12-31, 11:41

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Nie lekceważ siłę krasnoludów stary głupcze. Jestem Val z pochodzenia Górskiego Klanu, więc nie radze ci ponownie używać tego miecza. Chcesz znać moją historie, lecz czego tak naprawdę szukasz? Pomimo wiedzy, która posiadam na temat ludzi nie przewidziałem twojego ataku, cóż za poniżenie.

Wstał z ziemi, po czym poprawił swoją brodę, topór i zbroje. Spojrzał na starca, który wciąż czuł się pewnie co do małego wojownika.

- Moja historia... hmm, ale dlaczego chcesz moją historie? Po co ci to starcze? Przecież podałem ci swoje imię i pochodzenie, więc po co ci reszta?

-(Starzec) Muszę znać każdego wędrowca próbującego wejść do miasta.

- No cóż.. Gdy miałem 5 lat zaczynałem bardzo uważnie spoglądać na różne treningi, które odbywały się w stolicy Krasnoludów. Wtedy byłem jeszcze dzieckiem i nie potrafiłem dobrze władać mieczem. Jednak pewna osoba, której imię nie wypowiem nauczyła mnie władać toporem. Okazało się, że jako już dziecko posiadałem niesamowitą siłę i zdolności władania toporem.. Przez wiele lat trenowałem z przeróżnymi istotami, lecz największym moim wrogiem był Gigant, który mnie po prostu zmiótł z areny. Od tego czasu mam szacunek do Gigantów.. Lecz któregoś dnia podczas zabawy na dworze zaatakowali mnie złodzieje. Nie wiedziałem czego chcą, lecz od razu bez pytania wyciągnęli swoje sztylety, ja pod ręką miałem tylko topór, który mnie uratował. Przyjrzawszy się tym zbirom zauważyłem, że to byli moi starsi koledzy chcący ode mnie wyżłopać trochę pieniędzy, jednak nie wiedzieli nic o moich treningach nad toporem. Przeciwko mnie było dużo ludzi, przez co zostałem wygnany z stolicy i trafiłem do miasta Sevalstrit, który należał do krasnoludów. W wieku 17 lat już zostałem wodzem sił krasnoludzkich i pierwszy raz broniłem miasta przez zgrają barbarzyńców. Straty i rany były potwornie duże, lecz udało nam się odeprzeć atak i zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo. Moja wina za zabicie kolegów została odpłacona, lecz postanowiłem udać się właśnie do tego miasta, iż chcę dalej się uczyć władanie nad toporem i przede wszystkim wytrzymałości.. I tak właśnie skończyła się moja historia.

Val udał się w głąb miasta zostawiając starca.

byzsla - 2013-04-29, 17:07

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
Byzsla przed odpowiedzią zastanowił się chwilkę. Nic nie jest na tyle proste, aby w skrócie odpowiedzieć na takie pytanie
- Szukam w życiu pozytywnych wartości. W tym świecie, przeżartym przez zepsucie, zniszczenie oraz nienawiść, muszą istnieć jakieś cząstki pozytywów.
Starzec przypatrzył się Byzslowi. Ten był zbyt klasycznie ubrany jak na poetę czy jakiegoś szaleńca. Arystokrata z ludzkiej społeczności, który marnuje czas na takie głupoty?
- Nie wyglądasz na barda ani na poetę. Powinieneś zajmować się wojaczką oraz gospodarstwem rodowym. Cóż odwróciło Twoją powinność?
- Wojna i śmierć panie - wręcz banalnie powiedział Byzsla - Pierwsza żona mnie porzuciła, bo uznała mnie za opętanego przez Mortis. Druga żona mnie zdradziła, bo uznała że już z wojny przeciwko elfom nie powrócę. To raczej człowieka zdemotywować można.
Starca to jednak nie poruszyło. Widać było, że usłyszał więcej gorszych opowiadań, a Byzsla się specjalnie nie wybijał. Wpuścił więc jego do karczmy, nie zadając dodatkowych pytań...

Kapelusznik - 2013-12-27, 10:48

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-A cóż możesz mi zrobić, jestem wszakże martwiakiem lecz nie od Mortis jestem lecz z krainy zwaną Mandorą z której jest o krok do innych światów przybywam, jak zginąłem?
Historia jest długa więc powiem w skrócie, testowałem na siebie nowe leki które miały pomóc ludzkości i jednego dnia próbując ratować małą dziewczynkę przed jej ciotką wiedźmą straciłem życie ale te leki dały mi pseudo-życie pozwalające unicestwić złą wiedźmę i uratować małą, przez długie lata poluje na takich jak ja którzy zagrażają niewinnym istotom.
Na magi się nie znam się na tyle by się nim posługiwać ale pracując w faktorii nauczyłem się robić różne mechanizmy wspomagające które pozwalają mi między innymi bardzo szybko poruszać dzięki gigantycznym skokom.

Kapelusznik wskazuje palcem na starca a zaraz z rękawa tej ręki wyskakuje ogromne srebrne ostrze niemal tykając głowy starcza, następnie przeskakuje go i udaje się wgłąb miasta.

Menelkir - 2014-02-18, 14:16

- Dobrze, starcze. Odpowiem na twoje pytanie. Bardzo chętnie, a żebyś wiedział.
- Tak naprawdę jestem jednostką nieco egocentryczną i mogę sporo o sobie opowiadać. HE HE.
- Zacznę od tego, że raczej nie jestem typem wojownika. Bardziej maga, ale nie bojowego tylko myśliciela, teoretyka, badacza. Najwięcej czasu spędzam w swojej wieży na rozmaitych rozważaniach. Jeśli chodzi o magię to studiuję szkołę matemagii. Interesują mnie ogólne struktury świata, z których jest utkany. Ponadto mam pewne zdolności przewidywania przyszłości i czytania ludzkich myśli, ale wykorzystuję je raczej na użytek teoretyczny. Poza tym są ograniczone.
- Jak mówiłem jestem bardziej typem badacza, od przygód stronię. Chociaż odczuwam pewien pociąg do lasów i odkrywania nieznanych terenów. Chętniej wybiorę się na spacer do lasu niż do karczmy. Moje prawdziwe pochodzenie nie jest znane, jednak wygląda na to, że jestem pół albo chociaż ćwierć-elfem. To by wiele tłumaczyło. Między innymi ciągoty w stronę natury, magiczne zdolności, nikły zarost mimo wieku, młody wygląd mimo wieku... Ple.. ple...

Znudzony starzec odpływa na chwilę do świata własnego myśli. Po chwili

- W wolnych chwilach interesuje się również wszelakimi rozrywkami strategicznymi. Czy taka odpowiedź cię zadowala, starcze? Mogę jeszcze rozwinąć poszczególne tematy, gdyby cię to interesowało. Posiadam całkiem niezłą kolekcję...

Shadirra - 2014-12-16, 22:32

Do strażnika chwiejnym krokiem zbliżała się wątle wyglądająca postać owinięta w podarte resztki szat... Gdy była już blisko, rzekł:
- Kimże jesteś i czego szukasz na tych ziemiach? To królestwo śmierci i zniszczenia. Mów natychmiast albo znikaj.
- Ach, nic nieznaczący śmiertelniku! - rzekła postać słabym kobiecym głosem - Gdybyś tylko znał mą historię...
- Widzę, żeś zauważyła moją całkowicie ludzką naturę. - odpowiedział zniecierpliwionym głosem - Opowiadaj jednak albo zabieraj się stąd!
- Wiele setek lat temu byłam wielką czarodziejką służącą armiom Imperium, lecz pewne zdarzenie zmieniło mnie na zawsze...
- Cóż takiego się stało?
- To było tak... - odrzekła głosem pełnym nienawiści, zwracając swe kościste ramiona ku krwistoczerwonemu księżycowi - Walczyłam ramię w ramię z moimi niegdysiejszymi braćmi, jednak ci marni śmiertelnicy nagle rozpierzchli się jak spłoszone stado jeleni i wtedy zostałam porwana przez nieumarłego czarownika. Wydawał się wtedy mnie, jako śmiertelnej istocie iście odrażający, lecz nie miałam wyjścia... Musiałam poddać się jego woli. Przez wiele kolejnych lat poznawałam mroczne arkana czarnej magii i nekromancji, aż wreszcie pewnego dnia mój pan zesłał na mnie zarazę... Wtedy to rzekł: "Już czas, ma uczennico, abyś stała się jedną z nas... Od dziś jesteś bezduszną sługuską Mortis! Będziesz niosła śmiertelnym tego świata zarazę i choroby za zdradę, której doznałaś od swych niegdysiejszych współbraci."
- Zaiste... - wyszeptał zdumiony strażnik - I co było dalej?
- I wtedy... wtedy wokół mnie rozprzestrzeniła się dusząca czarna mgła, a moim oczom ukazała się sama Bogini, wzywająca mnie do walki, do misji zniszczenia śmiertelników!
I w tamtej chwili postać nieumarłej oświetliło rażące zielonkawe światło pochodzące od samej Bezcielesnej Pani... Ukazało się jej prawdziwe oblicze, obliczę siewcy śmierci, zarazy i zniszczenia!
- Tak! - wyrzekła nagle potężnym głosem - Jestem awatarem samej Mortis, pani śmierci.. A me imię brzmi Mortema. Jestem tu by nieść zemstę marnym śmiertelnikom, którzy przyczynili się do mego losu...
- A więc, Mortemo, wybranko Bogini. - odparł uroczystym tonem strażnik - Nasze bramy stoją przed tobą otworem. Witaj wśród nas... Witaj w armii śmierci.
I oto awatar Mortis wkroczył do miasta wypełnionego światłem zaćmionego księżyca. Natychmiast otoczyły ją rozliczne zastępy chodzących trupów i innych gnijących plugawych istot wykrzykujących ponurymi głosami: "Chwała Śmierci! Chwała Mrocznej Bogini!" W niedługi czas potem Mortema stała się ziemską Królową Umarłych...

***

Lecz oto po wielu latach nad miastem umarłych zalśniło boskie światło. Wtedy to Królowa Umarłych rzekła:
- Nadszedł ten dzień... Dziś powracam do życia. Dzięki ci, Wszechojcze za twą łaskę. Powracam oto na łono Imperium. Ja, odrodzona jako Shadirra.
Ziemia zadrżała, zastępy nieumarłych pełzających po mieście zapłonęły, bo oto słońce wzeszło nad zapomnianą krainą. Dawna kreatura śmierci powróciła do życia jako piękna służebnica Wszechojca. Wychodząc z miasta, ujrzała swych niegdysiejszych braci.
- To ona! To ona! - krzyknął jeden z rycerzy popędzając co sił swego konia - Wyłania się w wielkiej światłości z siedliska śmierci i zarazy!
- Bracia moi! - rzekła piękność - Powracam do was, by towarzyszyć wam w kolejnych bojach. Ja, która byłam bezduszną kreaturą wiedzioną jedynie żądzą szerzenia śmierci i zarazy. Oto ja, Shadirra, największa czarodziejka, jaką znać będzie Imperium.
- Siostro! - krzyknął delikatny głos - Tak długo cię oczekiwałam! Towarzysze twoi niemal z płaczem informowali nas, że porwał cię nekromanta... Ale teraz najważniejsze, że znowu jesteś wśród nas.
Tak oto, wiedziona przez zastęp rycerzy i własną siostrę, powróciła na ojczystą ziemię. Po długiej podróży... Wreszcie dotarli do stolicy, gdzie odrodzona Shadirra (dawniej zwana Illumeną) została przywitana jak królowa. Sam nawet monarcha wyszedł jej naprzeciw:
- Witamy cię, najmądrzejsza z czarodziejek! Radość wielka wypełnia nasze serca, widząc twą osobę po tylu latach.
Ku czci odrodzonej zorganizowano wielką ucztę, na której pojawili się najświetniejsi panowie królestwa. A ona sama znalazła wreszcie swe miejsce w tym świecie... nie tylko jako najpotężniejsza czarodziejka w całym Imperium. Miejsce u boku szlachetnego wojownika... który to naprawdę dał jej nowe życie. Lecz historia nadal pisze kolejne rozdziały...

Gaahl - 2015-02-19, 16:36

Witam wszystkich.
Jestem nowy i za bardzo nie wiem o co chodzi w tym temacie.

Jasza767 - 2015-02-19, 21:15

Polecam przeczytać opis tematu oraz pierwszy post (takie żółte literki). Przeważnie pomaga... Ogólnie, to czytanie często pomaga (dlatego powinniśmy z tej umiejętności korzystać z dumą!). ;-)
Raven - 2015-02-20, 02:43

Jasza767 napisał/a:
Polecam przeczytać opis tematu oraz pierwszy post (takie żółte literki). Przeważnie pomaga... Ogólnie, to czytanie często pomaga (dlatego powinniśmy z tej umiejętności korzystać z dumą!). ;-)


Nie bądź złośliwy, Jasza. To moja rola.

Maikeru - 2015-05-23, 12:09

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
-Zwą mnie Maikeru i zamieszkuję świat Nevendaaru. Jestem też zakapturzonym zabójcą imperialnym i nie zawaham się użyć moich zatrutych ostrzy, jednak moja historia nie jest tak długa jak innych, więc może ją zachowam dla siebie. :)

Kreator - 2018-02-26, 11:02

- Jestem stary i nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś. Czy teraz opowiesz mi swą historie wędrowcze?
- Zwą mnie Kreatorem i wędruje od królestwa do królestaw w poszukiwaniu najemnych wojowników pragnących zaciągnąc się do wielkiej armii zniszczenia, którą w przyszłości zamierzam poprowadzić :)


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group